Sukces potrafi być ciężkim, niewygodnym bagażem. Obawiano się, jak na drugą część serii wpłynie zmiana reżysera (Gary'ego Rossa zastąpił znany z "Constantine" Francis Lawrence), zastanawiano się, czy upojeni sukcesem twórcy nie osiądą aby na laurach i oddając widzom taśmowy produkt średniej jakości skupią się na liczeniu rosnącego stanu konta z zacisza swoich luksusowych domów. Na szczęście obawy te okazały się płonne. Druga część cyklu trwa ponad dwie godziny, ale ani na chwilę nie zwalnia tempa, pozostając idealnym przykładem mądrej rozrywki. Ostrze jej społecznej krytyki nie stępiło się ani na jotę, doszły tylko nowe, równie intrygujące wątki.

Katniss Everdeen w międzyczasie wyrosła na młodą kobietę. Jej oczami obserwujemy rosnącą tyranię władzy, trzymającej Panem za kaganiec i jest to perspektywa bardzo intrygująca. Katniss to wszak wybranka systemu, zwyciężczyni krwawego, reżimowego festynu. Z drugiej strony – jednostka przez ten reżim kwestionowana ze względu na swój, nie do końca jeszcze uświadomiony bunt i duszę przywódcy, oprawioną w porcję charyzmy, jakiej najmożniejsi tego świata mogą jej tylko pozazdrościć.

Nowy reżyser poradził sobie z materiałem, odciskając na nim swój autorski stempel. Uważny widz zauważy dyskretne różnice w pracy kamery. Operatorską gwiazdę, stałego współpracownika Clinta Eastwooda Toma Sterna zastąpił mniej znany Jo Willems. Jego obraz jest nieco bardziej realistyczny, ujęcia bardziej dynamiczne, "brudne" – brzmią w nich dalekie echa inspiracji dokumentem czy fotografią reportażową. Ta różnica jest szczególnie widoczna w dynamicznych scenach walki z rozmaitymi zagrożeniami na planie nowych jubileuszowych igrzysk. Kamera zajmuje pozycję wewnątrz konfliktu czy danego zdarzenia sprawiając, że widz ma poczucie, jakby uczestniczył w kolejnych momentach zmagań. Także muzyka Jamesa Newtona Howarda, choć pozostaje ważnym narzędziem intensyfikowania emocji publiczności, robi jakby krok w bok, unikając lepkiej pułapki patosu.

Cała recenzja w Stopklata.pl>>