"Marina Abramović: artystka obecna" – tresura do granic

Łukasz Maciejewski | 2012-10-05 10:02 | Aktualizacja: 10:54
 Marina Abramović – "Artist is Present" (Artystka obecna)

Marina Abramović – "Artist is Present" (Artystka obecna) (Fot. Mary Altaffer / AP)

Dokument Matthew Akersa doskonale pokazuje, że kariera Mariny Abramović to konsekwentna próba udowodnienia, iż własne ciało może być narzędziem sztuki.



Znakiem rozpoznawczym Mariny Abramović jest fizyczność. W kontakcie z artystką nie ma żadnej przesłony – obrazu, rzeźby czy wyrozumiałej makatki. Oto moje piersi, spocone pachy, zrogowaciałe stopy, twarz po botoksie. Jestem dziełem sztuki, a raczej sztuką przeprowadzającą nieustanny eksperyment z percepcyjnymi możliwościami widza.

Nie każdy może być Mariną Abramović, nie wszystkie sflaczałe bicepsy i rozpasane tatuaże zuniwersalizują się w opowieść o, pompatycznie rzecz nazywając, człowieczeństwie. Czy jednak w karierze artystki sztuki performance wszystko było szczere? Nie znajdziemy odpowiedzi na tak postawione pytanie, być może ona sama nie potrafiłaby na nie odpowiedzieć.

Ambramović jest znakiem rozpoznawczym sztuki nowoczesnej i body artu. Od czterdziestu lat testuje możliwości własnego ciała w kontakcie z odbiorcą. W jej biografię artystyczną zawsze wpisane są szok, krzyk oraz ostre barwy polegające na eksperymentowaniu z fizjologią, apologią bólu. Artystyczna wartość jej eksperymentów wielokrotnie była poddawana w wątpliwość, ale droga Abramović to konsekwentna próba udowodnienia, że własne ciało może być narzędziem sztuki – szkołą tortury i empatii.

W dokumencie Matthew Akersa "Marina Abramović: artystka obecna" bohaterka achronologicznie odtwarza kolejne rozdziały biografii. Dzieciństwo spędzone w Belgradzie, rządy Tito i zimny chów wprowadzany przez niewolniczo oddanych komunistycznej doktrynie rodziców Mariny. Zapamiętany z dzieciństwa wyraz "tresura" dorosła Abramović będzie wytrwale dekonstruowała. Ciało artystki to mapa znaczona nieuświadomionymi bliznami wojskowego drylu, który stał się językiem naszej cywilizacji. Rozkaz, wykonanie, cel i strzał. Ów poligon obowiązuje w sferze myśli, emocji i zachowań, przyjmowanych z dobrodziejstwem kulturowego inwentarza. Fascynacja ujawnioną cielesnością błyskawicznie może zamienić się w przemoc. Człowiek gryzie, liże, kąsa. Czasami także całuje.

Tresura to również przywiązanie do określonych celów, obowiązkowość i cierpliwość, znoszenie wszelkich niedogodności. Również tej cechy trudno Abramović odmówić. Gra sobą. Na pokazywanych na najważniejszych biennale i festiwalach performance'ach używa rozmaitych metod. W programie "Balkan Baroque" rozkraczona siedziała w stercie brudnych, zakrwawionych i cuchnących kości bydła, śpiewając melodię bolesnego rytuału puryfikacji. W najbardziej radykalnym projekcie Ambramović, "Rhytm 0", Marina została poraniona, uderzona i spoliczkowana. Akcja zatytułowana "Art Must Be Beautiful/Artist Must Be Beautiful" polegała na czesaniu włosów aż do utworzenia otwartej rany na głowie. Performance "Thomas Lips" z 1975 roku to Marina leżąca z raną przypominającą gwiazdę Dawida, przykładając doń grzejnik, krwawiąca. Tresura do granic wytrzymałości.

Dokument Matthew Akersa przypomina jednak inne, jak twierdzi wielu krytyków sztuki, szczytowe osiągnięcie w dorobku Abramović, będące zarazem konsekracją artystki do grona najwybitniejszych postaci sztuki współczesnej. Na wystawę "Artist is Present" (Artystka obecna) w legendarnym Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku (MoMA) przyszły prawdziwe tłumy. Wśród anonimowych twarzy także celebryci i gwiazdy kina. Każdy chciał dotknąć Mariny. A sama Abramović przez trzy miesiące sześć dni w tygodniu siedem godzin dziennie po prostu siedziała na krześle. Proste? Nie bardzo. Bo Marina przez tych siedem godzin niczego nie mówiła, nie wykonywała żadnego ruchu, nie przyjmowała posiłków ani napojów, jedynie patrzyła na widzów. Każdy mógł usiąść (odczekawszy swoje w gigantycznej kolejce), ktoś się rozpłakał, ktoś napluł jej w twarz.

Pełnometrażowy dokument debiutanta Matthiew Akersa o Abramović to także swego rodzaju melodramat. Przez dwanaście lat dzieliła życie z niemieckim performerem Ulayem. We wszystkich wywiadach, również w dokumencie "Artystka obecna", Abramović podkreśla że Ulay był dla niej kimś więcej niż figurą męża, kochanka, przyjaciela – bliźniakiem duchowym i modelem artystycznym. Wspólnie testowali możliwości body artu. Już ich pierwszy wspólny performance, "Relation Work", był zapisem podwójności męskiego i kobiecego pierwiastka, który może stać się tekstem transgresywnym lub obojnaczym. W projekcie "Night Sea Crossing" Ulay i Marina siedzą, milcząc, przy wspólnym stole. W pierwszej odsłonie przez siedem godzin, następnie – trzy dni, w końcu – dwa tygodnie. Tresura zamierającego ruchu, słowa oraz, w ich przypadku, zamierającej miłości.

W przeddzień wielkiej pośmiertnej retrospektywy Aliny Szapocznikow w nowojorskiej MoM-ie warto przypomnieć słowa polskiej artystki, duchowej patronki Abramović, z wywiadu udzielonego przed laty Andrzejowi Wajdzie: – Trzeba by utrwalić to wszystko, co chirurg w czasie operacji odrzuca do siebie. Zakrwawione tampony, nożyczki, lancet. To wszystko, co niepotrzebne. Sztuka Abramović to zapis starzenia, kronika ran, blizn, brodawek. To, co niepotrzebne. Czyli konieczne.

MARINA ABRAMOVIĆ. ARTYSTKA OBECNA | USA 2012 | reżyseria: Matthew Akers | dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty | czas: 106 min





zdjęcie autora

Autorem tekstu jest

Łukasz Maciejewski

Zobacz inne teksty autora »

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Podziel się:
Znajdź Dziennik.pl na:FBgoogle plusetwitter

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!
Prognoza pogody i program TV