Cohen wypracował trzy rodzaje żartu: na granicy dobrego smaku (albo poza nią), zabawę słowną i żart, który demaskuje przerażającą prawdę. Wszystkie zaistniały w jego nowym filmie "Dyktator". Cohen gra przywódcę fikcyjnego północnoafrykańskiego państwa Wadiya. Zasobnemu w ropę naftową krajowi grożą sankcje ONZ i dyktator Aladeen jedzie do Nowego Jorku, by wygłosić orędzie przed forum ONZ. Za jego plecami obalenie dyktatury szykują jego najbliżsi współpracownicy pod wodzą doradcy Tamira (Ben Kingsley).

Fabuła zresztą nie ma tu większego sensu, jest przewidywalna do bólu, ale ma być przecież pretekstem do gagów. Opartych na wspominanych wszystkich trzech rodzajach żartu. Cohen pokazuje więc, jak pierwszy raz w życiu się masturbuje. Jak potrafi mówić pseudoarabskim, wplatając w to słowa klucze typu "Osama", "9.11" oraz "bum" i tym samym zostać posądzonym o terroryzm. Albo jak opowiada o amerykańskiej demokracji, tak jakby opisywał sytuację w Korei Północnej.

Są tu sceny perełki, na przykład ze znaną hollywoodzką gwiazdą i przywódcą Chin (kilka sekund, ale jakie) albo biegu dyktatora podczas zawodów sportowych. Są też żarty, które powodują zażenowanie. Między nimi Cohen przemyca bolesne prawdy o współczesnym świecie. Widać to szczególnie na przykład w jego dialogu z amerykańskim ochroniarzem (genialny John C. Reilly), dla którego wszyscy obcokrajowcy to Arabowie. To film szczególnie bolesny dla Amerykanów, jak zresztą poprzednie wcielenia Cohena: Brüno i Borat.

W "Dyktatorze" naśmiewa się z dyktatorów, ale głównie z tych, których już nie ma – Saddama Husajna i Muammara Kaddafiego. O Korei Północnej nie wspomina w ogóle, o Chinach ledwie się zająkuje. To oczywiście bezpieczne wyjście. Gdyby szydził z przywódców Iranu, mógłby podzielić los Salmana Rushdiego, na którego nałożono fatwę. Cohen nie odnosi się w "Dyktatorze" bezpośrednio do rzeczywistych krajów. W "Brünie" był Austriakiem, w "Boracie" Kazachem, co zresztą po latach okazało się plusem dla tego kraju. Kazachski minister spraw zagranicznych Jerżan Kazychanow przyznał niedawno, że "Od czasu, kiedy ten film wszedł na ekrany (w 2006 roku), Kazachstan wystawił dziesięć razy więcej wiz".

Cohen jest tym sposobem mniej prawdziwy tu jako postać, ale mówi przy tym o poważnych sprawach. Problem w tym, czy widzowie, szczególnie amerykańscy, są w stanie to dobrze odczytać. Mnie, szczerze mówiąc, podczas niektórych gagów wcale nie było do śmiechu, właśnie ze względu na ich odniesienie do brutalnej rzeczywistości. Jest jednak w filmie jeden żart, który jest pozbawiony jakichkolwiek podtekstów i drugiego dna. Wydarzył się przypadkowo na planie. Żeby go zobaczyć, trzeba zostać w kinie na napisach. Może taki powinien być Sacha Baron Cohen w swoim nowym wcieleniu. Nie prześmiewczy i pajacujący, ale komediowy na wyższym poziomie. Przecież potrafi. 

Dyktator | USA 2012 | reżyseria: Larry Charles | dystrybucja: UIP | czas: 83 min