Humor jest w "Drapaczu chmur" czarny i gęsty jak smoła, ale nietrudno wyłuskać tutaj prawdziwie ekshibicjonistyczne zapędy reżysera. Tak jak niegdyś Schjøtt, siedemnastoletni Jon cierpi na stulejkę, co jest powodem jego seksualnej frustracji, gdyż uniemożliwia zbliżenie z niewidomą Edith, która ot tak, po prostu, poprosiła chłopaka o rozdziewiczenie. W dodatku nastolatek jest znienawidzonym przez wszystkich kozłem ofiarnym, bowiem jego z pozoru niewinny żart z sygnalizacją świetlną sprzed kilku lat doprowadził do kastracji jego ojca i wstrzymania rozwoju miasteczka – a przynajmniej tak sądzą jego rodzice i sąsiedzi. Kierowca nie chce go wpuścić do autobusu, więc Jon nie może jeździć do szkoły. Dni spędza na pomaganiu matce alkoholiczce w klinice weterynaryjnej i podglądaniu sąsiadów w towarzystwie swojego dziewięcioletniego kolegi Bena, który jest zresztą narratorem tej historii.

W kontekście filmu tytułowy "Drapacz chmur" można rozumieć dwojako – jako, może aż nazbyt oczywisty, symbol męskiej sprawności seksualnej lub odległego marzenia o wielkomiejskim życiu. Finałowy cytat z "Absolwenta" Mike'a Nicholsa pozostawia widza w zawieszeniu. Droga do dorosłości najeżona jest znakami zapytania. 

Dania 2011 | reżyseria: Rune Schjøtt | dystrybucja: Vivarto | czas: 90 min