Kino Ki-Duka stanowiło jednak sublimację tego, czego pragnęła wyrobiona, ale niezbyt głęboka festiwalowa publiczność. Medytacje, Pan Bóg, brak Pana Boga, dużo słońca, cztery pory roku, efektowna kuchnia koreańska, "kot w pustym mieszkaniu" itp. Jednak kilka lat temu Kim Ki-Duk zniknął. Jego filmy nie przestały podobać się selekcjonerom festiwali, tylko on sam po prostu skończył z kinem. Czasowo albo na zawsze. Dokument "Arirang" to osobliwe wyjaśnienie tego kroku.

Jury prestiżowego przeglądu "Un Certain Regard" na festiwalu w Cannes, nagradzając "Arirang", pisało o "wstrząsającej psychoterapii". Wygląda to tak: Kim Ki-Duk patrzy w amatorską kamerkę – marszczy czoło, trochę się ślini, intensywnie myśli, a my czujemy, że namysł Kima musi być naprawdę głęboki. Minuta, dwie, trzy wymownego sapania: w kinie to cała nieskończoność.
Po pewnym czasie dowiadujemy się, że pan Kim zamieszkał w zimnej chatce bez centralnego ogrzewania, rozbił tam namiot, a nawet skonstruował ekspres do kawy. Poza tym dni i noce mijają mu na refleksji nad złem tego świata.

Generalnie jest rozczarowany. Denerwuje go przerost formy nad treścią, stylistyczne ozdobniki oraz zamówienie społeczne, żeby wciąż kręcił te swoje metafizyczne oleodruczki. Tymczasem Kim Ki-Duk jest znudzony i smutny. Konkretnym pretekstem zawieszenia pracy twórczej był wypadek, któremu uległa aktorka na planie jego poprzedniego filmu "Snu". Gdyby reżyser w ostatniej chwili nie pomógł artystce, mogłoby skończyć się tragicznie. "Płakałem" – zwierza się nam. I opowiada, że łzy wzruszenia rzuciły się cieniem na całą dotychczasową twórczość. W międzyczasie słyszymy tytułowy utwór "Arirang", pieśń, jaką śpiewają Koreańczycy pogrążeni w melancholii. Brzmi trochę jak pitu-pitu Zbigniewa Preisnera z ostatnich filmów Kieślowskiego. Co za zbieg okoliczności!

ARIRANG | Korea Pd. 2011 | reżyseria: Kim Ki-Duk | dystrybucja: Stowarzyszenie Nowe Horyzonty | czas: 100 min