Wciąż niewiarygodny wydaje mi się werdykt jury ubiegłorocznego festiwalu w Gdyni, które za najlepszy polski film uznało "Essential Killing" Jerzego Skolimowskiego, a nie "Różę". Film Smarzowskiego docenili za to jurorzy Międzynarodowego Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Choć z drugiej strony Smarzowski żadnych laurów nie potrzebuje – jego kino broni się samo, zaś najnowszym filmem udowodnił (jeśli ktoś miał jeszcze jakiekolwiek wątpliwości po premierze "Domu złego", który notabene gdyński festiwal również przegrał), że jest reżyserem wybitnym.

Podobno Smarzowski nie lubi, gdy o jego filmach mówi się w jednoznacznych kategoriach. W wywiadzie dla "Filmu" opowiadał o pracy na styku gatunków. W "Róży" jest więc i melodramat, i kino wojenne, i thriller. Ale reżyser rzeczywiście nie skupia się wyłącznie na tym, by brawurowo żonglować filmowymi gatunkami – zdecydowanie ważniejsza jest dla niego opowieść, poszukiwanie prawdy o ludziach.

Akcja "Róży" rozgrywa się tuż po wojnie, gdy do mazurskiej wioski przybywa Tadeusz. Walczył w szeregach AK, brał udział w Powstaniu Warszawskim, teraz ucieka przed sowiecką "sprawiedliwością". Schronienie znajduje w domu Róży Kwiatkowskiej i jej córki. Kobiety tak jak on są wyrzutkami – Polacy i Rosjanie ich nie akceptują, uważają za Niemki, grożą im śmiercią. Komunistyczna władza zaczyna nagonkę, osiedlając w gospodarstwie Róży repatriantów ze Wschodu. Wreszcie jej dom raz po raz atakują bandyci, zaś Tadeusz musi stanąć w jej obronie, świadomy, że sam będzie musiał za to zapłacić.

Smarzowski świadomie gra tutaj schematami żywcem wyjętymi z westernów: Tadeusz przybywa do leżącej na końcu świata wioski niczym jeździec znikąd, staje w obronie niewinnych i pokrzywdzonych. Tyle że nie o prawo i porządek przyjdzie mu tu walczyć, a jedynie o godność i honor ukochanej kobiety. A może wyłącznie o godną śmierć – dla niej i dla siebie.

Świetny scenariusz Michała Szczerbica odsłania mniej znane karty historii Polski: prześladowania Mazurów, piętnowanych przez władze, udręczonych, zabijanych. To nie jest kino, do jakiego przyzwyczaili nas twórcy rodzimych filmów historycznych: "Róża" pozbawiona jest bogoojczyźnianej martyrologii, pokazuje Polskę podłą, spsiałą, nienawistną, okrutną. Jeden okupant zastąpił drugiego, a dla wielu Mazurów, wbrew komunistycznej propagandzie wcale niewspółpracujących z hitlerowcami, była to zamiana na gorsze. Jeden z bohaterów mówi, że tylko Niemcy traktowali ich jak ludzi, a w tych słowach zawiera się cała gorycz i ból upodlenia, jakie Mazurom zafundowała ludowa władza.

Reżyser nie unika mocnych, gwałtownych scen, naturalistycznie pokazuje okrucieństwo powojennego świata, choć potrafi grozę przełamać zabawnymi scenami, dowcipnymi dialogami. Ale też powtarza, że najważniejsza w historii Róży i Tadeusza jest dla niego miłość – przypadkowa, ale czysta, bezgraniczna. Rozpaczliwa, z góry skazana na klęskę, a jednak tym bardziej prawdziwa i przejmująca, im mocniej zderzona jest z brutalną rzeczywistością. Miłość dwojga ludzi, dla których w nowym świecie nie ma miejsca.

Smarzowski prowadzi ten wątek po mistrzowsku, bez fałszywego sentymentalizmu, wspierany wspaniałymi kreacjami Agaty Kuleszy i Marcina Dorocińskiego. Zresztą na najwyższe pochwały zasługuje tu cała obsada. Znakomite epizody grają tu Edward Linde-Lubaszenko, Jacek Braciak, Kinga Preis i Marian Dziędziel. Doskonałe są zdjęcia Piotra Sobocińskiego juniora, świetna nastrojowa muzyka Mikołaja Trzaski. Nie ma w "Róży" niepotrzebnych bądź chybionych elementów.

Smarzowski wspominał w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" spotkanie z Edwardem Lubaszenką, który powiedział mu: – Myślałem, że jest pan inny, a pan taki wrażliwy. I w tej wrażliwości tkwi siła jego kina, które mimo całego ładunku smutku, gniewu i rozpaczy wciąż niesie ze sobą cień nadziei.

RÓŻA | Polska 2011 | reżyseria: Wojciech Smarzowski | dystrybucja: Monolith | czas: 94 min