Przestrzegam przed traktowaniem tego tytułu w polskim, bogoojczyźnianym kontekście. "Habemus papam" nie jest historią naszego papieża czy którejkolwiek ze znanych głów Kościoła. Niektóre szczegóły mogą wydawać się znajome, ale chodzi jedynie o powierzchowne skojarzenia. Dla reżysera Naniego Morettiego ważna była uniwersalizacja tematu. Filmowy papież (Michel Picolli) cierpi na depresję. Nie uleczy go psychoanalityk (gra go sam Moretti), podobnie jak żadne remedium nie uzdrowi licznych grzechów w Kościele katolickim.

Film zaczyna się od mocnej, stylizowanej na dokument sceny. Umarł charyzmatyczny papież, na placu Świętego Piotra tysiące ludzi oczekują na ogłoszenie nazwiska następcy. Konklawe właśnie podjęło decyzję. Ale nowo wybrany Ojciec Święty, kardynał Melville, wcale nie pali się do objęcia funkcji. Jest starym i wątpiącym człowiekiem. Czuje, że zadanie go przerasta. Mówi: "Powinna na mnie spłynąć łaska, a przecież niczego nie czuję". Kiedy kardynałowie wychodzą na balkon bazyliki, żeby ogłosić "Habemus papam", z wnętrza budynku dochodzi rozpaczliwy jęk beneficjenta.

Film Morettiego nie jest jednak moralitetem, w gatunkowej strukturze przypomina bardziej tragikomedię. Konklawe to festiwal sympatycznych staruszków, którzy marzą jedynie o tym, żeby nie zostać wybranymi na papieża. Z przerażeniem podglądają sąsiadów, czy przypadkiem nie padły ich nazwiska. Komiczny jest również psychoanalityk traktujący Biblię bez nabożeństwa, jako opisy konkretnych stanów chorobowych. Kardynałowie umawiają się na ciastka, wybierają na mecz siatkówki, Jerzy Stuhr jest fertycznym rzecznikiem prasowym Watykanu, a sam papież in spe, podobnie jak Karol Wojtyła, chciał zostać aktorem.

Wszystkie komediowe efekty rozmywają się jednak w narracyjnej bezwolności. "Habemus papam" nie jest ani farsą, ani oskarżeniem. W warstwie formalnej to tylko zadanie na temat. Żadnej operatorskiej czy inscenizacyjnej brawury. Również myślowo jest zaledwie przyzwoicie. Moretti nigdy nie krył, że jest ateistą. Pomysł na film o słabym papieżu miał być w założeniu antyklerykalnym pamfletem. Ale podczas prac nad scenariuszem autor "Aprile" najpierw wygładził kanty, a w końcu wykreślił całą antypapieską satyrę na rzecz melancholijnego uogólnienia. W "Habemus papam" Moretti fotografuje egzystencję substytutów. Tkwimy w tandetnej operze buffo. Fellini wykroiłby z tego groteskowe bluźnierstwo, Moretti wybrał refleksyjność. Nie sposób doszukiwać się tutaj świętokradztwa czy obyczajowego skandalu, nikt głośno nie oskarża kościoła o afery seksualne i finansowe. To cherlawa opoka, która jednak trzyma się całkiem nieźle. André Gide pisał w "Lochach Watykanu": "Zło może być równie bezcelowe jak dobro". W "Habemus papam" dobro nie ma wyrazu, a zło nie istnieje. Lochy Watykanu wciąż są tajemnic.

HABEMUS PAPAM – MAMY PAPIEŻA | Włochy, Francja 2011 | reżyseria: Nanni Moretti | dystrybucja: Gutek Film | czas: 102 min