Bohaterów filmu łączy pewna nadwrażliwość i apetyt na słodycze. On prowadzi upadającą fabryczkę czekolady, ona zna przepis na czekoladowe niebo w gębie. On boi się ludzi, ona jest chorobliwie nieśmiała. No i już wiemy, jak to wszystko się skończy...

Jest coś autentycznie ujmującego w postaci Jeana-René granego przez Poelvoorde’a. Właściciel czekoladowej manufaktury doskonale zdaje sobie sprawę, że czas świetności jego firmy minął. Jean-René czuje, że powinien postawić na dobry marketing, wygrać z konkurencją jakością, ale tego nie robi. Nie pasuje do rzeczywistości, w której codziennie musimy sprzedawać samych siebie. Dawno temu schronił się w skorupie mizantropa.

"Przepis na miłość" nie jest jednak ponurym dramatem obyczajowym, tylko lekką komedią romantyczną. Dlatego w zgodzie ze schematem sytuacja zaczyna się zmieniać na lepsze. W samotniczym świecie Jeana-René pojawia się wrażliwa Angélique (Isabelle Carré) z tysiącem pomysłów na czekoladę i miłość. Ona również przejdzie przemianę.

Twórczość Amérisa to klasyczne kino środka. Nawet we Francji nie jest reżyserem szczególnie cenionym. Poza dramatem „Takie jest życie” z 2001 roku, żaden jego film nie przebił się na polskie ekrany. "Przepisowi na miłość" również nie wróżyłbym kariery. Améris wziął trochę z "Amelii" Jeuneta, trochę z "Czekolady" Hallströma, w gruncie rzeczy niewiele dodając od siebie. W efekcie połączenie portretu ludzkich słabości ze zniewalającym zapachem czekolady przypomina zjedzenie zbyt dużej porcji pralinek. Smakuje, ale szybko zaczyna się niestrawność.

PRZEPIS NA MIŁOŚĆ | Francja, Belgia 2010 | reżyseria: Jean-Pierre Améris | dystrybucja: Best Film | czas: 80 min