Ciemne chmury zbierały się od dawna. Ostatnim wybitnym filmem Almodóvara było "Złe wychowanie" z 2004 roku. "Volver" z 2006 roku był wprawdzie tytułem wzruszającym, ale niemal zupełnie pozbawionym ironii, znaku rozpoznawczego Almodóvara z jego najlepszych czasów. Z kolei "Przerwane objęcia" sprzed dwóch lat to wysilona próba rekapitulacji scen, aktorskich twarzy i motywów, które niegdyś przyniosły Almodóvarowi status gwiazdy kina europejskiego. "Skóra, w której żyję" to najsłabszy film Almodóvara od lat. Zniknął gdzieś wdzięk i urok jego kina, pozostał jedynie przykry mozół sprostania oczekiwaniom widzów.

"Skóra, w której żyję" to w założeniu sensacja. Ale czy autor "Kiki" potrafi kręcić klasyczne kino gatunkowe? Nie bardzo. Wzięty z popularnej powieści Thierry’ego Jonqueta "Tarantula" motyw szalonego naukowca rymuje się z charakterystycznymi dla reżysera pytaniami o granice seksualności oraz cielesne i emocjonalne wiarołomstwo. Niestety, Almodóvar stał się minoderyjny, walczy o uczucia widza, nieprzyjemnie się mizdrzy. W fabularny tok thrillera na siłę powrzucał elementy, które tworzyły estetyczny świat jego wcześniejszych tytułów – intertekstualne nawiązania do klasyki kina (przede wszystkim niemych filmów Fritza Langa, "Oczu bez twarzy" Georges’a Franju oraz serii filmów o Frankensteinie) albo progresywnego melodramatu. Sprawdzone metody tym razem jednak zawiodły. Historia miłosna nie wzrusza; sensacja sprawia wrażenie niepotrzebnego szwu narracyjnego.

Niewiele wiadomo na temat prywatnego życia wizjonera z La Manczy. Almodóvar unika osobistych pytań. Wiadomo jedynie, że jego światem jest kino. Uzależniony od oglądania i kręcenia filmów być może zagubił gdzieś siebie. W "Skórze, w której żyje" świat przedstawiony do pewnego stopnia wydaje się znajomy. To w końcu ciągle Almodóvar. Piękne aktorki i przystojni aktorzy (na przykład powracający do swojego odkrywcy Antonio Banderas), luksusowe wnętrza, kicz do potęgi – nie ma już jednak campowego uśmiechu, brakuje skazy, przerysowania. Dawne queerowe dzieła twórcy "Porozmawiaj z nią" nosiły gorycz perwersji skrzącej się tysiącem kolorów, w "Skórze, w której żyję" ostały się jedynie fascynujące dekoracje oraz mistrzowska realizacja pretensjonalnego scenariusza.

Kompletnie nie udało się Almodóvarowi zestawienie nowej medycyny i starej elegancji. Kreatorzy mody wcale nie przypominają biogenetyków. Podobnie jak autor "Skóry, w której żyję" nie jest w niczym podobny do reżysera "Wszystko o mojej matce". Na ostatnim festiwalu w Cannes, gdzie "Skóra, w której żyję" startowała w głównym konkursie, Almodóvar podkreślał, że zmienił mu się gust. Chciałby teraz realizować filmy o dużo większym komercyjnym potencjale, zwłaszcza thrillery z suspensem. Czy deklaracje tego typu ogłaszane przez reżysera, który jeszcze dziesięć lat temu był nie tylko najchętniej nagradzanym, lecz także oglądanym twórcą z Europy, nie brzmią cokolwiek fatalistycznie? Ewidentnie mistrz jest zmęczony.

SKÓRA, W KTÓREJ ŻYJĘ | Hiszpania 2011 | reżyseria: Pedro Almodóvar | dystrybucja: Gutek Film | czas: 117 min