Debiut bośniackiego twórcy z 2001 roku udał się aż za bardzo. "Ziemia niczyja", tragikomiczna ballada o wojnie w byłej Jugosławii, była artystycznym i komercyjnym triumfem – film otrzymał m.in. Oscara, Cezara, Złoty Glob oraz nagrody w Cannes i San Sebastian. Każdy kolejny tytuł w dorobku Tanovicia był próbą zdyskontowania tamtego sukcesu. O ile jednak kompletnie nieudane "Piekło" z 2005 roku, według pomysłu Krzysztofa Kieślowskiego i scenariusza Krzysztofa Piesiewicza, nie było oryginalnym dziełem reżysera – Tanović został tylko zaangażowany do projektu, o tyle słaba "Selekcja" z Colinem Farrellem oraz najnowszy "Cyrk Columbia" świadczą o artystycznym zagubieniu młodego twórcy.

"Cyrk Columbia" jest powrotem Tanovicia w rodzinne strony. Zrealizowany za pieniądze francuskie i niemieckie, przypomina opowieść marnotrawnego syna, który po kilku latach spędzonych we Francji i w Hollywood wraca do korzeni. Z "Ziemią niczyją", i wczesną twórczością Kusturicy, którego filmy były dla Tanovicia objawieniem, najnowszy film reżysera łączy słodko-gorzka tonacja.

Tanović portretuje niewielkie miasteczko w Bośni na chwilę przed wybuchem jugosłowiańskiej wojny. Na razie skończył się komunizm. Powstają prywatne zakłady, dorobkiewicze wracają z Zachodu z kasą, za którą mogą kupić prawie wszystko. Parcelę, zakład fryzjerski albo miłość dziewczyny. Denis Tanović, również autor scenariusza, broni jednak bohaterów. Są pocieszni, w zasadzie wzruszający. Na pewno nie są potworami. Gdzieś w tle zauważamy jednak nieuchronne zmiany na tak wyidealizowanym obrazku. Przyjaciel Martina (Boris Ler), który jeszcze wczoraj kąpał się z nim w rzece, zakłada mundur i namawia kumpla do wzięcia udziału w wojnie. Koszary pustoszeją. Ludzie zaczynają się bać.


"Cyrk Columbia" antycypuje wydarzenia pokazane w "Ziemi niczyjej". Większość mieszkańców wioski na razie ignoruje informacje o zbrojnych wydarzeniach w Chorwacji, twierdząc, że "do Bośni to wszystko nie dotrze", obowiązuje raczej nostalgiczna perspektywa, przypominająca swojskie zawodzenia pod hasłem "komuno, wróć”. Główny bohater, Divko Buntić, grany przez największą gwiazdę kina postjugosławiańskiego, Mikiego Manojlovcia, jest uosobieniem nowych czasów. Dawno temu wyjechał do Niemiec. Dorobił się nie wiadomo na czym, teraz wraca po swoje. Jest królem. Ma forsę, niezły samochód, młodą laskę u boku, może przestawiać każdego. Kiedy znika jego ukochany kotek Boni, którego traktował niczym talizman, w akcję poszukiwania zwierzątka włącza się cała wieś. Nagroda dla znalazcy jest bowiem kusząca.

Na podobnych, trafnych, komediowych mikroobserwacjach można zbudować cały film, ale Tanović znowu zbyt mocno zaufał hollywoodzkim matrycom scenariuszowym. I przegrał, bo "Cyrk Columbia" jako melodramatyczna opowieść o trudnym zbliżaniu się ojca i syna oraz skonfliktowanych rodziców Martina zaskakuje topornością rozwiązań. Prostacko pokazane zostały także kobiety. Azra (Jelena Stupljanin), narzeczona Divko, jest postacią bezwolną, pozbawioną jakiegokolwiek charakteru. Została z o wiele od niej starszym facetem, ponieważ "był dla niej dobry", następnie, z taką samą apatyczną i bezmyślną miną szuka kota, flirtuje z Martinem, nalewa zupę. W końcu wyjeżdża. Wzruszenie ramion. Krzyż na drogę.

CYRK COLUMBIA | Bośnia i Hercegowina, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Słowenia, Belgia, Serbia 2010 | reżyseria: Denis Tanović | dystrybucja: Vivarto | czas: 113 min