Niewielki port w Normandii. Zdjęcia Claire Matron uderzają precyzją. Obraz budowany jest płasko, filmowany najczęściej lekko z góry, tak że poszczególne plany układają się jeden ponad drugim, a wzrok widza biegnie od dołu ekranu ku górze. Od ziemi do nieba.

W tej sugestywnej, bogatej wizji plastycznej zwraca uwagę jednak wyciszona obecność bohaterów. Wydają się przytłoczeni siłą natury, otumanieni nieprzyjemnym zapachem. Wszyscy dźwigają brzemię czasu przeszłego. Angele (Clotilde Hesme) niedawno wyszła z więzienia. Spowodowała wypadek, w wyniku którego zginął jej mąż. Sąd odebrał kobiecie prawa do opieki nad dzieckiem. Z kolei Tony (Grégory Gadebois) codziennie walczy z samotnością. Niby jakoś się trzyma. Jest rybakiem z powołania, kocha pracę, którą wykonuje, ale z trudem odnajduje się w życiu. Po śmierci ojca zamieszkał z matką. Dzień za dniem, noc po nocy w jego przypadku wyglądają identycznie. Kobieta i mężczyzna są bowiem jak ryby. Stracili głos. Nie potrafią odzyskać życiowego pionu. Ale stopniowo usiłują zaszantażować zły czas. Dla Angele związek z Tonym może stać się pierwszym krokiem do odzyskania praw rodzicielskich, w przypadku rybaka będzie szansą na wyjście z depresji.

Angele nie jest zresztą żadnym niewiniątkiem. Więzienie zostawiło trwały ślad w jej psychice. Nie potrafi odnaleźć się na wolności. Bezskutecznie szuka pracy, a miłość zastępuje substytutem mechanicznego seksu, również za kasę. Jej syn, który znajduje się pod opieką dziadków, nie tęskni za matką. Przeciwnie: nie chce jej znać, unika nawet kontaktu wzrokowego. Mimo wszystko Angele spróbuje poskładać rozwalone życie w całość. Złowić złotą rybkę. Poprosić ją o przepis na szczęście.


W typowym hollywoodzkim filmie relacja dwojga rozbitków byłaby łatwa do przewidzenia. Angele wiąże się z Tonym. Po licznych perypetiach idą do ślubu. Happy end. Film Delaporte jest jednak o wiele bardziej chropowaty i nieprzenikniony – jak port, ławica, ryby. Spodobała mi się emocjonalna neutralność, z jaką reżyserka przygląda się bohaterom i rzeczywistości, w której się znaleźli. Żadnych sentymentalnych szlochów, użalania nad losem. Jedynie chłodna obserwacja zdarzeń, zdystansowany szkic zachowań. Na ekranie oglądamy ludzi poranionych, którzy nie dopraszają się litości. Nie są sympatyczni ani urodziwi. Znaleźli się w miejscu, w którym śmierdzi nie tylko rybami. Chodzi również o wyrzuty sumienia obciążające ich za śmierć małżonka i ojca. Związek tytułowej pary to bolesne, pozbawione melodramatycznych uników, powolne przełamywanie obcości i wycofań.

Film Alix Delaporte, reżyserki mającej na koncie jedynie głośny dokument o Zinedine Zidanie – "Ostatni mecz" z 2007 roku – jest obiektywnie mało atrakcyjny. Żadnego suspensu, zwrotów akcji czy emocjonalnego szantażu. Philippe Besson, portretując w "Babim lecie" bohaterów podobnych do Tony’ego i Angele, pisał o "cierpieniu w kroplówce raczej niż w tabletkach". Kroplówka wolno wsącza się w krwiobieg pamięci widza. Ale działa dłużej. Nie pozostawia skutków ubocznych.

ANGELE I TONY | Francja 2010 | reżyseria: Alix Delaporte | dystrybucja: Vivarto | czas: 87 min