Dla jednych "Drzewo życia" to najlepszy film Cannes, zdobywca zasłużonej Złotej Palmy. Ale byli i tacy, którzy wygwizdali film Terrence’a Malicka na oficjalnym pokazie prasowym. Zarzucano mu operowanie oczywistościami, trywialny przekaz, nachalny sentymentalizm, pompatyczny ton. Wątpliwości budziło zestawienie tytułu z fragmentem z Księgi Hioba, od którego rozpoczyna się filmowa opowieść. Coś w tym jest, Malick nie zostawia nic, albo bardzo niewiele, do interpretacji widzom, dopowiada, dookreśla wszystko, łącznie z tym, jak należy czytać jego przesłanie. Film naszpikowany jest znaczeniami, aż kipi od symboli i metafizyki – ale czy stylowa oprawa kryje w sobie głębię, ma wyjątkowy, wartościowy przekaz, czy to jednak kicz?

"Drzewo życia" bez wątpienia jest filmem, któremu formalnie trudno cokolwiek zarzucić – fakt, to jeszcze za mało, by nazwać go wydmuszką – Emmanuel Lubezki, autor zdjęć, stworzył wizualnie obraz doskonały. To jego kadry, długie, powolne, często z ręki, często też bardzo ciasne, na dużym zbliżeniu tworzą atmosferę niczym z onirycznego pamiętnika, intymnego dziennika, w którym zapisano najważniejsze wspomnienia, emocje, które towarzyszą przełomowym momentom, dorastaniu, wchodzeniu w dorosłość. Ten aspekt filmu zachwyca, uruchamia bardzo osobiste przeżywanie, wręcz znosi granicę pomiędzy tym, co na ekranie, a co poza nim, co w nas.

W pierwszej części "Drzewo życia" to impresja na temat dzieciństwa, wyidealizowana czasoprzestrzeń. Mamy lata 50., widzimy przedmieścia Teksasu, poznajemy losy rodziny O’Brienów (solidna obsada, dobry Brad Pitt, rewelacyjna Jessica Chastain), którą naznacza śmierć jednego z trzech synów. Malick pyta o sens wiary – jeśli Bóg istnieje, dlaczego pozwala na śmierć naszych najbliższych? A może właśnie łaska wiary sprawia, że znajdujemy oparcie w religii, potrafimy uporać się z bólem, ze stratą ostateczną? Pytania o naturę człowieka reżyser przełamuje rozważaniami na temat ewolucji – w środkowej części filmu pojawiają się... dinozaury, jest wyśmienita sekwencja zdjęć z mikro- i makrokosmosu, zapierające dech w piersiach panoramy, bliżej nieokreślone plaże niebiańskie i piekielne lawy.


W krajobraz świata, w jego nieskazitelne, odwieczne piękno Malick wplata monolog wewnętrzny jednego z synów państwa O’Brienów. Poznajemy go w trzeciej części, dorosły już Jack (intrygujący Sean Penn) kilkanaście lat po tragicznej śmierci brata wciąż nie może zaznać spokoju, rozpamiętuje, analizuje, szuka odpowiedzi. Ale odpowiedzi nie ma. Jack nie zazna spokoju, jego życie będzie nieustannym rozważaniem na temat grzechu, rywalizacji z ojcem, bezgranicznej miłości matki. I tęsknotą za bratem, za tym wszystkim, co bezpowrotnie odeszło, jeszcze bardziej za tym, co go ominęło. Malick dowodzi, że najważniejsze to kochać, czuć, być blisko. Tylko to ma sens, tym bardziej że Boga nie ma, jest tylko ewolucja. My wpisujemy się w drabinę życia, ale jesteśmy tylko epizodem, niewielkim fragmentem, po którym nastanie kolejny rozdział.

"Drzewo życia" to historia, która ma swoje źródła jeszcze w latach 70., Terrence Malick pracował wówczas nad tajemniczym projektem zatytułowanym "Q", do realizacji którego nigdy nie doszło. Film miał opowiadać o początkach życia, genezie świata. Ale w "Drzewie życia" czuć także filozoficzny rodowód reżysera, jego fascynację Martinem Heideggerem, o którym pisał pracę dyplomową, zresztą nigdy nieukończoną z powodu kłótni z promotorem. Malick rzucił wówczas studia filozoficzne, swoim najnowszym filmem zdaje się wreszcie domykać ten rozdział swojego życia. Wielka szkoda, że po latach reżysera, filozofa zastąpił demiurg. Choć swoją drogą ciekawe, jaką ocenę wystawiłby mu dziś dawny profesor?

DRZEWO ŻYCIA | USA 2011 | reżyseria: Terrence Malick | dystrybucja: Monolith | czas: 138 min