Ewidentny błąd dystrybutora. Gdyby "Lincz" Krzysztofa Łukaszewicza wszedł do polskich kin bezpośrednio po zaskakującym zwycięstwie festiwalu "Młodzi i film" w Koszalinie, mógłby liczyć na sporą widownię. Teraz, niemal rok po pierwszym pokazie konkursowym i po odrzuceniu tytułu nawet przez komisję selekcyjną festiwalu w Gdyni, trudno będzie zdobyć uznanie widzów. Szczerze mówiąc, niewielka strata.

Już sam punkt wyjścia był co najmniej ryzykowny. Filmy z tezą, nawiązujące wprost do gazetowego newsa, wymagają szczególnych umiejętności. Publicystyka jest atrakcyjna w telewizji i w prasie, ale kiepsko sprawdza się w kinie. Reportaż operuje uproszczeniami, kronikarskimi skrótami, z reguły nie ma wymaganej w kinie mocy uogólnienia. Szlachetne wyjątki – w ostatnich latach na przykład "Plac Zbawiciela" Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego albo "Cześć, Tereska" Roberta Glińskiego – potwierdzają tendencję, że udane projekty oparte na tak zwanych historiach prawdziwych to zjawiska nader rzadkie. Kręcąc film z wyraźną tezą, trzeba bowiem sprostać zarówno szantażowi poprawności politycznej, jak i szlachetnej dydaktyki. Krzysztof Łukaszewicz, reżyser i autor scenariusza "Linczu", nie ustrzegł się błędów większości poprzedników.

Film nawiązuje do głośnej sprawy samosądu we Włodowie. Sześćdziesięcioletni recydywista Zaranek (w tej roli demoniczny Wiesław Komasa) od miesięcy terroryzuje mieszkańców niewielkiego miasteczka na Mazurach. Doprowadzeni do furii ludzie, wskutek opieszałości policji, dokonują morderstwa. Zaczyna się proces...


Film Łukaszewicza ma w sobie coś z telenoweli przefiltrowanej bergmanowskimi ambicjami. Sceny w sądzie to chyba najgorzej sfilmowane i zagrane sekwencje prokuratorskie ostatnich lat. Z drugiej strony debiutujący reżyser sprawia wrażenie pijanego dziecka we mgle, któremu chwilami wydaje się, że jest reinkarnacją braci Coen. Być może naprawdę Łukaszewicz miło nas jeszcze zaskoczy, trzeba wszak wspomnieć, że film ma także kilka scen znakomitych (na przykład cała sekwencja samosądu). Wszystko to jednak blaknie na tle zbyt licznych niedoróbek realizacyjnych. Zmarnowany został potencjał wyjściowy. Narracja, która miała przypominać fakturę dokumentalną, została formalnie zafałszowana. Każdy, kto chociaż raz był na wsi, odkryje bez trudu, że w "Linczu" oglądamy jedynie nieudolną imitację małomiasteczkowej Polski, ponieważ chodzi tutaj wyłącznie o typy pewnej postawy życzeniowej zaprogramowanej z wygodnych, wielkomiejskich pozycji. Źli są bardzo źli, a ludzie dobrzy – szlachetni aż do trzewi.

Muzyka Jarosława M. Papaja przypomina przetworzony bank tematów z sensacyjnego kina hollywoodzkiego, natomiast idealistyczna pani adwokat przywędrowała do "Linczu" chyba z kina moralnego niepokoju. Każdy element filmu do czegoś zatem nawiązuje, z czymś się kojarzy albo kogoś przypomina. Klisze są filmowym chlebem powszednim. To nie musi być zarzut. Szkopuł w tym, że w "Linczu" są to cytaty poupychane bez ładu, składu i sensu. Na chybił trafił. Tak jakby Łukaszewicz nie miał własnego zdania, poglądów i pomysłów, i w związku z tym poupychał do filmu wszystko – magazyn "997", „Miasteczko Twin Peaks” i "Sprawę dla reportera". Bez przesady.

LINCZ | Polska 2010 | reżyseria: Krzysztof Łukaszewicz | dystrybucja: Kino Świat | czas: 81 min•