To film zdecydowanie niszowy. Dystrybutor, wprowadzając tytuł do obiegu, musi liczyć się z tym, że publiczność będzie symboliczna. Niewiele pomogą nawet chwytliwe hasła sugerujące, że Eimbcke jest reinkarnacją młodego Jarmuscha. Nie jest, i myślę, że naprawdę nie warto wprowadzać widzów w błąd. "Sezon na kaczki", podobnie jak znany z kin studyjnych kolejny film reżysera – "Nad jeziorem Tahoe" z 2008 roku, to propozycja zaadresowana dla bardzo wyraziście określonego widza. Pozostali wyjdą z kina po dziesięciu minutach – poirytowani i znudzeni.

Lista nagród i festiwalowe zaproszenia dla Eimbcke, czterdziestoletniego twórcy z Meksyku, przemawiają na jego korzyść, ale sam byłbym ostrożny z ferowaniem wyroków – dla mnie styl Eimbcke opiera się na mimikrze.

Jego siłą jest założony minimalizm. W "Sezonie na kaczki", podobnie jak w "Nad jeziorem Tahoe", obowiązuje bardzo mały realizm. Czerń i biel faktury kolorystycznej, jedno mieszkanie, kilka postaci, oszczędne dialogi.

Plan fabularny dostraja się do umowności stylistycznej. "Sezon na kaczki" przypomina w zasadzie typowe home video. Trwa długa, niekończąca się niedziela. Dwójka kumpli, Flama i Moko, siedzą w mieszkaniu. Leniwy weekend w pustej chacie: gry komputerowe, jakieś żarcie, pornole. A jednak w chłopcach coś nagle pęka. Pomiędzy kawałkiem pizzy a wirtualnym morderstwem videogame zaczynają dorastać. Widzimy moment przejścia, w którym dziecko staje się nastolatkiem, a sielanka i bezpieczeństwo kilku lat zamienia się w niepewność, bunt i przeczucie bolesnej dojrzałości.

Dziecinnego status quo nie uda się dłużej utrzymać. Czternaście lat to moment graniczny. W pustym mieszkaniu Flamy i Moko pojawiają się sąsiadka Rita oraz Ulises, sprzedawca pizzy. Nastoletnia dusza jest burzą hormonów i lęków. Czternastoletnie przywiązanie do mamy i taty rymuje się z dorosłą świadomością, że rodzice właśnie się rozwodzą. Dzieciaki mylą pornografię z miłością, przywiązanie z przyciąganiem erotycznym. Tytułowy sezon na kaczki to przerażające obrazki kaczek i czekoladowe ciasto, które upiecze Rita. Jest słodko, gorzko, kwaśno.

Ulises, filmowy dostawca pizzy, grany świetnie przez Enrique Arreolę, cytuje słowa swojej babci, twierdzącej, że otrzymujemy w życiu jedynie pewną określoną pulę szans, które możemy wykorzystać. Reżyser tego filmu starał się nie stracić żadnej. Jego "Sezon na kaczki", fabularny debiut nakręcony po kilku entuzjastycznie przyjętych krótkich metrażach, na przykład głośnym "Perdón?" z 1995 roku, jest filmem pełnym pychy. Młodemu reżyserowi wydawało się, że wie wszystko najlepiej i że w większym stopniu siłą talentu niż pomysłem na film potrafi utrzymać widza na wodzy. Usprawiedliwiam tę butę, bo lekcję pokory Fernando Eimbcke odbierze już po kilku latach – poza nowelą w projekcie "Rewolucja", reżyserowi od czterech lat nie udało się zebrać funduszy na kolejny film.

"Sezon na kaczki" otrzymał kilkanaście międzynarodowych nagród, w tym specjalne wyróżnienie za innowacyjność na festiwalu w Paryżu. Za objawienie uznano rozgadane, ironiczne, konceptualne kino Eimbcke, jego założoną zgrzebność.

SEZON NA KACZKI | Meksyk 2004 | reżyseria: Fernando Eimbcke | obsada: Daniel Miranda, Diego Catano, Danny Perea, Enrique Arreola | dystrybucja: Vivarto Art House | czas: 90 min