Grupa muzycznych terrorystów dokonuje przedziwnych aktów sabotażu, by przekonać ludzi, że muzykę można zagrać na wszystkim – trzeba tylko mieć do tego serce. Wystarczy na przykład dostać się na salę operacyjną, by zagrać na butlach z azotem, respiratorze i oczywiście uśpionym pacjencie. Można tworzyć muzykę, napadając na bank ("Nie ruszać się, to jest koncert!") i tnąc pieniądze w niszczarce do papieru. Problem w tym, że zwariowani muzycy – choć niewątpliwie utalentowani – sieją w mieście terror. Tym bardziej że szykują finałowy numer, w który chcą wciągnąć całą metropolię. Ich śladem rusza inspektor Amadeus Warnebring, pochodzący z muzykalnej rodziny, choć obdarzony nie najlepszym słuchem. Ale zamiast powstrzymać terrorystów, zakocha się w ich przywódczyni Sannie.

Ola Simonsson i Johannes Stjärne Nilsson wykorzystują w "Nieściszalnych" pomysł ze swojego krótkometrażowego filmu "Music for One Apartment and Six Drummers", ale w rozwijaniu absurdalnej fabuły i zaskakujących rozwiązań dochodzą niemal do ściany. Ale jednocześnie to film prowadzący z widzem inteligentną grę – już sam tytuł oryginalny "Sound of Noise" ("Brzmienie hałasu") został zaczerpnięty z futurystycznego manifestu Luigiego Russolo, postulującego włączenie dźwięków cywilizacyjnych do kompozycji muzycznych.

Bohaterowie "Nieściszalnych" nie są oczywiście pierwszymi, którzy te postulaty wprowadzają w życie: wystarczy wspomnieć o scenie noise’owej i industrialnej czy nawet o grupie tanecznej Stomp. Potrafię sobie wyobrazić ten film jako prowokacyjny mockumentary, muzyczny odpowiednik "Wyjścia przez sklep z pamiątkami" Banksy’ego. Twórcy postawili jednak na szaloną fabułę, która momentami przypomina dokonania Monty Pythona – tyle że ze ścieżką dźwiękową, którą mógłby skomponować John Cage.

NIEŚCISZALNI | Szwecja, Francja 2010 | reżyseria: Ola Simonsson, Johannes Stjärne Nilsson | dystrybucja: Kino Świat | czas: 102 min