Tu nie będzie rewolucji
Bohaterem "Made in Poland" Przemysława Wojcieszka jest pechowy rebeliant z blokowiska. Tekst, po raz pierwszy zrealizowany kilka lat temu w teatrze, zmienił znaczenie. Nie jest już historią o buncie, ale o samotnym chłopaku bez wiary.
- Misiek, nie buntownik
- Sezon na Złote Niedźwiedzie
- Film braci Coen otworzy Berlinale 2011
- Premiery: polskie "Skrzydlate świnie" i "Amerykanin" z Clooney'em
- 200 aktorów zagra w serialu o "Cudzie nad Wisłą"
- Mateusz Kościukiewicz laureatem Nagrody im. Cybulskiego
- Cielecka zatańczy ze śmiercią. Film o powstaniu
- Pierwszy fabularny film o Smoleńsku. Znamy obsadę!
- Berlinale po raz pierwszy w 3D
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Niedziela 2012-05-27

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
Rozumiem powody, dla których Przemysław Wojcieszek chciał wrócić do "Made in Poland" i zrobić z tej sztuki teatralnej pełnometrażowy film fabularny. Mało kto wie, że opowieść o Bogusiu – pechowym rebeliancie z blokowiska – była najpierw scenariuszem (1999), dopiero potem reżyser przepisał ją dla Teatru Modrzejewskiej z Legnicy (2004). Bo nie wierzył, że będzie z tego dobre kino, i nie sądził, że znajdzie pieniądze na realizację.
Premiera spektaklu odbyła się w zaadaptowanej z osiedlowego supermarketu Scenie na Piekarach. Wojcieszek dostał za nią Paszport Polityki i przepustkę na stołeczne sceny. Sukces debiutanckiego "Made in Poland" pozwolił reżyserowi zbudować sobie reputację twórcy niepokornego, który zawsze szuka w teatrze optymistycznego akordu, wielbi swoich bohaterów – nieudaczników z Polski B.
Legnickie przedstawienie nie chciało być afirmacją jakiegokolwiek antysystemowego buntu, ale precyzyjnie odpowiadało na pytanie, dlaczego znów "tu nie będzie rewolucji", i było wiarygodnym zapisem świadomości naszego społeczeństwa u schyłku rządów SLD. Eryk Lubos, grający poczciwego w gruncie rzeczy skinheada Bogusia, który wytatuował sobie na czole napis "fuck off", krzyczał na widzów tak, jakby raz na zawsze puściła w nim tama gniewu.
Wojcieszek niby był zadowolony z telewizyjnej rejestracji "Made in Poland" dla TVP Kultura, ale w 2008 roku z powrotem stanął za kamerą. Filmową wersję skręcił w dwa lipcowe tygodnie. Oglądając dziś końcowy efekt, trudno się oprzeć wrażeniu, że to wyłącznie nostalgiczny powrót reżysera do punktu startu, swoiste postscriptum do własnego spektaklu, a nie samoistne dzieło. Próba przyjrzenia się temu, co go kiedyś w Polsce i w sobie samym wkurzało. Wojcieszek patrzy na swego bohatera i zastanawia się, dlaczego jego czas minął, czy w ogóle tamten bunt był prawdziwy i potrzebny.
















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!