Zbaw mnie od tandety i Wesa Cravena
Horrorem "Zbaw mnie ode złego" nie warto byłoby sobie zawracać głowy, gdyby nie był to dowód na ostateczny upadek dawnego mistrza kina grozy Wesa Cravena
- Freddie Krueger powrócił, ale w kiepskiej formie
- Ben Affleck triumfuje w USA
- A jeśli Bóg umarł?
- Ten anioł sieje złość i przerażenie
- Nieustannie powracający koszmar
- Wampiry potrzebują zaproszenia, więc... "Pozwól mi wejść"
- Tarantino kręci western z Waltzem
- Co z "Oczu Julii", to w serce
- Coś na ząb
- Wes Craven krzyczy po raz czwarty
- Wes Craven krzyczał i płakał do poduszki?
- Wes Craven znów pokrzyczy
- Krzyżem prosto w kły
- Straszne skutki rowerowej wycieczki...
- Wes Craven znów pokrzyczy
-
Krzyk 4, czyli powrót tajemniczego killera
- Matura bez bólu >>
Pogoda
POLSKA
Niedziela 2012-05-27

temp. min 3°C max. 22°C
opady:
śladowe opady
Twoje miasto:
Program TV
Sprawdź program swojej ulubionej stacji:
W tym gatunku pokazano już chyba wszystko. Do tego stopnia, że niemal każda kolejna produkcja mogłaby znaleźć się w słowniku jako przykład hasła "plagiat". W "Zbaw mnie ode złego" pojawia się więc seryjny morderca – nazywany, jakże oryginalnie, Rozpruwaczem – i grupa nastolatków, która musi stawić mu czoła. Krew leje się strumieniami, kolejni młodzi bohaterowie giną jeden po drugim, a łatwy do przewidzenia finał nie budzi choćby cienia emocji. Wszystko oczywiście w technice 3D, choć "Zbaw mnie..." poradziłoby sobie doskonale w dwóch wymiarach, a najlepiej w innym wymiarze, takim, w którym nie trzeba tego filmu oglądać.
Podobnych niestrasznych i niepotrzebnych horrorów przez kina przewija się co roku kilkanaście, trudno jednak uwierzyć, że tę produkcję podpisał Wes Craven – człowiek, któremu przez ponad trzydzieści lat hollywoodzkiej pracy wpadki zdarzały się zaskakująco rzadko. Ale jeśli karierę zaczyna się od thrillera inspirowanego filmem Ingmara Bergmana, to później spada się z naprawdę wysokiego konia.
Zanim bowiem Craven zdobył międzynarodową sławę jako twórca postaci Freddy’ego Krugera, bohatera serii "Koszmar z ulicy Wiązów", parę razy poszarpał nerwy amerykańskich widzów. Debiutancki "Ostatni dom po lewej" (1972), luźno oparty na scenariuszu Bergmanowskiego "Źródła", oraz nakręcone pięć lat później "Wzgórza mają oczy" idealnie wpisały się w obowiązujący w latach 70. w amerykańskim horrorze nurt brutalnego realizmu. Nieobecne w nich były elementy nadprzyrodzone, a zagrożenie było na wyciągnięcie ręki. Nieważne, czy jak w "Ostatnim domu..." (ostro pociętym przez cenzurę – do dziś na niektórych wydaniach DVD brakuje kilku usuniętych cztery dekady temu scen) gwałtu i zbrodni dopuszczali się zwykli ludzie, czy jak we "Wzgórzach..." rodzina zmutowanych kanibali. Wes Craven pokazywał, że niebezpieczeństwo jest bardzo blisko, a zło rodzi się na naszych oczach. Obracał w ruinę amerykańskie mity i marzenia, a przede wszystkim poczucie bezpieczeństwa i pewności siebie.
W latach 80. narodził się nowy Craven – specjalista od horroru przesyconego ironią. "Koszmar z ulicy Wiązów" (1984) wykorzystywał popularność slasherów w rodzaju "Halloween" i "Piątku trzynastego", ale wniósł do gatunku specyficzną mieszankę cynicznego i smoliście czarnego humoru, zaś Freddy Kruger – oszpecony poparzeniami zabójca w czerwono-zielonym swetrze – stał się jedną z najbardziej rozpoznawanych postaci popkultury. Craven był na topie i choć kolejne jego filmy – by wymienić choćby "Węża i tęczę" (1988) czy "W mroku pod schodami" (1991) – nie stawały się kasowymi przebojami, jego twórczość była synonimem dobrego kina grozy. Takiego, które horrorowej materii nie traktuje całkiem serio, ale jednocześnie potrafi porządnie nastraszyć.



















































Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.
Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!