Akcja produkcji rozgrywa się 27 lat po wydarzeniach, które miały miejsce w obrazie "Tron". Dzieło koncentruje się na postaci Sama Flynna (Garrett Hedlund), którego ojciec, Kevin (Jeff Bridges), zaginął wiele lat wcześniej. Dziwna wiadomość prowadzi chłopaka do dawnego biura ojca, skąd przypadkiem trafia do cyberprzestrzeni, w której, jak się okazuje, jego tata został uwięziony. Z pomocą oddanej Quorry (świetna Olivia Wilde, dr House byłby dumny) Sam próbuje wydostać siebie i tatę.

Joseph Kosinski jest z wykształcenia architektem, co niewątpliwie pomogło mu w zbudowaniu świata zamieszkiwanego przez programy. Wykreowana przez niego rzeczywistość to techniczna ekstaza. Przepiękna, efektowna, zjawiskowa, gdzie naprawdę głęboka czerń skontrastowana jest z oślepiającą bielą. Fantastyczna symetria, genialne operowanie światłem, kapitalne sceny walki a prawie wszystko w 3D.

Nie można mieć absolutnie żadnych zastrzeżeń co do realizacji dzieła - poza typowymi efektami, spore wrażenie robi też młody Bridges. Niestety zabrakło czegoś więcej, co uniosłoby "Tron: Dziedzictwo" do rangi filmu kultowego, takiego jak chociażby oryginał, czy po prostu kompleksowo dobrego. W "Tronie" z 1982 roku pojawiał się pewien aspekt filozoficzny, tutaj czeka nas tylko tani sentymentalizm z opisami słońca na czele.

Akcja też nie wciąga, z napięciem również nie jest najlepiej, a narracja jest raczej chaotyczna. W świecie, w którym trzeci wymiar jest na porządku dziennym, przynajmniej od produkcji science fiction o takim potencjale można wymagać czwartego. Ten obraz mógł przesunąć granice percepcji, zmienić postrzeganie cyberświata i naszej z nim koegzystencji, tymczasem nowy "Tron" to zaledwie spektakularne widowisko, estetyczna uczta i konstrukcyjna maestria z fenomenalną, perfekcyjnie dopasowaną ścieżką dźwiękową autorstwa duetu Daft Punk.