Głównym bohaterem jest 12-letni Louis, mieszkający wraz z rodzicami i starszym bratem w Maroku. Ojciec Bruno (Olivier Gourmet) jest prawnikiem na usługach humanitarnej organizacji – z pasją oddany swojej pracy o poprawę losu uciśnionych, ale borykający się z głęboką depresją. Mocno związany z nim Louis bardzo przeżywa tę ojcowską noc duszy. Zwłaszcza, gdy tatuś wyjawia mu swój plan popełnienia samobójstwa. Od tej pory chłopiec strzeże rodzica dniem i nocą niczym prawdziwy anioł stróż. Doprowadza przy tym swoje własne życie do ruiny: opieka nad tatusiem nadweręża dobre relacje z bratem i matką, ciężar odpowiedzialności powoduje kłopoty z mową i inne objawy traumy, które powoli wykluczają go z grona rówieśników, pogłębiając jego wyobcowanie i strach.

Oglądając mękę chłopca, życzymy jego ojcu rychłej śmierci, by wreszcie przestał dręczyć dzieciaka. Jakim trzeba być rodzicem i jakim człowiekiem, by złożyć takie brzemię na ramiona dziecka? Bruno najwyraźniej oprócz depresji ma też sadystyczne skłonności, co ujawnia się w scenach torturowania i przejeżdżania kotów. Jak wiadomo zżymanie się na postępki fikcyjnych postaci nie ma zbyt wiele sensu, dlatego moją złość wyładuję na scenarzyście i reżyserze Frederiku Dumoncie. Nie wiem, co chciał osiągnąć, opowiadając – w dodatku w dość manieryczny i artystowski sposób – tę okropną historię. Co oprócz złości, niesmaku i przerażenia chciał przekazać widzowi?

Nie uważam, że filmy należy kręcić ku pokrzepieniu serc, ale aby zmasakrować publiczność, wystarczy zrobić horror w rodzaju "Piły", a nie udawać artystę i cytować Baudelaire’a. Po tym zostaje największy niesmak.

Obie gwiazdki za kreacje aktorskie – zwłaszcza małoletni Martin Nissen sprawia, że w ogóle daje się to oglądać. Scenariusz powinien jednak wylądować w koszu.

ANIOŁ NAD MORZEM | Belgia, Kanada 2009 | reżyseria: Frederic Dumont | dystrybucja: Art House | czas: 86 min