Bohaterem "Dziennika..." jest Gregory Heffley – jeśli cwaniaczek, to tylko we własnym mniemaniu. Idzie właśnie do gimnazjum, więc robi, co może, by zostać najpopularniejszym dzieciakiem w szkole. Wierzy, że to mu pomoże w przyszłości zrobić karierę. Stara się więc jak może, ale przy okazji straci najlepszego kumpla (gamoniowatego grubasa Rowleya), odrzuci bezinteresowną przyjaźń intelektualistki Angie i narobi sobie masę wrogów. Nie ukrywajmy, Greg zasłużył na to, co go spotyka – jest kłamliwym i denerwującym gnojkiem, a nie bohaterem, do którego czujemy sympatię.

Dałoby się ten ryzykowny koncept obronić, gdyby nie zawiedli niemal wszyscy zaangażowani w realizację filmu. Nie wiem, co jest gorsze – wyjątkowo toporna reżyseria, kloaczny poziom żartów (w których główną rolę często pełnią siki, gluty i spleśniały kawałek sera) czy groteskowo przerysowane aktorstwo (broni się jedynie grana przez Chloe Moretz Angie). Półtorej godziny z "Dziennikiem..." pozwala na jeden jedyny wniosek. Unikać cwaniaczków, tak w życiu, jak w kinie.

DZIENNIK CWANIACZKA | USA 2010 | reżyseria: Thor Freudenthal | dystrybucja: Imperial-Cinepix | czas: 94 min