Znajomy, polecając mi ten film, powiedział, że to pokuta Stillera za wszystkie debilne filmy, w których zagrał. Faktycznie w "Greenbergu" wręcz trudno go poznać: wcielając się w neurotycznego dziwaka, posługuje się zupełnie innym zestawem środków aktorskich – żadnych min i szarżowania. Sposób, w jaki portretuje swojego bohatera, każe podejrzewać, że to naprawdę świetny aktor, noszący na co dzień maskę niedorozwiniętego błazna.

Roger Greenberg jest mizantropem, pogrążonym w depresji i dręczonym neurozami cieślą, który po latach mieszkania w Nowym Jorku wraca do Los Angeles. W domu swojego brata, który wyjechał na rodzinne wakacje do Wietnamu, ma dojść do siebie po pobycie w szpitalu psychiatrycznym. Pomaga mu w tym asystentka brata – przemiła Florence (Greta Gerwig), dziewczyna, która bierze na siebie sprawy innych. Roger ze swoim paskudnym charakterem – jego głównym zajęciem jest pisanie niekończących się listów ze skargami do różnych instytucji – wywołuje w niej opiekuńcze instynkty.


Relacja tych dwojga oraz próby pogodzenia się Rogera z przeszłością, która okazuje się bardziej skomplikowana, niż to się z początku wydaje, stanowią główną oś akcji. Jednak obraz Noah Baumbacha wspisuje się w nurt kina, w którym próżno spodziewać się „dziania się” i spektakularnych przemian bohaterów. To film kameralny, skupiony na realistycznym detalu, bolesnej monotonii życia. Było takich już wiele: "Samotny Jim" Steve’a Buscemiego, "Świetlik" Phila Morrisona czy lepiej znany szerszej publiczności (bo najbardziej komediowy) "Powrót do Garden State" Zacha Braffa. Jednak formuła tych filmów jest na tyle pojemna, że mimo pewnej powtarzalności nie wyczerpują prawdy o ludzkim losie, o którym opowiadają.

GREENBERG | USA 2010 | reżyseria: Noah Baumbach | dystrybucja: TiM Film Studio