"Niemiłość" to obraz bezwzględnej walki między dążącymi do rozstania małżonkami i rodziny, w której brakuje miłości.

Borys (Aleksiej Rozin) i Żenia (Marjana Spivak), typowi przedstawiciele klasy średniej mieszkający na przedmieściach Moskwy, mają się rozstać. Nie mogą znaleźć wspólnego języka, a ich kontakty ograniczają się do wybuchowych kłótni, w których wyliczają wzajemne urazy. Mają nowych partnerów, z którymi chcą jak najszybciej związać się na stałe. Przeszkodą w ułożeniu życia od nowa może okazać się ich 12-letni, niechciany syn Alosza. Rodzice nie zwracają na niego uwagi. Borys i Żenia swój plan chcą zrealizować, nawet jeśli będzie to oznaczało porzucenie dziecka.

„Niemiłość” Andrieja Zwiagincewa była pokazywana w Konkursie Głównym w Cannes – otrzymała Nagrodę Jury. Europejska Akademia Filmowa przyznała filmowi nagrody w kategorii Najlepsze Europejskie Zdjęcia 2017 i w kategorii Najlepsza Europejska Muzyka 2017. „Niemiłość” jest nominowana do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny.

MICHAŁ HERNES: Czym są dla pana miłość i niemiłość?

ANDRIEJ ZWIAGINCEW: To zbyt ogólne pytanie. Rozumiem, że dziennikarze pragną zaczynać wywiady od radykalnych zagadnień, ale wymaga to bardzo poważnej i skomplikowanej dyskusji, z którą nie można się uporać łatwo i szybko. Od początku istnienia ludzkości najwięksi filozofowie i myśliciele uderzali głową w mur poszukując odpowiedzi na pytanie, czym jest miłość. 

Pan robi natomiast filmy, m.in. o tej tematyce.

Filmy są kolejną platformą do rozmyślań i kontemplacji nad naturą miłości. Sztuka to prawdopodobnie najlepsza przestrzeń, w której możemy umieszczać takie zagadnienia, a także obserwować rezultaty przyglądania się samemu sobie, naszym zachowaniom i relacjom międzyludzkim. Dawno temu chiński cesarz wezwał największych mędrców po to, żeby powiedzieli mu w jednym słowie, jaka jest esencja ludzkiego życia. Każdy z nich miał dużo jej definicji, ale cesarz odparł, że utnie im głowy, jeśli nie znajdą i nie ustalą jednej jedynej. W końcu im się to udało. Wiele osób, którym opowiadam tę historię szybko i z przekonaniem opowiada, że zna to słowo i że jest nim miłość. Tymczasem słowem tym było… przetrwanie. Gdy czytałem książkę „Od zwierząt do bogów” Yuvala Noah Harariego o krótkiej historii ludzkości w trakcie lektury utwierdziłem się w przekonaniu, że historia naszej cywilizacji sprowadza się do agresji; do agresywnych zachowań ludzi, którzy chcą zdominować wszystko wokół siebie. Jak możemy więc mówić o miłości? Francuzi mawiają, że miłość to człowiek, który nie płaci i nie bierze. To ważny temat. Bez empatii, która nas ze sobą łączy, bez samo poświęcenia, bez aktu oddawania siebie zmieniamy się w stado wilków i zatracamy nasze człowieczeństwo.

Odnoszę wrażenie, że współcześnie sporo osób zatraciło zdolność do rozpoznawania niewinności u innych, np. uchodźców.

Sporo osób jest zmuszonych do tego, by z powodu wojny opuścić swoje domy. Jeśli decydują się być uchodźcami, żeby ocalić życie swoje i swoich dzieci, nie ma w tym niczego złego. Jak można doszukiwać się winy w niewinności?

Niestety, nie brakuje ludzi, którzy pałają nienawiścią do innych. W trakcie oglądania „Niemiłości” przypomniały mi się słowa Augusta Strindberga, cytowane przez Ingmara Bergmana, że nie ma nic gorszego niż mąż i żona, którzy się nienawidzą.

(śmiech): Wiem, że Bergman uwielbiał Strindberga, uważał go za największego dramaturga i mocno się nim inspirował. Wiem też, że Bergman miał dużo żon i dzieci, a poza tym trudno znaleźć większego niż Strindberg mizogina, który nienawidził kobiet.

Spotkaliśmy się w Londynie, gdzie w Brytyjskim Instytucie Filmowym zrobił pan prelekcję do telewizyjnej wersji bergmanowskich „Scen z życia małżeńskiego”. Jak ważny jest dla pana ten film?

Mówiąc szczerze, nigdy nie widziałem jego telewizyjnej wersji, ale w samym filmie ciekawe jest to, że zaczyna się od wywiadu, w którym małżeństwo opowiada o tym, jacy są szczęśliwi, a w kolejnych częściach filmu widzimy, że to nieprawda. Bergman powiedział, że scenariusz tej produkcji napisał bardzo szybko. Zajęło mu to dwa miesiące i… dwadzieścia lat. Żałuję, że nigdy nie udało mi się z nim spotkać. Dopiero po jego śmierci dowiedziałem się, że bardzo spodobał mu się mój pierwszy film i że po jego obejrzeniu chciał, żebyśmy się spotkali. Niestety, nigdy nie dostałem listownego zaproszenia w tej sprawie. Po latach, na zaproszenie fundacji Bergmana odwiedziłem natomiast jego dawny dom, w którym rozpoznałem przestrzenie z filmów szwedzkiego mistrza.

Małżeńską nienawiść można też dostrzec w „Niemiłości”.

Nienawiść nie jest tematem tego filmu. Jedynym pragnieniem jego bohaterów jest znalezienie szczęścia. Desperacko go poszukują, nie rozumiejąc, że problem tkwi w nich samych, nie powinni więc szukać jego korzeni w zewnętrznym świecie, tylko właśnie w sobie.

Nie jest to łatwe…

Oczywiście, gdyby tak było, ludzie mogliby łatwiej zmieniać siebie. To bardzo charakterystyczne dla ludzi, że mają tendencję do znajdowania powodów swoich problemów gdzie indziej, gdzieś wokół nich, a nie w nas samych. To ślepy zaułek, który do niczego nie prowadzi, tylko skutkuje gniewem.

Czy jest pan szczęśliwy?

Tak, jestem bardzo szczęśliwym człowiekiem. Kiedy miałem 39 lat nagle i niespodziewanie odnalazłem szczęście w trakcie pracy nad moim pierwszym filmem. Zrozumiałem wtedy, że właśnie to chcę w życiu robić. Odnalazłem wówczas siebie i uświadomiłem sobie, że znajduję się we właściwym miejscu. Nie mówię o swoim życiu prywatnym, tylko zawodowym. To historia szczęśliwego człowieka, który dzięki temu rozkwitł.

Czy wierzy pan, że filmy są w stanie zmienić innych ludzi i pomóc im?

Nie wierzę, że sztuka może być lekarstwem. Moim zdaniem odzwierciedla ona życie, jest metaforą wszystkich ludzi szukających rozwiązań i odpowiedzi. Uczą nas szkoły, uniwersytety, rodzina, przyjaciele i osobiste doświadczenia. Sztuka, np. filmy mogą być narzędziem do zrozumienia siebie samego.

Robi pan filmy dla siebie czy dla innych?

Zawsze powtarzam, że robię je dla siebie. To jedyna prawdziwa droga do serc innych ludzi. Czym innym są reklamy – ich twórcy poszukują określonej widowni, tzw. targetów. Na tym polega marketing. Nie wierzę reżyserom, kiedy mówią, że realizują filmy dla widowni. Mówiąc tak, oszukują i kłamią. W trakcie realizowania filmu nie można oddzielić życia zawodowego od prywatnego. To jeden proces obserwacji życia i samego siebie.

Czy pańskim zawodem jest zadawać pytania?

Można tak powiedzieć. Zadaję je sobie samemu. Mój zawód to bycie w stanie nieustannego procesu wyborów. Czarne lub białe. Mężczyzna bądź kobieta. Blondynka albo brunetka. Słońce czy księżyc. Z takimi dylematami się zmagam. Wybór jest zawsze odpowiedzią na pytanie. W takich chwilach czuję, że żyję. Wolę to od odpowiadania na pytania dziennikarzy.

Mój zawód również polega na zadawaniu pytań.

Wiem, to była ironia. Udzielając wywiadów, muszę nieustannie powracać do swoich filmów i próbować odpowiadać na pytania. Zazdroszczę Terrencowi Malickowi, który podjął kiedyś decyzję, że nie będzie rozmawiał z dziennikarzami. W internecie można znaleźć tylko jedno jego zdjęcie z dawnych czasów.

Mówiąc szczerze, tęsknię za czasami sprzed ery internetu i mediów społecznościowych, kiedy o artystach wiadomo było bardzo niewiele.

Dokładnie, to prawda. Ta otwartość i pragnienie bycia docenianym jest odrażające.

Czy kocha pan ludzi?

To skomplikowane pytanie. Wszystko zależy od danej osoby. Nie możesz powiedzieć, że kochasz ludzi, nawet w abstrakcyjny sposób. Ludzie są różni.

Czy wierzy pan w szczęśliwe zakończenia?

W moich filmach, w „Elenie”, „Lewiatanie” i „Niemiłości”, szczęśliwy koniec byłby fałszywy i sztuczny. To byłoby trywialne i miałoby na celu osiągniecie tego, że widownia wyjdzie z kina szczęśliwa. Chcę, żeby widzowie bardziej zagłębili się w dane tematy. Przypomniał mi się wiersz „Noc” Borysa Pasternaka i słowa skierowane do artysty o tym, żeby nie zasypiać i nie pogrążać się w śnie, bo jesteśmy zakładnikami wieczności i niewolnikami czasu.

"Niemiłość" pokazywana jest w polskich kinach od 2 lutego 2018 roku.