Główny bohater włoski dziennikarz Jep Gambardella prowadzi życie bon vivanta. Jednak jego egzystencja sprowadza się na pewnym etapie do refleksji, że być może jest nikim więcej jak "człowiekiem okazji, chwili", by zapożyczyć określenie z pana powieści "Hanno tutti ragione".
Paolo Sorrentino: To ciekawa zbieżność, a może nie ma tu przypadku? Jep jest przepełniony doświadczeniami i przeżyciami. Ma bogaty życiorys, każdy w zasadzie może mu zazdrościć. W pewnym momencie zaczyna czuć się jednak zmęczony, znudzony. Relacje z kobietami nie dostarczają mu już wrażeń. Spotkania towarzyskie wydają się powierzchowne. Każdy z nas wcześniej czy później staje przed pytaniem: czy to już? Wszystko? Jep jest wypełniony wspomnieniami, skrawkami z życia bogatego i ciekawego, a mimo wszystko czuje się niepełny, niekompletny, pusty. Coś stracił, coś przeoczył w tłumie twarzy, w ścisku ciał, w feerii barw i zapachów.

Tylko nostalgia nam pozostała?
Dzięki nostalgii jesteśmy bardziej ludzcy, nie tracimy nadziei, a jednocześnie mamy dowody na to, że punktem wyjścia dla nieznośnego cierpienia – czyli niespełnienia, które towarzyszy nam w życiu – były istotne powody, ważne przeżycia. Nawet jeśli były bolesne, jakże ja chciałbym cierpieć jak wtedy, gdy miałem dziewiętnaście lat. Mogę się dziś wydawać sobie idiotą, ale gdybym mógł mieć znowu naście lat, godzę się na popełnienie jeszcze raz tych samych błędów co wtedy.

Nie chciałby pan wrócić do czasu młodości, ale ze zdobytym przez lata doświadczeniem i wiedzą?
Może to niepopularny sąd, ale nie wydaje mi się, żebyśmy z wiekiem stawali się mądrzejsi. Po prostu wielu rzeczy nie wypada nam już robić, żałujemy, że czas młodości się skończył, okoliczności, w których mogliśmy sobie pozwolić na więcej, przeminęły. Nostalgia to dla mnie ciepło także niełatwych wspomnień, słodka tortura. Cierpienie, które nawet jeśli wynika z tęsknoty i niespełnienia, to sprawia, że czujemy, że coś przeżyliśmy. Myślę, że z wiekiem melancholia, która może ogarnąć człowieka – bo przecież nie każdego musi – jest czymś niemal obezwładniającym. Czasami mam wrażenie, że życie, które prowadziłem, jak miałem lat dwadzieścia, było jakąś alternatywną rzeczywistością. Jestem mocno osadzony "tu i teraz", równocześnie zastanawiam się, czy ja to bardziej ten facet z dzisiaj, czy ten sprzed 20 lat? Czy to, co przeżyłem w młodości, wpłynęło na to, jaki się stałem, czy sprawiło, że jestem jednak kimś innym, niż byłem do tego predestynowany?

A może to nie jest żadna nostalgia czy melancholia, tylko właśnie pospolity kryzys wieku średniego?
Wtedy byłbym dowodem na to, że idiociejemy z wiekiem. Nie byłoby już żadnych wątpliwości. Okazałoby się, że nie kiedyś, a właśnie teraz jestem idiotą. Nie chciałbym trywializować swoich bolączek. Wierzę, że to, co przeżywam, to kwestia osobowości, a nie uwarunkowań płci. Chciałbym, aby i pani mi uwierzyła. Oraz widzowie.

Ja panu wierzę. Potwierdza pan w swoich filmach, jak ważna jest przeszłość w życiu człowieka. Dopiero po czasie zdarzenia nabierają mocy i znaczenia?
Coś w tym jest. Świat to nie my – nie zwolni tempa, nie dostosuje go do nas. I zwykle po czasie zdajemy sobie z tego sprawę. Najważniejsze jest to, co stworzymy wokół siebie, mikroświat, który definiuje nas, a my go. Nigdy nie jest odwrotnie, w niewielu przypadkach świat interesuje się jednostkami. Jestem lub bywam szczęśliwy, co nie znaczy, że nie czuję się często samotny. Jesteśmy sami z naszymi wewnętrznymi demonami, nic tego nie zmieni, żadna kozetka, pigułki szczęścia. Przeszłość może mieć moc napędzającą, może być też jednym z takich demonów. Moich bohaterów przeszłość nie nęka, oni zdają sobie sprawę z wagi przeszłości, ale często nie wiedzą, co konkretne zdarzenia czy spotkania z ludźmi miały w ich życiu znaczyć. Dopiero po czasie odkrywają, jaką to wszystko odegrało rolę. Ja zawsze myślę – co by było gdyby? Niewiele brakowało, a skręciłbym w lewo, nie w prawo, zaspałbym godzinę, przegapiłbym pociąg – jak potoczyłoby się moje życie dalej?

Jep, tak jak Cheyenne z pana poprzedniego filmu, zastanawia się nad znaczeniem przeszłości, także w kontekście teraźniejszości i przyszłości. Wydaje mi się jednak, że w końcu dorasta do tego, kim ma być. Wypełnia swoje przeznaczenie.
W zgodzie ze sobą. Tak, ten aspekt każdej opowiadanej przeze mnie historii jest dość ważny. Bohaterowie muszą niemal dorosnąć, by dojrzeć do tego, by być sobą. Nabierają odwagi, by stanąć ze sobą twarzą w twarz i powiedzieć sobie – to ja, taki jestem. Nieco uogólniając, uważam, że całe życie uciekamy przed tym, kim jesteśmy naprawdę. Powoduje nami strach przed powieleniem błędów ojców, przed pułapką jakiegoś pokoleniowego schematu. A tak naprawdę wszystko zależy od nas. Rozmawialiśmy wcześniej o znaczeniu zdarzeń i spotkań z innymi ludźmi w życiu. To nie one nadają sens naszej egzystencji, ale możemy sprawić, że staną się ważne. Czy spotkanie z osobą znaną, powszechnie podziwianą z automatu musi stać się cenne? Nie, zależy, co zrobimy z tym doświadczeniem. Nasza podświadomość często nadaje rangę rzeczom kompletnie nieistotnym. I odwrotnie. Nie wiem, dlaczego tak jest? Nie wiem, kiedy się to zmienia, czy zawsze się zmienia i od czego to zależy. Człowiek wciąż jest dla mnie tajemnicą.

Często próbuje uchwycić pan istotę tej tajemnicy, zestawiając przeciwieństwa: piękno i brzydotę, okrucieństwo i dobro.
Bo człowiek jest dla mnie wypadkową skrajności. Tym jest życie. Potrafimy być dobrzy, ale przy różnych okazjach pielęgnujemy w sobie nienawiść, zazdrość, agresję. Znam historie ludzi, którzy dopuścili się najstraszniejszych zbrodni wojennych, a w swojej społeczności postrzegani byli jako wzorowi obywatele. To, co powstaje na styku różnych opozycji i na kontrze, uruchamia mnie. Nie wierzę, że potrafimy przejść przez życie nieskazitelnie czyści albo tylko wytytłani brudem.

Czym jest dla pana wielkie piękno?
Wciąż go poszukuję. Zrobiłem film w hołdzie pięknu. Nie chciałbym, żeby zagasła we mnie potrzeba jego poszukiwania.

W hołdzie pięknu i Felliniemu?
To są ogniwa połączone. Jedno wynika z drugiego. Piękno można odnaleźć w brzydocie. Mój największy mistrz nie ukrywał swoich fascynacji. Z drugiej strony prawdziwe piękno może okazać się puste. Czy to umniejsza wymiar piękna? Wzruszają mnie takie dywagacje, mógłbym tak bez końca. Lubię ten epicki wymiar... swego rodzaju etos, któremu chciałem pozostać wierny w tym filmie.

Jaki to etos?
Życie jest snem, iluzją. Wszystko zmierza w stronę nieuchronnego, nic tego nie zmieni, my szamoczemy się z rzeczywistością, z emocjami, sami ze sobą, tak jakbyśmy mogli zmienić bieg wydarzeń. Co jest najpiękniejsze w życiu? Samo życie.

"Wielkie piękno" to wspaniałe kino. Bez wątpienia epickie, doskonałe wizualnie, szczere, bezkompromisowe, pełne ukrytych symboli, ale też megalomańskie czy sentymentalne. Większe niż życie?
To wszystko wypływa zarówno z tematu, jak i z inspiracji Fellinim. Bardzo mi zależało, by nad filmem unosił się duch dekadencji, to ma być swego rodzaju graniczne doświadczenie, a jednocześnie osobiste i znajome dla każdego. Nasze wspomnienia zbudowane są z kadrów większych niż życie. Bardzo chciałem, by widz miał poczucie, że kamera może podążyć wszędzie, może być wszędzie. Czy nie takie właśnie są nasze projekcje, gdy myślimy o przeszłości, przyszłości i teraźniejszości. Podążamy za tym, co nam wyświetli wyobraźnia. Chciałem zrobić film, na który składałyby się zarówno wielkie, monumentalne chwile, jak i te błahe, banalne. Często właśnie te pozornie nieistotne okazują się najważniejsze.

Są sceny, które wzruszają niezmiennie: gdy Jep nurkuje i niespodziewanie wynurza się z wody młody; albo mknąca po suficie motorówka, która przywołuje w nim wspomnienia. Nie wiem, jak pan to zrobił, ale to uruchamia moje wspomnienia. I każdego, z kim o tym rozmawiałam.
Nie bałem się sentymentalizmu. Fellini też się go nie bał. Ja wiedziałem, że nie mogę ukrywać inspiracji jego kinem, muszę być szczery w swoich intencjach, inaczej oskarżą mnie o plagiat, tanie imitowanie. Wyrosłem na jego kinie, choć równie mocno ukształtował mnie Neapol, w którym się urodziłem. Ludzie na co dzień są tu bardzo ironiczni, a przy tym sentymentalni. Gdy kroczę wąskimi uliczkami tego miasta, zawsze mam wrażenie, że spotkam siebie sprzed lat.

Mówimy o Neapolu, a w filmie portretuje pan Rzym. To pana Rzym czy wyobrażenie zaszczepione z literatury i kina?
To mój Rzym, ale przefiltrowany przez to, co mnie w życiu ukształtowało. W pewne miejsca pewnie bym nie poszedł, gdyby nie literatura czy kino, i pewnie bym ich tak nie zobaczył. Są również miejsca, które nie istnieją w rzeczywistości, to Rzym, który powstał w mojej głowie pod wpływem spotkań, przeżyć, rozmów.