- Z Wojtkiem spotkałem się pierwszy raz w 2014 r. Dotarła do mnie jego żona i skontaktowała nas ze sobą. Dowiedziałem się, że Smarzowski robi film o Kościele. Wracał właśnie z festiwalu filmowego w Berlinie i spotkaliśmy się w centrum handlowym. Opowiedział o swojej wizji filmu. Opowiedziałem mu historie podopiecznych mojej fundacji i wkrótce ruszyły prace - mówi Marek Lisiński w rozmowie z WP.

Zaznacza, że nie tyle pracował przy scenariuszu, ile "nanosił poprawki i dodawał własne spostrzeżenia". - Nic na temat pedofilii w tym filmie nie jest wymyślone. Nawet sprawa księdza, który się podpalił, jest zaczerpnięta z życia. Wszystkie wątki dotyczące duchownych-pedofilów to historie osób, którymi opiekuje się moja fundacja - mówi.

- Jeden z wątków dotyczy tego, co mnie spotkało. Chodzi o historię dotyczącą 13 grudnia. Tego dnia przed wieloma laty powiedziałem "dość" i nigdy już nie poszedłem do księdza, który mnie krzywdził - wyznaje.

Lisiński mówi również, że podczas seansu filmu był "obezwładniony emocjami". - Siedziałem jak sparaliżowany, w wielkim napięciu. Muszę go zobaczyć raz jeszcze, bo z pierwszego pokazu mało pamiętam. Może podczas drugiego seansu uda mi się go na spokojnie zobaczyć. Zatykało mnie co chwilę, mimo że przecież znam wszystkie opowiedziane tam historie. Słyszałem jej od ofiar księży, ale usłyszeć a zobaczyć to jednak coś innego. To było wstrząsające przeżycie i do tej pory nie umiem się pozbierać - wyznaje.

Była ofiara księdza zauważa także, że "Kler" już coś "zmienia w społeczeństwie". - Ruszyła fala, której nikt już nie powstrzyma. Kościół będzie musiał się oczyścić. Wszystko zaczęło się od protestu, gdy miesiąc temu wieszano dziecięce buciki na ogrodzeniach polskich kościołów. Od tego czasu spotykam się z ogromnym hejtem. Ludzie nazywają mnie diabłem, komuchem, lewakiem. U nas często tym złym nie jest oprawca, a jego ofiara. Przestałem czytać komentarze i skupiam się na pomaganiu osobom, które doznały krzywdy podobnej do mojej - podkreśla.

Prezes fundacji "Nie lękajcie się" opowiada również, że zajmuje się sprawami "około 300 osób pokrzywdzonych przez osoby duchowne". - Nie jestem jednak prokuratorem i nie potrafię wszystkiego dokładnie zweryfikować. Mam jednak świadectwa tych osób. Część z nich decyduje się na składane pozwów do sądu - mówi.

Zwraca także uwagę, że działania papieża Franciszka czy premiera "Kleru" wcale nie sprawiły, że teraz zgłasza się do jego fundacji więcej pokrzywdzonych. - Chyba nie ma takiego przełożenia. Ludzie zgłaszają się cały czas. Właśnie napisała do mnie 70-letnia kobieta, która była molestowana przez księdza, gdy miała zaledwie 7 lat - opowiada.

Lisiński odnosi się również w wywiadzie dla WP do nieprawomocnego wyroku, w którym sąd przyznał ofierze księdze milion złotych odszkodowania. - To historyczny wyrok, ponieważ pierwszy raz sąd uznał winę Kościoła jako instytucji. Księdzem jest się zawsze, a nie tylko w czasie odprawiania mszy. Ludzie mogą nam zarzucać, że chodzi nam tylko o pieniądze. Tyle że Kasia – ofiara, której przyznano ten milion złotych, wymaga dożywotniej terapii. Jest w ciężkim stanie i ma za sobą już kilka prób samobójczych. Terapie są bardzo kosztowne i musimy sami je opłacać. Padłem ofiarą księdza prawie 40 lat temu, a nadal chodzę do psychologa. Trauma zostaje w nas na całe życie - podsumowuje.