Najważniejsze jednak, że jest ciekawie. Z filmów konkursowych w rankingach dziennikarzy i widzów niezmiennie utrzymują wysokie pozycje "Roma" Alfoso Cuarona i "Faworyta" Yorgosa Lanthimosa. W ostatnich dniach doszlusował do nich western braci Coenów "The Ballad of Buster Scruggs". Ale i tak najwięcej emocji wywołuje remake klasyki horroru Daria Argenty "Suspiria" w reżyserii Luki Guadagnino.

Temperaturę emocji podgrzewają nawet siły natury. Podczas wieczornego pokazu "Narodzin gwiazdy" w reżyserii Bradleya Coopera w Palazzo Cinema strzelił piorun.

Moim faworytem pozostaje jednak skromna, czarno-biała "Roma" - bez fajerwerków i wizualnej jazdy bez trzymanki Mistrza Lubezkiego. Alfonso Cuaron tym razem sam stanął także za kamerą, co w sumie wyszło filmowi na dobre. Cuaron opowiedział bowiem w "Romie" bardzo osobistą historię: przywołał czasy swojego dzieciństwa. Z perspektywy 10-latka przyglądamy się matce czwórki dzieci, jej osamotnieniu (mąż kobiety jest ciągle nieobecny, zapracowany, w delegacjach albo na schadzkach z kochanką). Obserwujemy relacje między rodzeństwem, ale nade wszystko opiekującą się dziećmi Cleo, służącą indiańskiego pochodzenia. W ten hermetyczny świat domowych rytuałów wkracza wielka polityka, studenckie antyrządowe manifestacje i krwawo stłumione zamieszki z lat 1968-1971. Nie jest to jednak film polityczny, który przyćmiewa prywatne dramaty, ale wspaniała opowieść o kobietach, które umocnił chaos świata zewnętrznego. Bohaterki, choć pochodzą z różnych klas społecznych, mają różny status materialny, etniczny i intelektualny, tworzą kobiecą solidarność ponad podziałami. Oferują sobie ciepło, miłość, zrozumienie. Sprawiają, że życie dzieci mimo ciosów, jakie spadają na rodzinę, pozostaje względnie normalne. Cuaron nie udaje, że przywołuje czas, który przeminął. Długie ujęcia kamery, odgłosy świata, którego nie widać na ekranie, powtarzalność sytuacji budują dystans między widzem i światem przedstawionym. Bo w "Romie" nic nie dzieje się tu i teraz. Jest opowiadane, wydobywane z pamięci, przywoływane.

O "Faworycie" Yorgosa Lanthimosa wiadomo było, że to jego pierwszy film historyczny. Mogłoby się więc wydawać, że taka konwencja ograniczy eksperymentatorskie apetyty reżysera, a film bardziej komercyjny i rozrywkowy będzie sprawnie opowiedzianą historią walki dwóch młodych kobiet o względy królowej. Zwłaszcza że narracja utrzymana jest w formie nowelowych rozdziałów (ciekawe, że podobny chwyt zastosowali bracia Coenowie w swoim westernie, czy raczej antywesternie). Tymczasem zamiast solidnego dramatu historycznego na temat XVIII-wiecznego konfliktu na dworze brytyjskiej królowej Anny (Olivia Coleman) między księżną Sarah (Rachel Weisz) i jej ubogą, ale bezwzględną w dążeniu do celu (dosłownie po trupach) kuzynką Abigail (Emma Stone), otrzymujemy kino dla kinofilów, przedziwną groteskę, okraszoną humorem krzyżówkę arcydzieła Stanleya Kubricka "Barry Lyndon" z "Wszystko o Ewie" Josepha L. Mankiewicza. W "Barrym Lyndonie" mieliśmy irlandzkiego młodzieńca, który za wszelką cenę próbuje przeniknąć do wyższych sfer arystokracji, zaś w filmie Mankiewicza życie głównej bohaterki, aktorki Margo Channing, jest pasmem sukcesów, dopóki nie pozna swoje ambitnej fanki i największego wroga. Na królewskim dworze w filmie Lanthimosa rządzi absurd, nie królowa, starsza, odpychająca, cyniczna, ale i zdziecinniała, poruszająca, osamotniona (świetna Coleman). Króluje chaos, okrucieństwo, manipulacja, intrygi dwóch wyrachowanych faworyt, godnych siebie przeciwniczek - takich na śmierć i życie. Wiele w tym świecie przerysowania, ale i poczucia humoru. Ten dystans widać świetnie w pracy kamery (efekt rybiego oka) oraz w inscenizacji tak ekscentrycznych zabaw, jak wyścigi kaczek czy obrzucanie pomidorami nagiego opozycjonisty. Z prawdziwą dezynwolturą Lanthimos żongluje konwencjami, od biopiku, filmu historycznego przechodzi w melodramat, a nawet sięga po elementy horroru. Znakomicie się to ogląda.

Żywe reakcje widzów wzbudził zwłaszcza pierwszy rozdział nowelowego westernu braci Coenów "The Ballad of Buster Scruggs", złożonego z sześciu różnych, niepowiązanych ze sobą historii. Pomyślany jako serial, ostatecznie zamknął się w jednym filmie. Tim Blake Nelson jako tytułowy Buster Scruggs mówi wprost do kamery, śpiewa ballady i strzela tak szybko, że nikt za nim nie nadąża. Stuprocentowy narcyz, zakochany w sobie do bólu i do tego stopnia, że nie przychodzi mu do głowy, że może mieć jakąkolwiek skazę na wizerunku rewolwerowca. Do czasu, aż spotka tego jeszcze szybszego… Zabawa w odbrązawianie Dzikiego Zachodu jest znakomita. W kolejnych historiach demistyfikacja mitu westernowego świata idzie jeszcze dalej. W kolejnych nowelkach poznajemy m.in. kalekę bez rąk i nóg, który na obwoźnej scence recytuje Biblię, zmęczonego przewodnika karawanu z osiedleńcami, który próbuje ułożyć sobie życie z osieroconą dziewczyną, wreszcie kopacza złota na prerii, który nie daje go sobie odebrać, i kowboja, którego za napad na bank nie daje się powiesić, choć od śmierci dzielą go zaledwie sekundy. Coenowie, nie inaczej niż Lanthimos w kinie historycznym, burząc schematy westernowego świata i jasnych w nim podziałów i zasad, posiłkują się swobodnie rozmaitymi gatunkami, od melodramatu do kina absurdu, sięgając po groteskę, komedię slapstickową, dramat, a nawet musical. Nowelki łączy idea Dzikiego Zachodu, ale i wpisana w nią refleksja nad chciwością, przemocą, nietolerancją. Jak daleko stad do legendy nieustraszonych, ale kierujących się zasadami moralnymi zdobywców ziem na zachód od Kolorado, takich jak choćby kowboje wykreowani przez Johna Wayne’a.

Fabuła "Suspirii" Daria Argenty z 1977 roku opierała się na prostym i dość konwencjonalnym pomyśle. Młoda i utalentowana Amerykanka o imieniu Susy przyjeżdża do Niemiec, aby zacząć naukę w słynnej szkole baletowej. W trakcie jej pobytu dochodzi do zagadkowych zdarzeń: zniknięcia jednej z uczennic, dziwnych odgłosów, odrażającego morderstwa. Jednak Argento, dzięki hipnotyzującej nawet po latach stronie plastycznej, nasyceniu obrazów krwistą czerwienią i muzyce zespołu Goblin, wydobył z tej fabułki niesamowite napięcie w surrealistycznych scenach zabójstw. Niestety, imponująca strona wizualna nie przysłaniała niedoskonałości fabuły. Ta grzeszyła przewidywalnością, brakowało pogłębienia postaci, niespodziewanych zwrotów akcji. To wszystko przemyślał i wykorzystał Luca Guadagnino, autor remaku. Zachowując pierwotną historię, stworzył własną interpretację tego kultowego horroru. Inną... ale nie mniej fascynującą. Luca rozwinął ideę tańca. Stworzył z niego krwawy rytuał, potężną nadprzyrodzoną siłę, wyzwalającą najdziksze instynkty, demony i zabijającą w okrutny sposób, deformując ciała ofiar. W nowej wersji filmu kolory są wyprane z intensywności, Berlin lat 70. jest podzielony murem, posępny, duszny, przygniatający dawkowanymi nieustannie informacjami o kolejnych zamachach terrorystycznych. Ta rzeczywistość zewnętrzna kontrapunktuje grozę świata nadprzyrodzonego, podkreślając niemożność ucieczki z piekła opanowanego przez wiedźmy ze szkoły baletowej. Kiedy Tilda Swinton (Madame Blanc) na konferencji prasowej odczytała list od rzekomego aktora grającego starego psychiatrę zaginionej uczennicy, to w moim przekonaniu złożyła hołd dla Daria Argenty. Tilda wystąpiła bowiem w tym filmie w podwójnej roli. Jednak zapytana wprost, zaprzeczyła. Myślę, że w ten sposób i ona, i reżyser pozostali wierni Argencie, który zawarł w "Suspirii" tajemnice nierozwiązane w finale. Być może właśnie po to, by do niego wciąż powracać i szukać ukrytych odpowiedzi. I tak jak u Argenty, w nowej wersji zachowane zostało odwrócone stereotypowe podejście twórców horrorów do kobiet. I tam, i tu grają nie tylko pierwsze skrzypce, ale maja wyraźną osobowość i charyzmę. W kinach w Polsce zobaczymy nową "Suspirię" już 2 listopada.

Na koniec jeszcze o pozakonkursowym pokazie "Narodzin gwiazdy" Coopera. Popularny aktor porwał się na dość ryzykowny zabieg. Nie dość, że "Narodziny gwiazdy" to znów remake, i w dodatku już trzeci (w 1937 roku główną rolę zagrała Janet Gaynor, w wersji z 1954 roku - Judy Garland, natomiast z 1976 roku - Barbra Streisand), to Cooper postanowił film wyreżyserować i zagrać w nim wszystkie partie wokalne. A kreacja dotyczy wszak legendy muzyki. Ale to jeszcze nic w porównaniu z tym, że do roli tytułowej zaangażował Lady Gagę. Jeszcze nie tak dawno skandalistkę obdarzoną wielkim głosem, która potrafiła przyjść na gale w sukience z surowej wołowiny. Nikt nie przypuszczał, że ten film odsłoni drzemiący w niej talent aktorski. Być może wcielając się w niepewną siebie dziewczynę, która przypadkiem zostaje odkryta, przypomniała sobie własne doświadczenia. W kuluarach mówi się, że film z Lady Gagą to jeden z oscarowych pewniaków.

A przed nami wciąż wiele do odkrycia. Dziś wieczorem pokaz nowego filmu Laszlo Nemesa "Sunset", jutro - "At Eternity’s Gate" Juliana Schnabla, a w kolejnych m.in. "Our Time" Carlosa Reygadasa, "22 July" Paula Greengrassa, "Killing" Shinyi Tsukamoto.

Szykuje się zacięta i pasjonująca walka o Złote Lwy.

Mariola Wiktor, Wenecja 2018