Dogman” w reż. Matteo Garonne wyrósł na poważnego rywala „Zimnej wojny” w wyścigu o Złotą Palmę. Niektórzy krytycy już mu ją zaocznie przyznali. Czy słusznie? Przekonamy się niebawem, bo ten film ma już polskiego dystrybutora. To niewątpliwie znakomite kino, którego reżyser, który jest bardzo dobrze znany w Cannes z m.in. z nagrodzonych tutaj Grand Prix obrazów „Gomorra” i „Reality”, potwierdził swoją wysoką formę. To zainspirowana autentycznymi wydarzeniami historia trzydziestokilkuletniego Marcello (fenomenalny w tej roli i idealny kandydat do aktorskiej Złotej Palmy Marcello Fonte), który prowadzi zakład pielęgnacji dla psów na przedmieściach Rzymu. Sympatyczny, lubiany przez sąsiadów, kochający swoją pracę i uwielbiany przez córeczkę, niestety zaprzyjaźniony z bezwzględnym gangsterem. Ten pakuje Marcella w tarapaty, które na zawsze zmieniają jego życie. Jednak dla Garonne, którego znakiem rozpoznawczym jest łączenie realizmu z surrealizmem, piękna i brzydoty, monstrualności i cudowności to nie wierna rekonstrukcja makabrycznej zbrodni sprzed lat jest najważniejsza. To studium zemsty i desperacji człowieka, którego pozbawiono godności, oszukano, wystawiono na próbę jego przyjaźń i lojalność oraz ważną dla niego reputację. A wszystko to w rzeczywistości, w której rządzi prawo silniejszego, w świecie odhumanizowanym, w którym nie przypadkiem warczące i zamknięte w klatach psy są świadkami i zarazem metaforą upadku rodzaju ludzkiego.

To jednak nie jest jedyny rywal „Zimnej wojny” w tegorocznym konkursie. Duże szanse na statuetkę w rankingach dziennikarzy i krytyków ma także nowy film Japończyka Hirokazu Kore-edyShoplifters”. Dla tych, którzy znają jego wcześniejsze filmy, takie jak choćby „Jaki ojciec, taki syn” czy „Nasza młodsza siostra” najnowszy obraz Japończyka nie zaskakuje. To po raz kolejny kino skromne, skupione na współczesnej rodzinie i relacjach łączących bliskich sobie ludzi. Jak mało kto Kore-eda łączy uwaga, z jaką podchodzi do obserwacji prostych zachowań, drobnych gestów z uniwersalnym przesłaniem i wielką czułością wobec swoich bohaterów. Tym razem, choć mieszkają razem, wspólnie jedzą posiłki, spędzają wolny czas, wspierają się w potrzebie, obdarzają się serdecznością to nie stanowią tradycyjnej, biologicznej rodziny. Babcia nie jest prawdziwa babcią, mężczyzna ojcem, dziewczynki córkami, a siostry siostrami. Każdy z nich na swój sposób, niekoniecznie uświęcony prawem, próbuje zarobić na życie własne i „rodziny”. Robi to a to kradnąc w supermarketach, a to wystawiając swoje ciało w peep showach. Po „pracy” ci ludzie dają sobie ciepło rodzinne, tworzą więzi, które czynią życie znośniejszym, w którym jest miejsce na humor i radość z drobiazgów. O tym, że nie biologia, ale relacje, emocje, jakie dzielimy z innymi ludźmi, mogą być silniejsze, bardziej trwale niż te tradycyjne, wynikające z więzów krwi porusza także egipski i jedyny debiut w tegorocznym konkursie „Yommedine” w reż. A.B.Shawky’ego.

Trudno nie oprzeć się wrażeniu, że canneńskie filmy, nie tylko te z konkursu głównego, układają się w grupy tematyczne lub gatunkowe (tegoroczna edycja obrodziła np. filmami biograficznymi o Whitney Houston, Jane Fondzie, Ingmarze Bergmanie). O miłości niemożliwej opowiada nie tylko „Zimna wojna” ale znakomity i także typowany do Złotej Palmy nowy film Chińczyka Jia ZhangkeAsh is Purest White” z odtwórczynią roli Qiao (Tao Zhao, żona reżysera) dziewczyny lokalnego gangstera, której zniuansowana psychologicznie kreacja może zawalczyć o najlepszą rolę kobiecą. Nawiasem mówiąc - nie brakuje i takich, którzy ze statuetka w tej kategorii widzieliby naszą Joannę Kulig - roli Zuli pogratulowała jej sama Julienne Moore. Wracając jednak na grunt chiński - film Jia Zhangke to nie tylko portret niespełnionego uczucia. To historia, która podobnie jak w „Zimnej wojnie” rozłożona została na wiele lat. Opowieść o kobiecie, która z miłości do swojego mężczyzny, mafijnego bossa, poświęca wszystko. Ale też - jak to u tego reżysera - wspaniały portret współczesnych Chin, które przechodzą wielkie transformacje, w których tradycja walczy z nowoczesnością, komunistyczna mentalność z dzikim kapitalizmem, konsumpcyjnością, błyskawiczny rozwój gospodarczy z niewyobrażalnym wyzyskiem. Nie jest to jednak kino propagandowe ani społeczne. Zamiast krytyki systemu mamy do czynienia z właściwą u Jia zanghle ironią i empatią wobec jego bohaterów.

Nie jest też wykluczone, co sugeruje „Paris Match”, że Cate Blanchett, przewodnicząca tegorocznego jury, zechce przyznać Złota Palme kobiecie, by zatrzeć tym samym niekorzystne wrażenia związane z nieustającą obecnością w Cannes Harveya Weinsteina, oskarżonego o molestowanie seksualne aktorek i uczynić z festiwalu miejsce przyjazne ruchom feministycznym i dalekie od seksizmu. Zwłaszcza, ze w przeszłości zaledwie jedna kobieta, a jest nią Jane Campion, otrzymała Zlotą Palme za „Fortepian” w 1993 roku.

Konkurencją dla „Zimnej wojny” może być zatem Alice Rohrwacher z filmem pt.: „Lazzaro Felice”, w wolnym tłumaczeniu „Szczęśliwy Łazarz”. I nie w tym rzecz, że ta uzdolniona Włoszka ma na swoim koncie filmy autorskie, eksperymenty, takie jak „Cuda” czy „Corpo Celeste”, a autorką jej przepięknych wizualnie obrazów jest Helene Louvart, która zasłynęła z pracy z Wimem Wendersem, Agnes Varda i Claire Denis. To podobnie jak „Zimna wojna” piękne i mądre kino. Wyraziste zdjęcia, nawiązanie do włoskiego neorealizmu, wspaniały dźwięk i obraz z taśmy 16 mm dający poczucie naturalności oraz bliskości przedstawianego świata.

Podobnie jak w „Cudach”, reżyserka rozwija w „Lazzaro Felice” koncepcję kina alegorycznego, odrzucając realistyczną konwencję (mariaż kina poetyckiego, burleski, realizmu magicznego, hagiografii) i sytuuje akcję na prowincji w umbryjskiej wsi, wśród rodziny, która pracuje na plantacji tytoniu i dodatkowo utrzymuje się z własnego gospodarstwa. Znojna praca, codzienne obowiązki i dzielenie się nimi, spożywanie posiłków oraz mieszkanie razem tworzą i tam i tu ściśle powiązaną ze sobą wspólnotę. Tytułowy Lazarro, czyli Łazarz jest wiejskim prostaczkiem, trochę popychadłem, najciężej pracującym. Ale jest w tym człowieku jakaś tajemnica. Tak, jakby wiedział on coś, czego inni nie dostrzegają. Jest w nim refleksyjność, umiejętność dziwienia się światem. Cala zaś społeczność, w której żyje, to mikrokosmos, odzwierciedlenie polityczno-społecznych uwarunkowań życia jednych kosztem drugich, wyzysku, cwaniactwa, manipulacji, kryzysu kapitalizmu, ograniczenia horyzontów myślowych.

A może jury łaskawym okiem spojrzy także na film Libanki Nadine Labaki pt.: „Capharnaum”? Gdyby istniała kategoria Złota Palma dla najlepszego aktora dziecięcego to 12-letni Zain Alrafeea - który gra chłopca z libańskich slumsów, próbującego przeżyć każdy kolejny dzień – zasłużyłby na nią bez dwóch zdań. Jest niesamowicie fotogeniczny i właściwie unosi cały film, kradnąc dorosłym aktorom całe show. Nadine Labaki przypomina chwilami libańską Dorotę Kędzierzawską z jej najlepszych filmów z dziecięcymi aktorami. I tam i tu obie reżyserki pokazują świat oczyma dziecka, który z dzieciństwem radosnych i bezpiecznym nie ma nic wspólnego. Jest piekłem. Kiedy Zaid oskarża w sądzie swoich rodziców o to, że wydali go na świat, to niestety racja jest po stronie dziecka. Niekochanego, niechcianego, bitego, poniżanego. Przedwcześnie dojrzały chłopiec mimo wszystko próbuje budować iluzje domu i rodziny, której nie ma, opiekując się niemowlakiem przypadkowo spotkanej Etiopki. Ten film z dziecięcymi bohaterami więcej mówi tez o Libanie, w którym panuje chaos ,przemoc i nieprawdopodobny ekonomiczny wyzysk.

W rankingach dziennikarzy na czoło wysunął się również najnowszy film Spike’a Lee, który po 27 latach powraca do canneńskiego konkursu filmem „BlackKKlansman” z synem Denzela Washingtona (John David Washington w roli pierwszego czarnoskórego policjanta z Colorado Springs Rona Stallwortha). To historia nieprawdopodobna a jednak prawdziwa. Ambitny Ron decyduje się przeniknąć do lokalnych struktur Ku Klux Klanu. Przez telefon wygłasza rasistowskie, antyżydowskie i faszystowskie poglądy zaskarbiając sobie względy przywódców tej organizacji, walczącej o białą Amerykę. Zaś w realu zstępuje go biały policjant, Żyd, udający rasistę grany przez Adama Drivera. Ten znakomity duet osiąga swój cel, udaremniając zamachy Ku Klux Klanu na czarna społeczność Colorado Springs. Mimo, iż temat zabawny nie jest za sprawą wielkiej dawki humoru i niemal burleskowych sytuacji jest w tym życie, autentyzm, pasja. I głębsze przesłanie, uniwersalne. Nie ograniczające się tylko do krytyki polityki Donalda Trumpa ale współgrające z narastaniem nietolerancji, faszyzmu, niechęci do imigrantów, rasizmu na całym świecie.

Nie zdziwiłabym się także gdyby nagrodzono, nie tyle ze względów artystycznych ale politycznych dwóch wielkich nieobecnych festiwalu Kiryła Serebrenikowa za „Lato” ( historia ruchu punkowego w Rosji) i Jafara Panahiego za „3 Faces” ( temat odpowiedzialność artysty za sztukę, która uprawia). Obaj reżyserzy pozostają w aresztach domowych w swoich krajach a Cannes zależy by promować się jako miejsce przestrzeni dla nieskrepowanej wolności twórczej. Nie zazdroszczę Cate Blanchett. Wybór w tym roku jest trudny.

My obstawiamy „Zimna wojnę”. Czy się pomyliliśmy, okaże się już niebawem.

W sobotni wieczór.