MARIOLA WIKTOR: Gratulacje za Independent Spirit Awards dla najlepszego debiutu! Mówi się, że to niezależny Oscar, bardzo ceniony w amerykańskim środowisku filmowym. Czym jest ta nagroda dla ciebie?

MATT SPICER: Dziękuję. Taka nagroda oznacza, że z człowieka anonimowego stajesz sie rozpoznawalna, a twój film, zrealizowany za niewielki budzet dotrze do zdecydowanie większej publiczności.

„Ingrid Goes West” jest reklamowany jako pierwszy film o pokoleniu Instagrama. Czy film Davida Finchera „The Social Network”, choć w momencie jego powstania w 2010 roku, nikt o Instagramie jeszcze nie marzył, nie był twoja inspiracją?

Moje pokolenie trzydziestokilkulatków dorastało bez Instagramowej i smartfonowej techonologii. Nagle dostaliśmy do rąk rodzaj małego komputera, który cały czas ma się za sobą i który łączy cię ze wszystkimi. Każdy ma dostęp w każdej chwili do ulubionych piosenek i filmów. U Finchera tego jeszcze nie było, choć jego film stał się kamieniem milowym jeśli chodzi o kino poruszające temat życia w sieci. Jednak „Ingrid Goes West” to jest faktycznie pierwszy film o pokoleniu Instagrama. Pamiętam, że kiedy pojawiły się na rynku pierwsze iPhony to poczułem, że nic już nie będzie takie same. To nowa religia naszych czasów! Ci młodsi od nas, dwudziestolatkowie i nastolatkowie dorastali już w epoce smartfonów i i Phonów. Dla nich to jest cześć życia. To nie jest dla mojego pokolenia tak wielka sprawa, bo my pamiętamy jak było wcześniej. Obecni 15, 16-latkowie tak szybko stukają palcami po ekranie, że trudno za nimi nadążyć. To już ich druga natura, taka biegłość w posługiwaniu się Instagramem czy Snapchatem.

Czy nie dziwi Cię, że nikt wcześniej nie podjął się w kinie tematu, tak ważnego dziś dla młodych ludzi?

Ta technologia pojawiła się dwa lata temu. Zastanawialiśmy się z Dav’em, moim scenarzystą dlaczego nikt do tej pory nie zrobił o tym filmu. Instagram to coś, co nas pasjonowało i kiedy tak jest, a nikt o tym nie mówi, to dobry znak, że jesteś na właściwej drodze. Kiedy w 2011 roku pojawił się serial „Black Mirror” to były wizje futurystyczne o tym, jak dalece technologia wpływa na nasze życie codzienne. Dziś to już rzeczywistość.

Jedną z inspiracji był także film Anthony Minghelli „Utalentowany Pan Ripley”. Jednak to jest film nie tylko o poszukiwaniu i zamianie tożsamości ale obraz bardzo mocno akcentujący bariery klasowe miedzy ludźmi. Czy Instagram jest medium w którym takie podziały nie zanikają?

„Utalentowany pan Ripley” to był jednak pierwszy film, który nam przyszedł do głowy. Postać tytułowa to wspaniały bohater. Temat tożsamości i tego, że bohater w końcu nie wie kim jest i chce być kimś innym to jest coś ponadczasowego. To dziwaczne ale ludzie w necie nie rozmawiają o barierach klasowych, tak jak by mogli. Bo każdy dziś może być celebrytą. Zwłaszcza w LA. Tradycyjne drogi prowadzące do sławy upadły. Teraz wszystko, co potrzebujesz by osiągnąć ten cel to dobry smatfon i oko do fotografii. Każdy może zbudować swoją markę i być sławny, jeśli będzie miał odpowiednia ilość lajków i followersów. Dziś wszyscy oczekujemy życia w stylu glamour. Z jednej strony nie ma w tym nic złego ale z drugiej może to powodować, że czujemy się źle myśląc o sobie, źle ze sobą. Dziś każdy z nas kreuje w necie lepszą część siebie ale nie prawdziwy obraz siebie. To jednak wprowadza w życie odbiorców Instagrama więcej stresów i niepokojów.

Czy masz konto na Instagramie i jakie są Twoje ulubione?

Moje ulubione to są konta memów: Hoodclips, Fuck Jerry, Official Sean Penn… Oczywiście jestem świadomy, że to są personalne marki. Kiedy pisaliśmy scenariusz filmu, musieliśmy przetrawić taką ilość kont, z iloma nigdy w normalnych warunkach byśmy się nie zapoznali.

Dlaczego zdecydowałeś się zrobić film o influencerach, czyli ludziach którzy dzieląc się na Instagramie pokazywaniem swojego perfekcyjnego życia zdobywają tysiące fanów wyrastając na sieciowych celebrytów? I jaki jest twój stosunek do social media?

To jest narzędzie, które może być albo dobrze albo źle wykorzystywane przez użytkowników. Pomysł zrodził się podczas lunchów, jakie jadałem z Dave’m. Jesteśmy przyjaciółmi i rozmawialiśmy dużo o Instagramie. Kochamy go ale czasami czujemy się podle z nim. Wydaje nam się, że nie jesteśmy dość „cool”, albo że nie byliśmy na odpowiednich wakacjach. Jeśli człowiek traci dystans i nie jest wystarczająco ostrożny to Instagram wydobywa nasze ciemne strony. Znam wielu influencerów. Niektórzy są wspaniali. Moja przyjaciółka Kate na przykład. Używaliśmy jej zdjęć jako fotek Taylor, bo były przepiękne, kuszące. Nie chcieliśmy pokazywać, ze social media to diabeł i zło wcielone. Wszystko zależy, jak ludzie tej technologii używają. I czy twój image jest autentyczny? Czy to autentyczne ja?

Skąd pomysły, jak fizycznie pokazać Instagrama na ekranie kinowym?

Było da mnie bardzo ważne, że używaliśmy Instagrama i jego animacji oraz interfejsów a nie kreowaliśmy imitacji piktograma. Nienawidzę oglądać w telewizji plansz, które wmawiają, że to Facebook lub Instagram. Rozmawialiśmy z prawnikami i oni powiedzieli nam, co wolno wykorzystać a co nie. W czasie, kiedy kręciliśmy film Instagram całkowicie wymienił swój interfejs. My robiliśmy zdjęcia z telefonu o określonym interfejsie ale one do siebie nie pasowały. To było frustrujące. Musieliśmy więc dodawać wiele elementów w post produkcji. Wszyscy mamy w telefonach nowoczesne apki i to jest część naszego życia. Nie można do tego wprowadzać podróbek, bo ludzie od razu to wyczują. To było duże wyzwanie.

Podróż na Zachód to w amerykańskiej kulturze, literaturze i filmie ponadczasowy symbol odnowy, odrodzenia. Czy także w takim kontekście można rozumieć potrzebę Ingrid do przeniesienia się do Kalifornii i upodobnienia swojego życia do tego, które wiedzie na Instagramie jej idolka?

Ja nie pochodzę z LA ale z Pensylwanii. Przeniosłem się do LA jako młody chłopak bo chciałem zostać filmowcem. Dla mnie Kalifornia i LA to zawsze były takie magiczne miejsca, w których spełniały się marzenia i wydawało mi się, że mogę zrealizować tę wersje mnie, którą chciałem. Oczywiście realność jest o wiele bardzie skomplikowana. Nawigacja w necie jest wielkim wyzwaniem, by wciąż utrzymywać resztki własnej osobowości i autentyzmu w miejscu, w którym łatwo się pogubić. Idea budowania własnej marki i image’u jest bardzo mocno powiązana z kulturą LA. To wszystko ma sens w LA a nie np. w takim Austin, które jest fajnym miastem tylko że nie ma tam tak rozbudowanej społecznej i prężnej komunikacji na Instagramie. Nawet Nowy Jork nie jest tak mocno owładnięty obsesja Instagrama jak LA. Tak wiec podróż na Zachód w przypadku Ingrid jest dokładnie takim wymyśleniem na nowo własnej osobowości.

Śmierć matki Ingrid stała się katalizatorem jej decyzji o wyjeździe i nowym życiu. Odniosłam wrażenie, że szukała w Instagramie przewodnika, który podpowiedziałby jej jak żyć, a jednocześnie jak zaskarbić sobie uwagę innych ludzi

Ważne znaczenie ma fakt, że mama Ingrid miała problemy alkoholowe ale z drugiej strony była jej jedyną bliską osobą. Dzieci wychowane w rodzinach alkoholików i w dodatku niepełnych inaczej niż inni ludzie potrzebują miłości i uwagi. Sądzę, że Ingrid nie wiedziała, jak zabiegać o miłość i szacunek, dlatego szukała ich w jedyny znany jej sposób czyli za pośrednictwem telefonu i mediów społecznościowych, bo była bardzo samotna i zagubiona. Nie miała nikogo wokół siebie, kto by jej poradził, powiedział, przestrzegł, żeby czegoś nie robić lub robić. Może ktoś mógłby ją wtedy uprzedzić, że nie ma sensu jechać aż do Kalifornii, by poznać kogoś z kim raz czy dwa rozmawiało się przez sieć. Jednak to sprawiało, że ona czuła się z tym dobrze. Pojawia się jednak pytanie: dlaczego to robimy, co to nam załatwia w życiu, jakie niezrealizowane potrzeby realizujemy?

W filmie jest kilka momentów, w których nie wiadomo, czy film nagle nie skręci w stronę thrillera lub horroru. Jednak nigdy tak się nie dzieje. Dlaczego?

Nie wiedzieliśmy, jak rozwinie się ta historia, ale w jakimś momencie Ingrid skojarzyła mi się z Travisem Bickle z „Taksówkarza”. Poczułem, że ona nie może podążyć za ciemną stroną swojej natury, jak Travis. No i chcieliśmy jak najdłużej trzymać widza w niepewności, sugerując trochę nierealności. Chcieliśmy także, by to było też zabawne ale żeby to nie była parodia „Sublokatorki” i thrillera, jaki tam jest.

Do jakiej publiczności film ma szanse najmocniej przemówić?

Mam nadzieje, ze doprowadzi do dyskusji ludzi, którzy od dziecka żyją w świecie technologii, że zastanowią się i zadadzą sobie pytania: dlaczego nie mogę żyć bez Instagrama, czego się po nim spodziewam? W USA pokazywaliśmy ten film przez ostatnie sześć miesięcy bardzo różnym grupom wiekowym i starsi ludzie także bardzo mocno na ten film reagowali. Sądzę, że 20,30-latkowie będą najbardziej docelową grupą wiekową.

Zakończenie filmu jest otwarte. Nie wiemy, czy Ingrid wyciągnęła właściwe wnioski. Dlaczego postawiłeś znak zapytania?

Myślę, że Ingrid zrozumiała wreszcie kim jest i to, że Instagram nie zapewnia prawdziwych relacji ale może stać się narzędziem do poznania siebie i do odrodzenia. Z tym, ze to jest moje subiektywne zdanie. Choć świadomie zostawiłem to zakończenie otwarte. Chciałbym, by otwierało ono pole do dyskusji dla tych, którzy film obejrzeli. Widzowie nie wiedzą, co się stanie dalej. Mają więc prawo do róznych interpretacji, łącznie z tragiczną, ze Ingrid jeszcze mocniej uzalezniła sie od Instagrama. Nie chciałem robić typowego zakończenia w stylu hollywoodzkim , czyli nie pozostawiającego wątpliwości happy endu.

To był twój reżyserski debiut. Co było największym wyzwaniem?

Nigdy nie ma się dość czasu ani pieniędzy. W przypadku „Ingrid Goes West” to był bardzo mały budżet, ale dla mnie wielki. Wydawało mi się, ze teraz mogę wszystko ale to była oczywiście iluzja. Byłem pod presja czasu i kasy . To jednak zmuszało do kreatywności. Sam byłem współtwórcą scenariusza a wiec znalem go świetnie i łatwiej było mi podejmować szybkie decyzje

Masz swoich Mistrzów?

O tak! Martin Scorsese, Wes Anderson, Stanley Kubrick, bracia Cohen. Jest ich tak wielu, że trudno wskazać na jednego.

Twoje najbliższe plany?

Pracuję nad scenariuszem projektu, który nazwałem na razie roboczo „Sztokholm” z Maika Monroe i Emory Cohenem w rolach głównych. Jednocześnie także z moim innym scenarzysta Maxem Winklerem rozwijamy dla Netfixa nowego „Czlowieka Rakietę”. Właśnie powstaje kolejny draft. „Człowiek Rakieta” to był mój ulubiony film, kiedy byłem mały. To niedoceniona klasyka!