"Tamte dni, tamte noce"

Zaproponowany w „Call Me…” sposób oswajania się z klęską budzi skojarzenia ze słynnym credo Samuela Becketta: „Wciąż próby. Wciąż chybione. Trudno. Spróbować jeszcze raz. Chybić jeszcze raz. Chybić lepiej”. Logika, zgodnie z którą cierpienie ma sens, a w sferze uczuć warto podejmować ryzyko, przykuwa uwagę, bo wydaje się z dzisiejszej perspektywy zupełnie unikatowa. W dobie – pielęgnowanej przez popkulturę i świat mediów społecznościowych - kultury indywidualizmu każde miłosne niepowodzenie traktowane jest przecież jako zamach na poczucie własnej wartości. Na tym tle delikatny film Guadagnino demonstruje zaskakująco wywrotowy potencjał. „Call Me….” stanowi przekonujące wyzwanie do wyzwolenia się spod tyranii własnego ego i wyrażenia zgody, by ktoś kiedyś nazwał nas swoim imieniem.

"Czas mroku"

Film opiera się głównie na dialogu i przez większość czasu rozgrywa za zamkniętymi drzwiami, w zadymionych pomieszczeniach, operator Bruno Delbonnel miał szczególnie trudne zadanie, z którego jednakże wychodzi z tarczą. Kompozycja kadrów, oświetlenie, wycyzelowane w punkt zbliżenia na protagonistę – praktycznie każda klatka filmu działa na korzyść Oldmana. Montaż Valeria Bonelliego i kompozycje Daria Marianellego także robią swoje, a wszystko to bezbłędnie spina Joe Wright, reżyser z doskonałym wyczuciem rytmu – ten sam, który cokolwiek zmurszałą klasykę, jak „Duma i uprzedzenie” czy „Anna Karenina”, potrafił swego czasu przekuć w porywające spektakle.

"Dunkierka"

To niezwykłe widowisko, zrealizowane z olbrzymią dbałością o szczegóły, imponujące rozmachem, wizualnie oszałamiające, opatrzone fenomenalną, niepokojącą ścieżką dźwiękową Hansa Zimmera. A zarazem to film niemal kameralny, dramatyczne wydarzenia pokazujący z dystansu. Ma niemal elegijny ton, hipnotyczne tempo, dialogi ograniczone do minimum. A choć kino zdążyło nas przyzwyczaić do naturalistycznych obrazów przemocy – niedawne „Ognie w polu” Shin’yi Tsukamoto czy „Przełęcz ocalonych” Mela Gibsona skalę w pokazywaniu okrucieństwa przesunęły do granic wytrzymałości – Nolan unika „wojennej pornografii”. Śmierć w jego filmie jest wszechobecna, ale brytyjski reżyser szczędzi nam widoku krwi, okaleczonych zwłok, rozerwanych przez bomby ciał. „Dunkierka” nie staje się przez to wcale mniej sugestywna.

"Lady Bird"

Gerwig, niejako mimochodem, tworzy wiarygodny portret rodziny w chwili kryzysu (doskonały jest Tracy Letts w roli bezrobotnego ojca Lady Bird), na dodatek kątem oka obserwując Amerykę w przełomowym momencie – tuż po atakach z 11 września, ale jeszcze przed ostatnią recesją. Lecz przede wszystkim „Lady Bird” jest filmem o dojrzewaniu, o miłosnych sukcesach i rozczarowaniach, o pozornie bezdennej przepaści dzielącej wiek szczenięcy od dorosłości i tej dręczącej duszę konieczności dokonywania poważnych życiowych wyborów. Ten cudowny, piekielnie trudny okres wspomina bez fałszywej nostalgii, lecz także bez moralizowania i poczucia wyższości wobec swoich bohaterów.

"Nić widmo"

W filmie Andersona gwarantem uczuciowego spełnienia okazuje się umniejszenie siebie na rzecz drugiego człowieka. Właśnie taką drogą podąża Woodcock, który w imię związku z Almą zawiesza swój legendarny perfekcjonizm i otwiera swoje życie na odrobinę zbawiennej nieprzewidywalności. Pójście w tę stronę oznacza nie tylko rezygnację z narcyzmu na rzecz poczucia wspólnoty, lecz także porzucenie skrajnego racjonalizmu w imię wymykającego się logice metafizycznego dreszczu. Największe mistrzostwo „Phantom Thread” polega na tym, że podczas seansu możemy odczuć jego obecność także na własnej skórze.

"Czwarta władza"

Spielberg nie jest naszym wymarzonym autorytetem moralnym, ale trudno nie docenić, gdy z niekłamaną pasją trąbi o potrzebie prawdy i wynosi na piedestał tych, którzy mieli/mają odwagę o nią walczyć bez względu na cenę. To budujący przekaz, a do tego podany w ciekawym opakowaniu; żaden tam nudny wykład od starszego pana z Hollywood. Pozornie statyczny film z nerwem odsłania przed widzem kulisy nie tylko śledczego dziennikarstwa. Kamera Janusza Kamińskiego jest zawsze w ruchu, podrywa się z siedzeń wraz z bohaterami, biega wraz z nimi po tętniącym życiem newsroomie, zagląda przez ramię korektorom ślęczącym nad odręcznymi poprawkami, z niemym uczuciem przygląda się pracy pras drukarskich czy matryc do odlewu czcionek. Jest w tym wszystkim wartość sentymentalna, mitotwórcza, ale jest też uczciwe uchwycenie idei zawodu, który dziś, przy ekspansji mediów społecznościowych, co poniektórzy chcieliby już widzieć w lamusie, i który coraz częściej musi walczyć o reputację.

"Kształt wody"

Kształt wody” można także czytać metaforycznie: jako refleksję nad komunikacją interpersonalną i międzykulturową. Rosnący afekt Elisy do potwora jest nieskażony językiem mówionym; oboje pragną przede wszystkim dotyku, którego w swym wyobcowaniu byli dotąd pozbawieni. Za pomocą muzyki z gramofonu i języka migowego bohaterka uczy stworzenie porozumiewania się, osiągając w krótkim czasie efekt, jakiego przez cały żmudny proces badań nie byli w stanie uzyskać najznamienitsi biolodzy. W zasadzie cała więź między Elisą a syrenem powstaje w oparciu o pierwotną, atawistyczną komunikację i jest ukazana w opozycji wobec trudności w przekazywaniu uczuć słowami przez pozostałych bohaterów.

"Trzy billboardy za Ebbing, Missouri"

Bodaj najcenniejszy w „Trzech billboardach…” okazuje się podjęty przez twórcę wysiłek, by w tych przygnębiających okolicznościach odnaleźć jakieś pokłady dobra. Świadczy o nich – wykazana przez każdego z trojga głównych bohaterów – zdolność do zapomnienia o animozjach, umniejszenia własnego ego i zjednoczenia się w imię wspólnego celu. Zrodzony w bólach sojusz pomiędzy ciężko doświadczoną kobietą a przedstawicielami pogardzanej przez nią instytucji stanowi ostatecznie źródło paradoksalnego optymizmu. Podkreślenie go stanowi ze strony reżysera akt odwagi, która w pełni się opłaciła. Ignorując potencjalne oskarżenia o naiwność, McDonagh zrozumiał, że w czasach rosnących podziałów i szalejącego populizmu delikatne pokrzepienie jest nam potrzebne jak nigdy dotąd.

"Uciekaj!"

„Uciekaj!” to największa niespodzianka w tegorocznym rozdaniu. Kiedy obraz miał wchodzić na ekrany nie spodziewano się, że będzie czym więcej niż atrakcją weekendu. Jednak świetne recenzje oraz całkiem dobre wyniki kasowe sprawiły, że o thrillerze z przesłaniem mówiono przez długie miesiące. Obraz nie jest faworytem, ale mówi się o nim jak o tym, który może sprawić największa niespodziankę.