Małgorzata Szumowska miała już na koncie Srebrnego Niedźwiedzia z 2015 roku za najlepszą reżyserię „Body/Ciało”, kiedy w sobotę wyszła na scenę 68. edycji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie po kolejną statuetkę za swój najnowszy film „Twarz” – jedyny polski film, który brał udział w Konkursie Głównym tegorocznego Berlinale. - Dziękuję za tę nagrodę. Jest ona szczególnie ważna, bo nasz film odnosi się do współczesności i pokazuje problemy narastające nie tylko w moim kraju, ale też w całej Europie. Jestem bardzo szczęśliwa. A szczególnie szczęśliwa, bo jestem kobietą-reżyserką. Yeah! - powiedziała laureatka, odbierając wyróżnienie.

- „Twarz” to nie „Wiadomości”. Nie portretuję Polski jako krainy mlekiem i miodem płynącej. W „Twarzy” pokazuję Polskę w wielkim stężeniu. Chcę dać filmem w ryja – mówiła potem w wywiadzie dla „Wyborczej”. - Utrwalanie dobrego wizerunku Polski - co to w ogóle znaczy? Mamy robić filmy hołubiące własny kraj? Gdzie krytyczne myślenie? Gdzie rozwój? A poza tym powiedzmy sobie prawdę: jeśli spojrzeć szeroko, świat się nami nie interesuje. Nikt nie wie, co się u nas dzieje, i nikogo to nie obchodzi – dodawała, jakby wyprzedzając fakty, że kto jak kto, ale obecna władza z pewnością pozostanie nieczuła na sukces rodaczki. Za „szkalowanie”, oczywiście, podobnie jak miało to miejsce w przypadku oscarowej „Idy” Pawła Pawlikowskiego.

Błyskawiczny sukces na Zachodzie

Srebrnego Niedźwiedzia Szumowska dostała poniekąd w prezencie urodzinowym. Przyszła na świat 26 lutego 1973 roku w Krakowie, w rodzinie dziennikarki i pisarki Doroty Terakowskiej oraz dziennikarza i filmowca Macieja Szumowskiego. Brat, Wojciech Szumowski, jest uznanym dokumentalistą – i od kina dokumentalnego zaczynała także Małgorzata; światowy sukces jej etiudy „Cisza” z 1997 roku nastąpił rok przed tym, jak ukończyła wydział reżyserii Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi.


Znamienne, że Szumowska od początku kariery jest bardziej doceniana za granicą niż w kraju, częściej trafia w gust krytyki zagranicznej niż rodzimej. Jej pierwsze filmy fabularne, „Szczęśliwy człowiek” i „Ono”, nie zrobiły furory w Polsce, za to ten pierwszy zaliczył triumfalny maraton po światowych festiwalach i został uznany za jeden z 10 najlepszych filmów roku 2001 przez prestiżowy magazyn „Variety”, zaś ten drugi zachwycił specjalistów z festiwalu Sundance Roberta Redforda już na etapie scenariusza, zdobywając wyróżnienie jako jeden z trzech najlepszych tekstów europejskich.

Szumowska ma w zwyczaju brać na warsztat najbardziej palące tematy współczesnego świata – czy to uniwersalne, jak oswajanie się ze śmiercią i dojrzewanie do macierzyństwa we wspomnianych pierwszych filmach, czy te mocniej dotykające „tu i teraz”, jak w późniejszym „Sponsoringu”, zdradzającym intencje autorki już w tytule, lub „W imię...”, bardzo aktualnym komentarzu do obecnej sytuacji w Kościele. Reżyserka sama zresztą przyznaje w wywiadach, że interesują ją „tematy ostateczne”. Takie podejście musi się podobać na Zachodzie, nawet jeśli niektóre zarzuty o powierzchowność i popadanie w banał zdają się niebezpodstawne, jako że wielkie metafory nie zawsze przystają bez zgrzytu do kina z gruntu publicystycznego.

Dlatego też nie sposób nie odnieść wrażenia, że najbardziej poruszające filmy Szumowskiej to te najbardziej intymne, prywatne, jak wczesne dokonania poświęcone ojcu (dokument „Mój tata Maciek” i krótka fabuła „Ojciec” z cyklu „Solidarność, Solidarność”) czy na poły autobiograficzne „33 sceny z życia”, historia młodej artystki (Julia Jentsch) konfrontującej się ze śmiercią obojga rodziców. Film zdobył m.in. sześć Złotych Lwów na festiwalu w Gdyni, cztery Orły oraz Złotego Lamparta w Locarno.

Co się tu, do k... nędzy, dzieje?

Natomiast gdy reżyserka bierze się za doraźną publicystykę, jak w „Sponsoringu” czy „W imię...”, nierzadko rozbija się o trywialne wnioski – nawet jeśli rozbija się bardzo efektownie. „Zamiast eksplorować mroczne strony erotyzmu, Szumowska kręci banalne sceny fotogenicznie uładzonej perwersji tak, jakby odkrywała dla kina zupełnie nowy erotyczny kontynent. Polska reżyserka zdaje się wierzyć, że tańczy absolutnie pierwsze tango, jakie Paryż w ogóle widział – i w tym sensie niezamierzenie przypomina postać zagraną w Sponsoringu przez Krystynę Jandę: polską mamę przyjeżdżającą do Francji, mylącą chromowane dildo z termosem i wołającą z opatentowaną Jandowską konfuzją: Co się tu, do k... nędzy, dzieje?", pisał o „Sponsoringu” Michał Oleszczyk na łamach „Dwutygodnika”.

Nakręcony we Francji film, z Juliette Binoche w roli dziennikarki, którą dwie studentki wprowadzają w świat płatnej miłości, zasadniczo budził jednak skrajne reakcje, co skądinąd stało się już wyróżnikiem kina Szumowskiej. Podobnie jak łatka – zresztą na własne życzenie – skandalizującej twórczyni przełamującej tabu. A że niekiedy wyważającej przy tym otwarte drzwi...?

Za kolejnym filmem reżyserki, „W imię...”, opinia dzieła skandalizującego ciągnęła się jeszcze grubo przed premierą. Żądnym sensacji mediom wystarczyła informacja, że bohaterem będzie homoseksualny ksiądz (Andrzej Chyra) romansujący z młodym chłopakiem (Mateusz Kościukiewicz). Po premierze recenzje były bardziej pochlebne niż w przypadku „Sponsoringu”, chwalono m.in. świetnie uchwycenie seksualnego niepokoju towarzyszącego przeżyciom księdza-geja rozdartego między namiętnością a normami społecznymi. Jednak Jakub Socha zauważał w „Dwutygodniku”, że „W imię… jest filmem mocno wykalkulowanym (filmem bardzo na czasie, ale jeszcze bardziej modnym). Dla każdego coś miłego: trochę poprawnej publicystyki, parę ładnych kadrów, raz skąpanych w słońcu, raz zamglonych, jedna czy dwie metafory wizualne, kilka dokumentalnych ustawek, w których Szumowska podpatruje kanciaste i dzikie twarze autochtonów”. Niemniej reżyserka odebrała w Berlinie nagrodę Teddy przyznawaną twórcom filmów o tematyce LGBT.

Niedźwiedzie, przeszczep i Chrystus ze Świebodzina

Dwa lat później na Berlinale autorka pokazała „Body/Ciało”, oryginalną historię splotu losów warszawskiego prokuratora-alkoholik (Janusz Gajos), jego dorosłej córki anorektyczki (Justyna Suwała) i terapeutki (Maja Ostaszewska) potrafiącej komunikować się z zaświatami. Szumowska wróciła tym samym do tematu napięcia między ciałem i duszą, podejmowanym wcześniej zarówno we „W imię...”, jak i „Sponsoringu”, „Onym” czy „33 scenach z życia”. Tym razem jednak postawiła nie na ciężki dramat psychologiczny, lecz na czarną komedię, porównywaną z najlepszymi filmami Kieślowskiego, tyle że w ujęciu groteskowym. Efekt? Najlepsze recenzje od czasu „33 scen z życia” i pierwszy Srebrny Niedźwiedź za naszą zachodnią granicą.

Nagrodzoną właśnie „Twarzą” Szumowska zdaje się odchodzić od niuansów obecnych w „Body/Ciało”. Film otwiera scena, jaką dobrze znamy z krążących po internecie virali: dziki tłum w supermarkecie walczy o tanie telewizory. Potem mamy jeszcze m.in. figurę Chrystusa ze Świebodzina oraz przeszczep tytułowej twarzy zmieniającej młodego bohatera filmu (Mateusz Kościukiewicz) w Obcego. Znów zatem wielkie, grubo ciosane metafory – choć pierwsze recenzje są entuzjastyczne. „Małgorzata Szumowska wbiła kij w mrowisko. Najnowszy film polskiej reżyserki to mocny obraz mającej spory problem z tolerancją, wewnętrznie skłóconej prowincjonalnej Polski. Pełny ironii, ale zarazem celny i bolesny”, pisze Kuba Armata na wp.pl.

Polska premiera „Twarzy” została zaplanowana na 6 kwietnia. Temperatura dyskursu publicznego wokół filmu zapewne będzie wysoka, ale czyż nie właśnie o to chodzi Szumowskiej?