Na Wyspie Psów

Już w kwietniu premiera otwarcia tegorocznego Berlinale, czyli długo oczekiwana przez fanów "Wyspa psów" w reż. Wesa Andersona. To pierwsza w historii animacja otwierająca festiwal w Berlinie, choć nie pierwszy film Teksańczyka, który tego zaszczytu dostąpił. Kilka lat temu nie mniej entuzjastycznie przyjęto w Berlinie "Grand Hotel Budapest".

Po raz kolejny reżyser przyciąga fanów wyrazistym stylem nie do podrobienia, którego wiele elementów znanych jest z poprzednich obrazów, jak choćby animowanego "Fantastycznego Pana Lisa". Widz znajdzie więc tutaj tak charakterystyczne cechy języka filmowego Andersona, jak spłaszczenie przestrzeni i perspektywy, obsesyjne dążenie do symetrycznej kompozycji, graficzności kadru, zamierzoną sztuczność, troskę o detale.

Jednak w tej opowieści o psach, które w związku z rzekomą psią grypą zostają przymusowo ewakuowane na Wyspę Śmietnisko (akcja filmu rozgrywa się w japońskim mieście Megasaki), znajdziemy wiele odniesień zarówno do kina Kurosawy, jak i Miyazakiego (Spirited Away), ale przede wszystkim bardzo współczesne polityczne aluzje. Wprawdzie sam Anderson zastrzega się, że to jedynie futurystyczna fantazja, ale jak zwykle życie dopisało dodatkowe i nieprzewidziane znaczenia. Burmistrz Megasaki, chcąc wygrać wybory, ucieka się do manipulacji. Przekonuje obywateli, że bezpańskie psy stają się największym zagrożeniem, choć w istocie wynaleziono na psią grypę skuteczną szczepionkę. Lekarz, który tego dokonał, zostaje zamordowany. I pewnie to polityczne kłamstwo, skłócenie społeczeństwa i podzielenie go na zwolenników psów i ich wrogów by się powiodło, gdyby nie wyprawa 12-letniego przyrodniego syna burmistrza, który dociera na wysypisko śmieci, by odszukać ukochanego czworonoga o imieniu Spots. O tym, jak skuteczne jest zarządzenie konfliktem i stwarzanie wyimaginowanych wrogów w celu pozyskania elektoratu, wiedzą nie tylko Japończycy i Amerykanie.

Kiedy na spotkaniu z Wesem jeden z dziennikarzy zapytał o to, co było największym wyzwaniem w tej animacji, ten bez namysłu odpowiedział, ze... twarze, a właściwie pyski lalek, grających psy. Bo jest to też film o bardzo emocjonalnych relacjach między zwierzętami. O wystawionej na próby przyjaźni, lojalności, o potrzebie dominacji, podporządkowania się, ba! nawet o romantycznych uczuciach. Na szczęście ten brak wyrównała, jak to zwykle u Andersona, doborowa obsada aktorska. Swoich głosów udzielili czworonogom m.in. Bill Murray, Edward Norton, Scarlett Johansson, Jeff Goldblum, Tilda Swinton. To oni ożywili animowane lalki, dodając im głębszych znaczeń.

Pocztówki z Rosji

Nie wiadomo kiedy, ale na pewno w polskich kinach pojawi się rosyjsko-polsko-serbska koprodukcja "Dowłatow" w reżyserii Aleksieja Germana Jr. Polskim koproducentem filmu jest firma Message Film w składzie: Dariusz Jabłoński, Violetta Kamińska i Izabela Wójcik. Autorem zdjęć jest Łukasz Żal, a w filmie pojawiają się w roli cenzorów: Hanna Śleszyńska i Piotr Gąsowski. Ten ostatni promował już w Berlinie przed kilku laty wcześniejszy i nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem film Germana "Pod elektrycznymi chmurami" o stanie rosyjskiej duszy. Coś w rodzaju dość popularnego u naszych wschodnich sąsiadów nostalgicznego snuja, awangardowego i poetyckiego w formie, a jednak dość konserwatywnego w przesłaniu, czerpiącego pełnymi garściami tak z Eisensteina, jak i z Tarkowskiego, ale i z Roya Anderssona.

Nie inaczej jest tym razem, choć udało się Germanowi zejść nieco w wysokich koturnów, za sprawą ironii i humoru. Tym razem przedmiotem jego obserwacji jest dramatyczna sytuacja wybitnego rosyjskiego pisarza Dowłatowa w początku lat 70-tych. Dowłatow mieszka w Leningradzie i nie ma gdzie publikować. Żadne z wydawnictw nie chce przyjąć jego powieści i poezji. Nie są bowiem zgodne z doktryną realizmu socjalistycznego. Sam bohater zaś nie należy do Związku Pisarzy. Nie chce pisać o antyku ani tworzyć optymistycznych, pełnych fałszywej dumy z poczucia bycia Rosjaninem epopei. Nie chce i nie może. Podejmuje się wiec pisania reportaży o rosyjskich robotnikach, tworzących poezję. Sytuacja dla człowieka miotającego się miedzy potrzebami duchowymi i ekonomicznymi (ma na utrzymaniu rodzinę) staje się absurdalna. Co mniej wyrobionych kulturalnie Rosjan specjalnie nie dziwi…

Na pytania zagranicznych dziennikarzy o odniesienia do putinowskiej Rosji German Jr wybrnął dość dyplomatycznie. Owszem, ubolewał nad tym, jak potraktowany został reżyser Kirył Serebrennikow (latem zeszłego roku aresztowany w związku z podejrzeniem defraudacji dotacji państwowych), a wcześniej także skazany na łagier Oleg Sentsow, ale jak stwierdził, w Rosji nie ma dziś totalnej cenzury niczym z czasów Związku Radzieckiego. Dzięki temu między innymi on sam mógł zrobić "Dowłatowa", a film ma mieć dystrybucję w Rosji. Faktem jest jednak, że film jest koprodukcją z udziałem zagranicznym, a wiec w wielkim stopniu jest dziełem niezależnym od oficjalnego, państwowego finansowania.

Według Germana Jr. obraz ma zadawać kłam wyobrażeniom Zachodu na temat Rosji. Reżyser uważa, ze w Berlinie wiele osób kojarzy Rosję z drugą Koreą Północną. Z drugiej strony przyznaje jednak, że i w Rosji większość obywateli ma bardzo stereotypowe wyobrażenia na temat życia na Zachodzie. Sam Dowłatow, choć i on, i Josif Brodski ostatecznie wybrali emigrację, mówi w filmie,  ze tak zwane lepsze życie za granicą to iluzja i nieustające poczucie braku i niepełności.

Polska w Berlinie

Jak widać, kino w Berlinie żyje polityką i coraz bardziej niepokojącymi wydarzeniami natury pozaartystycznej. W sobotę Małgorzata Szumowska, która ostatniego dnia Berlinale pokaże w konkursie "Twarz" (już dziś trzymamy kciuki!), zainaugurowała kampanię pod hasłem "Speak Up". Wygłosiła manifest zachęcający osoby z branży filmowej to opowiedzenia o sytuacjach, w których były one molestowane seksualnie lub psychicznie. W akcji, która jest częścią słynnej już kampanii #MeToo, biorą udział terapeuci i psycholodzy, którzy bezpłatnie wysłuchają i udzielą wsparcia wszystkim poszkodowanym.

- Jesteśmy częścią świata - powiedział Dieter Kosslick, dyrektor festiwalu w wywiadzie dla "Deutsche Welle". - Dzisiaj wszędzie obecna jest dyskusja #MeToo, dlatego propagujemy ją również na Berlinale.

A my czekamy na kolejne (oby!) objawienia tegorocznego Berlinale. Z budujących informacji z radością donoszę o pełnej sali i entuzjastycznych recenzjach dla pokazywanego w sekcji Forum debiutu Jagody Szelc "Wieża. Jasny dzień", który w polskich kinach (po nagrodzie w Gdyni dla najlepszego debiutu) pojawi się już 23 marca. O polskim filmie Gus Edgar na łamach "Dog and Wolf" napisał, że to "wnikliwe połączenie powszedniości z narastającym poczuciem zagrożenia", zaś w magazynie "Variety" ukazał się Focus on Poland o najnowszych polskich produkcjach.

Dziennikarze zagraniczni czekają ponadto na nowy film Gusa van Santa "Don't worry, he won't get far on foot" ze zjawiskowym (ponoć) Joaquinem Phoenixem w roli przykutego do wózka bohatera, dodaną w ostatniej chwili do konkursu opowieść "Utoya 22 July" w reżyserii Erika Poppe, zrealizowany w całości telefonem komórkowym najnowszy obraz Stevena Soderbergha "Unsane" oraz na wyjątkowo krótkie, zaledwie… 230 minutowe "Seson of the Devil" Lava Diaza.