MICHAŁ KACZOŃ: „Żona czy mąż?” to jeden z tych filmów, który opowiada o nieoczekiwanej zamianie miejsc. Co Twoim zdaniem wyróżnia go na tle innych obrazów o podobnej tematyce?

Kasia Smutniak: Nasz film wyróżnia przede wszystkim motyw patrzenia na swojego małżonka/małżonkę jego oczami. Ta zamiana ciał ma znaczenie przede wszystkim z poziomu samej relacji. Pozwala bohaterom rzeczywiście wejść w buty drugiej osoby; zobaczyć jak partner widzi cię w rzeczywistości i odbiera twoje zachowanie. A także, na własnej skórze, pozwala doznać tego o co czasami pytamy się wzajemnie - Co byś zrobił, gdybyś był naprawdę na moim miejscu?. Sądzę, że taki eksperyment w pewnym momencie przydałby się każdemu związkowi. Dla lepszego zrozumienia siebie nawzajem, łączących nas relacji, ale także, jak odbierani jesteśmy przez innych. Ja sama chętnie bym się go podjęła. Uważam, że to doświadczenie, dzięki któremu możemy spojrzeć na wiele spraw z nowej perspektywy. Szczególnie interesujące jest unaocznienie drugiej osobie jak wygląda nasz dzień, z kim mamy do czynienia, w jaki sposób wchodzimy w interakcje. Opowieści o tym co nas spotkało to jedno, ale przeżycie tego na własnej skórze to coś zupełnie innego.

Czy było w scenariuszu coś, co zaskoczyło cię najbardziej?

Tak. Na początku ten projekt wydał mi się ciekawy, bo pomyślałam, że pozwoli mi lepiej zgłębić psychologię mężczyzn, lepiej zrozumieć ich zachowanie. Nie spodziewałam się, że w zasadzie dowiem się przy okazji niezwykle dużo o samej sobie i swojej własnej, kobiecej stronie. Wynikało to bezpośrednio z pracy nad rolą i tego, że długi czas przed rozpoczęciem zdjęć wraz z moim partnerem ekranowym – wyśmienitym Pierfrancesco Favino oraz młodym reżyserem, Simone Godano, pracowaliśmy nad tym, by jak najlepiej przedstawić, zrozumieć i oddać esencję drugiej osoby. Scenariusz wymagał od nas byśmy dosłownie wcielili się w naszego partnera. Praca polegała na tym, by jak najwierniej oddać sposób bycia drugiej osoby. Zajmowaliśmy się fizycznością, sposobem poruszania, intonacji, ale przede wszystkim samego sposobu zachowania i skąd ono wynika. Prowadziliśmy długie dyskusje na temat własnych motywacji i reakcji na konkretne wydarzenia. Efekt miał być taki, że oglądając naszego partnera, czulibyśmy, że przeglądamy się niczym w lustrze. I rzeczywiście - gdy zaczęliśmy już zdjęcia, byłam oszołomiona tym, że tak bardzo potrafię odnaleźć się w tym, co Francesco przedstawiał na planie. To było niezwykle edukujące, otwierające oczy wydarzenie, które pozwoliło każdemu z nas spojrzeć na siebie z nowej strony i zastanowić nad tym, co robimy.

Było o tyle ciekawie, że nasze doświadczenia z Francesco są szczególne. Ja wychowałam się w rodzinie wojskowej, więc kontakt ze „światem męskim” był w moim życiu wyjątkowo obecny. Francesco zaś wychował się w domu, w którym dominowały kobiety – matka, siostry. Z żoną ma dwie córki. Śmiał się, że nawet ich pies jest dziewczynką. To sprawiło, że mieliśmy zupełnie inne podejście do niektórych spraw i mogliśmy nauczyć się od siebie jeszcze więcej i wymieniać nowymi punktami widzenia.

Powiedziałaś kiedyś, że dobierając role, szukasz bohaterek, których w pewien sposób się boisz. Które są tak odmienne od Ciebie, że nie wiesz na początku jak sobie z nimi poradzić. Co najbardziej przestraszyło cię w tej roli?

Pamiętam to zdanie. Dotyczyło roli w filmie „Limbo”, gdzie wcielałam się w kobietę-żołnierza na misji wojskowej w Afganistanie. Już tam mogłam przyjrzeć się aspektom męskości/żeńskości we własnym zachowaniu. Dostrzec jak niektóre sposoby bycia są postrzegane przez innych i jaki wpływ mają na życie. Kiedy dostałam scenariusz „Żony czy męża?”, który jeszcze mocniej i w innym kontekście poruszał te kwestie, pomyślałam, że to świetne zadanie aktorskie, nad którym będzie aż przyjemnie się pocić. Szybko odkryłam, że jest jeszcze ciekawiej i ciężej, niż na początku zakładałam. Przede wszystkim wiedziałam, że aspekt psychologiczny jest niezwykle ważny. Chciałam uniknąć stereotypu „kobiety chodzącej jak mężczyzna”. Zależało mi na tym, aby zgłębić ten temat mocniej, a nie tylko dotknąć powierzchni. Dzięki pracy z Francesco i Simone odkryłam rzeczy, których się nie spodziewałam.

Przede wszystkim zrozumiałam, że męska wrażliwość jest zupełnie inna od kobiecej. Jest dużo bardziej instynktowna. W tym aspekcie niezwykle dużo nauczyłam się od moich dzieci. W trakcie, gdy kręciliśmy film, mój syn miał dwa lata. Dzieci w tym wieku działają bardzo instynktownie. Mam też starszą córkę i pamiętam, że jej dorastanie wyglądało zupełnie inaczej. Obserwowanie ich na co dzień uświadomiło mi jak kreuje się psychologia zachowań męskich i żeńskich. Widać to już w samych zabawach dzieci. Dziewczynki często lubią zabawy, w których równocześnie przyjmowane są już role - mama, pielęgniarka, kucharka, lekarka. Wszystkie to role opiekuńcze. Mała dziewczynka w zasadzie mierzy się w nich z osobowością dorosłej kobiety. Zupełnie inaczej do zabaw podchodzą chłopcy. Są dużo bardziej instynktowni, wybuchowi, w sporej mierze nastawieni na siebie. Ich zabawy są dużo bardziej fizyczne. Szybciej też się kończą, bo szybciej następuje nasycenie tym, co się akurat robi. Patrząc na ich zachowanie, zrozumiałam, że mężczyźni i kobiety rzeczywiście pochodzą z innych planet (śmiech).

Zwrócenie uwagi na odmienne modele zachowania jest też tematem programu telewizyjnego, który prowadzi Twoja bohaterka. A Ty uważasz, że czyją zasługą są normy obowiązujące w dzisiejszym świecie?

Wydaje mi się, że jest to w ogromnej mierze zasługa właśnie samych kobiet. Same stworzyłyśmy taki wizerunek „idealnej kobiety” - gotowej na wszystko superwoman/wonder woman, która jest wspaniałą matką i businnesmenką. Na dodatek zawsze seksowną i ponętną - jako wzór do naśladowania. Nie jest do końca tak, że mężczyźni koniecznie chcieliby nas zawsze takimi widzieć. Raczej my sądzimy, że oni chcieliby nas tak widzieć i że to im się podoba. Jestem wyjątkowo zadowolona ze sposobu, w jaki przekazujemy tę myśl w naszym filmie. Bardzo lubię scenę, w której moja bohaterka - a właściwie Andrea, bohater Francecso, czyli mężczyzna w ciele kobiety, wygłasza tyradę na ten temat. Dzięki takiej inscenizacji, wydźwięk tego przekazu jest moim zdaniem bardziej krytyczny, bardziej przewrotny.

Jedną z ciekawszych rzeczy w Waszym filmie są także odmienne reakcje bohaterów na dotyk innych w życiu codziennym, wynikające właśnie ze zmiany płci.

Tak, bawiliśmy się tym konceptem, jako jednym z elementów „oswajania się” ze światem drugiej osoby i unaocznienia jej z jakimi reakcjami i zachowaniami innych ma do czynienia na co dzień. Sądzę, że reakcje bohaterów, o których mówisz, wynikają właśnie z odmiennego sposobu reakcji mężczyzn i kobiet na wzajemny kontakt. Staraliśmy się ograć je przede wszystkim z humorystycznego punktu widzenia, ale rzeczywiście może kryć się za tym coś głębszego.

Ma to też ścisły związek z tym, co dzieje się obecnie. Oskarżenia o molestowanie seksualne dotyczą wielu wpływowych ludzi. Wiele osób zastanawia się gdzie jest granica między tym, co można uznać za atak, coś niedopuszczalnego, a tym, co normalne. Sprawa jest o tyle trudna, że spora część problemu zdaje się wynikać z percepcji i odbioru zachowań przez innych. Akcja #metoo, która zrzesza kobiety, które doznały molestowania seksualnego, została na przykład skrytykowana przez francuskie kobiety kultury. Stwierdziły, że „Mężczyźni zostali potępieni także za próbę poderwania kobiety”, gdyż sytuacje, które zostają zgłaszane w akcji #metoo są przejawem nieudolnego flirtu. Jak Ty widzisz te problemy?

Myślę, że kobiety wiedzą gdzie przebiega granica między flirtem i molestowaniem seksualnym. Obecna sytuacja otwiera pole do dialogu w tym zakresie, ale też jest pierwszym krokiem do zmiany kulturowej. To powinno być też ściśle powiązane z edukacją dzieci. Dorastając każdy, bez względu na płeć, powinien mieć świadomość gdzie są te granice.

Jestem jedną z inicjatorek otwartego listu, który we Włoszech podpisało wielu twórców, dziennikarzy. Zależy nam na zmianach prawnych związanych ze zgłaszaniem przestępstw na tle seksualnym. Obecnie osoba, która doświadczyła molestowania seksualnego we Włoszech ma na to 6 miesięcy od zdarzenia. Uważamy, że jest to stanowczo za krótko, aby po tak ciężkim doświadczeniu ofiara zdobyła się na ujawnienie tego rodzaju faktów. Na to potrzeba często o wiele więcej czasu. I o to chcemy zawalczyć. Prawo powinno być po stronie skrzywdzonej osoby.

Jestem dumna z kobiet, które miały i mają siłę opowiedzieć swoje historie. Jestem święcie przekonana, że ich historie pomogą też innym opowiedzieć o swojej sytuacji lub zrewidować swoje życie. Widzę też pewne ryzyko i mam nadzieję, że nie dojdzie do nadużyć, mieszania się sytuacji prawdziwych z tymi nieprawdziwymi, opowiadanymi dla rozgłosu.

Natomiast z listem Catherine Deneuve zdecydowanie się nie zgadzam. I nie popieram takiego stanowiska.