W minionym roku James Franco wspiął się na szczytowy moment swojej ponad 20-letniej kariery artystycznej. Zdobywca Złotego Globu, nominowany do Oscara za film „127 godzin” (2010), z podwójnym tytułem naukowym doktora, 37-letni Franco jest jednym z obecnie najlepiej wykształconych aktorów swojego pokolenia. Gwiazdor, który swój przełomowy występ zawdzięcza serialowi komediowemu „Luzaki i kujony” (1999-2000), sławę zyskał dzięki kreacjom w filmach: „Obywatel Milk”, „Boski chillout” (2008), „Jedz, módl się, kochaj” (2010), „Oz: Wielki i Potężny” (2013), czy też za sprawą „Genezy Planety Małp” (2011). O Jamesie Franco - hollywoodzkim buntowniku z wyboru, współczesnym wcieleniu Jamesa Deana - można powiedziecie wiele rzeczy, ale z pewnością nie to, że aktor i wiecznie niezaspokojony artysta spoczywa na laurach. W swojej ostatniej twórczości, Franco nie tylko podjął się produkcji i reżyserii najnowszego hitu HBO „Kroniki Time Square”, w którym wcielił się w króla porno, ale również zagrał legendarnego twórcę polskiego pochodzenia, reżysera najgorszego filmu z istniejących - „The Room” (2003) - tym samym udowadniając, że współczesne amerykańskie kino nieistnieje bez ikonicznych dziwaków, zwariowanych Polaków, buntowników przełamujących bariery prowokacji i jego samego w roli głównej.

KATARZYNA KASPERSKA: W swoim najnowszym filmie „Disaster Artist”, który wyreżyserowałeś i wcieliłeś się w tytułową rolę - grasz Polaka, który w Hollywood otrzyma miano ikony wśród najgorszych twórców w historii kina.

JAMES FRANCO: Tommy Wiseau, o którym mówisz i który faktycznie pochodzi z Poznania, do czego nigdy nie przyznał się publicznie, jest reżyserem kultowego dziś filmu „The Room”. Ta produkcja z 2003 roku od dekad cieszy się niechlubną sławą jednego z najgorszych i najbardziej ikonicznych obrazów, jakie amerykańskie kino wydało na świat. Z pewnością widzowie na całym świecie są zaznajomieni z tym tytułem. Sam niejednokrotnie jako student (pod wpływem alkoholu i dużej ilość wypalonej marihuany) brałem udział w pokazach tego beznadziejnie zrealizowanego i przez to też szalenie zabawnego filmu „The Room”. Wiseau jest artystą z krwi i kości, który został odrzucony przez cały świat z jednej bardzo prostej przyczyny - ten człowiek to absolutne beztalencie. Czego tylko się dotknie, nieświadomie przemienia to w żart i kpinę. A jednak, to właśnie temu artyście udało się stworzyć ewenement na skalę światową. I za tą przyczyną po raz kolejny jako jeden z wielu w jego dziedzinie udowodnił, że świat należy do beznadziejnych marzycieli. Gdzie jest serce, tam też jest i sukces. To swoiste „La La Land” dla tych najgorszych z najgorszych (śmiech).

Tommy Wiseau, który nigdy oficjalnie nie przyznał skąd pochodzi i ile tak naprawdę ma lat, stworzył film, który okrył go sławą współczesnego Eda Wooda. Dlaczego uważasz, że warto było przypomnieć jego postać i wyreżyserować film opowiadający o produkcji jednego z najgorszych filmów w historii kina?

Nie do końca rozumiem, dlaczego Tommy ma kompleks związany ze swoimi polskimi korzeniami. Od początku swojej twórczości wmawiał znajomym i współpracownikom, że pochodzi z Nowego Orleanu. Z pewnością wynika to z faktu, że chciał być traktowany poważnie jako amerykański artysta. Chyba nigdy nie chciał być postrzegany jako imigrant. Tak jakoby miało to w jeszcze większym stopniu negatywnie zakrzywić i tak już nad wyraz dziwaczny obraz jego osoby. Tommy zawsze chciał być postrzegany w sposób, w jaki sam o sobie myśli. A widzi on siebie jako współczesne wcielenie Jamesa Deana, Marlona Brando i Alfreda Hitchcocka w jednej osobie (śmiech). Dla mnie Tommy Wiseau jest idealnym przedstawicielem wszystkich beznadziejnych marzycieli, którzy wierzą w siebie, gdy nikt inny nie daje im szansy. Uważam, że trzeba honorować i czcić takie indywidua. Dlatego zakochałem się w książce „Disaster Artist” i w jego historii. Musiałem sam wyreżyserować i zagrać główną rolę.

Czy reżyser „The Room” nie miał problemu z twoimi planami oraz z faktem, że to ty wcielisz się w jego postać? Tommy Wiseau wydaje się być postacią o niewyobrażalnie nadbudowanym ego.

Oczywiście musiałem przekonać Tommy’ego do moich planów. Początkowo chciał, żeby w moim filmie zagrał go Johnny Depp. Zareagowałem śmiechem, a on zupełnie poważnie zapytał, dlaczego się śmieję. Po kilku naszych telefonicznych rozmowach Tommy sam zasugerował, żebym to ja wcielił się w jego osobę. Ale od razu podkreślił, że zgadza się na to tylko dlatego, że w 2001 roku zagrałem Jamesa Deana w telewizyjnej produkcji. Widzisz, Tommy wierzy, że jest współczesnym uosobieniem legendarnego kinowego buntownika. Tak oto zyskałem jego aprobatę. Dzięki Jamesie Deanie za pomoc - gdziekolwiek teraz jesteś (śmiech).

Polaka-reżysera-dziwaka grasz w swoim ostatnim filmie, ale to niejedyny projekt, którym możesz się teraz pochwalić. Na kanale HBO i HBO GO wciąż można oglądać serial „Tajemnice Time Square”, w którym zagrałeś podwójną rolę braci bliźniaków.

Tak i jest to moja pierwsza produkcja telewizyjna, której podjąłem się, od czasów początku mojej kariery, czyli „Luzaków i kujonów”. Niemniej było to moje wielkie, nieskrywane marzenie, żeby współpracować z twórcą kultowego „Prawa ulicy” - Davidem Simonem. Kiedy poznałem Simona byłem właśnie po lekturze książki „Difficult Men: Behind the Scenes of a Creative Revolution: From The Sopranos and The Wire to Mad Men and Breaking Bad”, która (jak sam tytuł wskazuje) opowiada o ostatniej telewizyjnej rewolucji w USA i w której rozłożone zostały na czynniki pierwsze tak ikoniczne seriale, jak „Rodzina Soprano”, „Breaking Bad”, czy właśnie „Prawo ulicy” z postacią Davida Simona na czele, oczywiście. Byłem wręcz podniecony możliwością porozmawiania, a co dopiero współpracy z nim przy jego kolejnym projekcie dla HBO. Chciałem zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby go do siebie przekonać i stworzyć bardzo silną więź na planie. Nasze pierwsze spotkanie odbyło się prawie cztery lata temu i już wtedy David opowiedział mi o zarysie „Kronik…” dla HBO. Wiedziałem, że muszę stać się częścią tego projektu. Dziś mogę poszczycić się nie tylko tym, że gram podwójną główną rolę w jego serialu, ale również w większości reżyseruję jego scenariusz, czego sama świadomość napawa mnie ogromną dumą.

Dlaczego po raz kolejny było to dla ciebie tak ważne, żeby nie tylko zagrać, ale również reżyserować „Kroniki Time Square”?

Czy zadowoli cię jedynie prosta odpowiedź, że ja po prostu kocham reżyserię (śmiech)? Cóż mogę powiedzieć - mam bzika na tym punkcie. Kocham wszelkie aspekty bycia częścią produkcji filmowej bądź też telewizyjnej. Im więcej mogę z siebie dać, tym bardziej staram się to wykorzystać i zachęcić ludzi, żeby mi w tym procesie zaufali. Kino jest sztuką wspólnoty. Kolaboracji naszych wspólnie podjętych działań jako zespołu. Przy „Kronikach Time Square” byłem producentem, reżyserem i wcieliłem się w podwójną rolę bliźniaków. Wiem, to brzmi jak szaleństwo, ale dla mnie to najlepszy narkotyk - złożona, wręcz multi-odpowiedzialna, na wielu płaszczyznach praca nad jednym projektem. Oczywiście, ktoś może powiedzieć, że mam niezaspokojone ego i być może będzie miał rację. Ale nie chodziło mi o władzę. To David Simon i George Pelecanos są twórcami serialu „Kroniki Time Square”, a ja sam mam w sobie bardzo dużo pokory, jeżeli chodzi o ich talent, pracę i świat, który stworzyli. Jedynie na czym mi zależało, to żeby mnie szanowali i dali mi szansę wykorzystać mój potencjał najlepiej jak potrafiłem. Tu nie chodzi o mnie - ja po prostu jestem ogromnym fanem.

Rozumiem miłość i zaangażowanie do pracy, ale czy nie wydaje ci się, że ten „narkotyk”, jak sam powiedziałeś, może cię w którymś momencie doprowadzić do załamania? Jesteś reżyserem, aktorem, producentem, w wolnych chwilach malarzem, a do tego wszystkiego jeszcze wykładasz na uniwersytecie i masz swój program zajęć ze studentami? Czy jest coś przed czym uciekasz w tym natłoku obowiązków?

Cóż mogę powiedzieć? Dla mnie to było spełnienie marzeń. Nic nie wydawało mi się zbyt trudne do zrealizowania lub nie było też problemu nie do rozwiązania. Tak wiem, miałem pod sobą całą ekipę, w tym samym czasie byłem przed i za kamerą - więc niejednokrotnie wykonywałem pracę za cztery osoby i byłem w tym samym momencie w czterech miejscach naraz. Ale kiedy jesteś liderem całej grupy, ładujesz się energią i motywacją od wszystkich dookoła. I ja właśnie to otrzymywałem od całej rzeszy ludzi, z którymi pracowaliśmy. Byłem pełen zapału i gotowy do wyzwania z uśmiechem na ustach. Miałem świetną ekipę, która w dużej mierze ułatwiała mi zadania. Jako główny aktor produkcji, wiem, że moją rolą było, żebym to ja stał się tą arką pełną emocji, która pokieruje widzami. To mój bohater zabiera naszych widzów w ich emocjonalną podróż. Zdawałem sobie z tego sprawę i emocjonalnie byłem na to gotowy.

Wszystko o czym opowiadasz charakteryzuje wręcz szaleńcza ambicja. Czy obowiązki przeznaczone dla czterech osób, nie sprawiały ci trudności w wykonywaniu twojej pracy?

Potrafiłem odróżnić moje zadania - od emocjonalnej kreacji, po przez partnera w scenie, kończąc na przewodnika grupy realizatorów filmowych, czuwającym nad bezpieczeństwem wszystkich dookoła i dobrej energii na planie. Potrafiłem żonglować tymi zadaniami i nie mieszać ich w jednym momencie ze sobą. Wydaje mi się, że byłem bardzo restrykcyjny w stosunku do siebie i starałem się zachować jak najbardziej stosowną higienę pracy w swoim zachowaniu oraz w rozmowach z członkami ekipy. Ale szczerze mówiąc, największą trudność, na którą natrafiłem, był moment, w którym zdecydowałem się podjąć reżyserii serialu „Kroniki Time Square". Kiedy po raz pierwszy zadzwoniłem do David w tej sprawie, odpowiedział pozytywnie, że nie widzi przeciwskazań. Jednak, kiedy uściśliłem, że zależy mi na reżyserowaniu większości odcinków naszej produkcji - to już nie do końca spotkało się z jego aprobatą. Tak więc skoro mój pomysł nie spodobał się Davidowi, wiedziałem, że HBO również nie będzie zachwycone. Dlatego jeszcze więcej zacząłem wymagać od siebie, chcąc sprostać im wymaganiom i udowodnić, że jestem w stanie robić kilka rzeczy naraz. "Pozwólcie mi jeszcze bardziej realizować się w tej dziedzinie i reżyserować jeszcze więcej odcinków” - myślałem. W efekcie udało mi się wyreżyserować aż siedem odcinków naszego serialu, jednocześnie grając przed kamerą bliźniaków i czuwając nad planem jako producent.

Ale dlaczego? Twoja nadpobudliwość w pracy może zostać odebrana jako niezdrowe zachowanie niesłużące nikomu, a przede wszystkim nie tobie. Jakbyś uciekał od prawdziwego życia lub odpoczynku. Jakbyś bał się pozostać sam ze sobą, szukają wciąż coraz to więcej zajęć, żeby być w wiecznym ruchu. Nie bałeś się, że to wszystko może odbić się na twoim zdrowiu i po prostu, w którymś momencie padniesz z przemęczenia?

Zabawne, że o tym mówisz. Coś podobnego w rzeczywistości się stało. Może nie padłem ze zmęczenia, jak to nazwałaś, ale faktycznie był moment, w którym przysłowiowo natrafiłem na ścianę. Miało to miejsce w niedługim czasie po zamknięciu zdjęć do serialu - jesienią 2016 roku. Nie wydaje mi się, żeby był to wynik wzmożonej pracy przy „Kronikach Time Square”, ale bardziej z powodu tego wszystkiego, co robiłem poza naszym planem. Tak jak wspomniałaś - Uniwersytet, kolejne projekty filmowe, praca nad scenariuszem, a później nad produkcją „Disaster Artist”… Niemniej bycie na planie było dla mnie bardzo relaksujące. Odpoczywałem, oddychałem, ponieważ czułem się tam jak ryba w wodzie. Ale podczas moich dni wolnych od produkcji uczyłem, miałem zajęcia na uniwersytecie w Nowym Jorku i jeszcze stosowałem tę wyjątkowo rygorystyczną dietę, żeby przygotować moje ciało do zagrania Tommy’ego Wiseau w filmie. To wszystko w pewnym momencie doprowadziło do tego, że moje ciało i umysł odmówiły mi posłuszeństwa. Zapadłem się w sobie. Nie mogłem rozmawiać z ludźmi ani normalnie funkcjonować przez jakiś czas. To nie była depresja. Jedynie mój organizm chyba poddał się. Po tamtym kryzysie i mojej wzmożonej nadgorliwości, zmieniłem rutynę w moim codziennym życiu, żeby zapobiec tego typu sytuacjom w przyszłości. Wszystko dobrze się skończyło.

Czy tamten kryzys, jak sam powiedziałeś, czegoś cię nauczył o samym sobie?

Niestety jeżeli o mnie chodzi, zawsze podejmuję się zbyt wielu rzeczy naraz. Z powodu własnego charakteru i zaangażowania, zbyt intensywnie i zbyt daleko zagłębiam się w swoje obowiązki. One dosłownie pochłaniają mnie całego na moje własne życzenie. Wciąż nad tym pracuję.

A jednak przeżyłeś kryzys i uderzyłeś głową o ścianę w pewnym momencie przez swoją własną nadgorliwość...

Może ten rodzaj aktywności zawodowej, którą prowadziłem przez pierwsze 20 lat mojej kariery, nie jest już dłużej dla mnie właściwy. Może i nie potrafię manewrować, czy też żonglować tak wieloma zadaniami naraz. Ale w efekcie przyniosło mi to bardzo dobre rezultaty i pozytywne zakończenie. Nauczyłem się, że teraz chyba już nadszedł czas, żeby zwolnić tempo. Niemniej zobacz, co udało mi się osiągnąć w zeszłym roku.

Czytałam, że w trakcie pracy przy „Kronikach Time Square” odżywiałeś się jedynie sałatkami.

Tak, to prawda. Jadłem jedynie sałatę i świeże warzywa. Ale nikt mnie do tego nie zmusił, ani też nie namówił. To chyba był początek mojego kryzysu. Od tego zaczęło się moje załamanie. Przez ostatnie półtora roku odżywiałem się jedynie sałatą. Zdecydowałem się na to, ponieważ przygotowywałem się do roli we wspomnianym „Disaster Artist”. Za zadanie mieliśmy do nakręcenia wyjątkowo nieudane i dziwaczne sceny seksu, które były częścią historii tego autentycznego artysty. W „The Room” jest scena seksu, w której reżyser i główny odtwórca, ma tę dziwną, wychudzoną sylwetkę o wyjątkowo bladej skórze, a jednak wciąż jest w pewien nienaturalny sposób widocznie umięśniony. Chciałem to wiarygodnie odegrać, więc dlatego bardzo długo odchudzałem się jedząc jedynie sałatki i jednocześnie ćwicząc przygotowując moje ciało, żeby jak najbardziej zbliżyć się do tego wizerunku.

Porozmawiajmy przez chwilę o twojej perspektywie na swoją karierę aktorską. Który film był twoim największym wyzwaniem aktorskim w karierze?

Nie wiem, czy największym, ale doskonale pamiętam moje przygotowania i pracę do roli w filmie „Obywatel Milk” (2008) u boku Seana Penna. Teraz wydaje się to być niczym znaczącym, czy też wyjątkowym w świecie filmowym. Ale w tamtym czasie film „Tajemnica Brokeback Mountain” (2005) otworzył na oścież drzwi dla kina homoseksualnego na międzynarodową szeroką skalę. To był absolutny mainstreamowy hit, a nie produkcja spod lady lub tylko dla wybranej grupy odbiorców. Więc na fali tego sukcesu „Obywatel Milk” był kolejną odważna produkcją próbująca swoich szans, jeżeli chodzi o uwagę i sympatię masowego widza. Tworzyliśmy film przeznaczony na światową masową dystrybucję, opowiadający o bardzo ważnych wydarzeniach z historii walki o prawa homoseksualistów na arenie politycznej. Doskonale pamiętam, jak moi znajomi i środowisko aktorskie sceptycznie reagowało na przyjęcie przeze mnie roli homoseksualisty. Nie, że krytykowali, niemniej w ich oczach wiązało się to z pewnego rodzaju zawodowym ryzykiem dla mnie. Nie zrozum mnie źle - byłem bardzo dumny z tej roli i wciąż jestem, ale ta rola wciąż ma dla mnie i dla mojej kariery bardzo duże znaczenie.

Czy rola w serialu „Kroniki Time Square” w jakimś stopniu wpłynęła na twój stosunek do produkcji pornograficznych?

Tak, oczywiście. Nasza produkcja i rozmowy z Davidem Simonem bardzo wzbogaciły moją wiedzę na temat, jak wysoce rozwinięty jest to biznes, naszpikowany wręcz progresywnymi profesjonalistami znającymi się doskonale na swoim fachu i sztuce jaką film jest sam w sobie. To bardzo mizoginistyczna branża z punktu widzenia historycznego. Moją obecnie największą osobistą krytyką wymierzoną w branże pornograficzną, nie jest jej powszechnie zarzucana niemoralność, lecz nieunormowanie praw kobiet w tym przemyśle. Dyskryminacja ze względu na płeć jest dla mnie najbardziej rzucająca się w oczy - zarówno w przypadku gwiazd jaki i kobiet-reżyserek, których jest cała masa w przemyśle porno.

Czy mizoginizm nie jest ówcześnie obecny na porządku dziennym? Nie tylko w branży pornograficznej?

Absolutnie. Moim zdaniem, wciąż jest zbyt wiele okazji i nonszalancji w moim zawodzie, żeby wykorzystać lub znieważyć pracę kobiet. Ten temat jest nieuregulowany w ogólnie prosperującym przemyśle filmowym jaki znamy i szanujemy powszechnie. To chyba kolejny aspekt, z którym nasz serial w mniej lub bardziej widoczny sposób stara się zmierzyć.

Czy widzisz jakąś paralelę pomiędzy tym, co obecnie dzieje się w Nowym Jorku, a tym czym to miasto było w latach 70.?

Jeżeli chodzi o przemysł pornograficzny, to zdecydowanie nie jesteśmy jeszcze świadkami jego zmierzchu. Jest to obecnie o wiele większy i bardziej zyskowny biznes niż to miało miejsce kiedykolwiek wcześniej w historii. Pamiętajmy, że rozmawiamy o wielomiliardowym przemyśle, który wciąż spotyka się z hipokryzją w opinii publicznej. Każdy z nas, w którymś momencie swojego życia zetknął się kiedyś z produkcjami tego typu i nie rozumiem dlaczego wciąż musi się to wiązać ze wstydem i brakiem powszechnej akceptacji. Wszystko, co ludzkie nie jest mi obce z naciskiem na niewyrządzaniu przy tym nikomu krzywdy.

Serial „Kroniki Time Square” wciąż można oglądać na platformach HBO, HBO GO i HBO NOW, a najnowszy film w reżyserii Jamesa Franco z jego udziałem w roli głównej „Disaster Artist” w polskich kinach już od stycznia 2018 roku.