Piotr Czerkawski: Główną bohaterką „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri” uczyniłeś postać kobiecą – brawurowo zagraną przez Frances McDormand Mildred Hayes. Dlaczego zdecydowałeś się na taki krok dopiero w swoim trzecim filmie?

Martin McDonagh: Rozumiem naturę twojego pytania, bo nie da się ukryć, że zarówno „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj”, jak i „Siedmiu psychopatów”, były filmami zdominowanymi przez mężczyzn. Niemniej, jestem także dramaturgiem i w wielu swych sztukach teatralnych, także tych najwcześniejszych, chętnie kreowałem złożone postacie kobiece. Pod tym względem „Trzy billboardy…” były dla mnie powrotem do korzeni. Gdy zasiadłem do scenariusza, wiedziałem zresztą, że Mildred będzie kimś więcej niż zwyczajną bohaterką. Miałem pełną świadomość, że aby poradzić sobie w świecie prowincjonalnej Ameryki, moja bohaterka musi okazać się postacią naprawdę nietuzinkową. Czasem miałem wrażenie, że sam nie mam pojęcia, jak Mildred zachowa się w następnej scenie i jestem jej za tę nieprzewidywalność szalenie wdzięczny.

Idę o zakład, że tego samego nie powtórzyliby pojawiający się na jej drodze mężczyźni.

Ależ oczywiście, w końcu Mildred daje im nieźle popalić. Od początku wiedziałem, że chcę stworzyć postać wojowniczki, ale zdawałem sobie również sprawę, że takie bohaterki łatwo mogą zamienić się we własną karykaturę. Aby zminimalizować to ryzyko, wyposażyłem Mildred w samoświadomość i swoistą refleksyjność, która sprawia, że nie można zaszufladkować jej działań jako wykonywanych w afekcie. Przyznam się, że przez pryzmat tej postaci chciałem zakwestionować jeszcze jedną kliszę. Postacie z klasy robotniczej, zwłaszcza kobiety, bywają zwykle przedstawiane jako bezwolne ofiary systemu. Pomyślałem, że byłoby ciekawie przyjrzeć się komuś pochodzącemu z podobnego środowiska, ale świadomemu własnej siły, a nawet ogarniętemu żądzą zemsty.

Na jakim etapie pracy zdecydowałeś, że „Trzy billboardy…” będą twoim kolejnym filmem, a nie sztuką teatralną?

Wiedziałem o tym od samego początku. Tak naprawdę najważniejsza różnica pomiędzy kinem a teatrem dotyczy przestrzeni. Gdy tworzysz jakąś opowieść, powinieneś zadać sobie podstawowe pytania: „Czy możliwe jest, by akcja rozegrała się wyłącznie w zamkniętych pomieszczeniach, a najlepiej tylko w jednym z nich?”. Jeśli odpowiedź brzmi „Tak”, pisz sztukę, a twój producent będzie wniebowzięty, bo będzie musiał wysupłać z portfela dziesięć razy mniej pieniędzy. Jeśli jednak odpowiedź brzmi „Nie”, nie masz wyboru – musisz kręcić film. W przypadku „Billboardów…” sprawa była bardzo jasna, bo wiedziałem, że chcę, aby akcja rozgrywała się w prowincjonalnym miasteczku na południu USA, gdzie krajobraz i aura są ważnymi czynnikami potęgującymi duszną, klaustrofobiczną atmosferę.

Czy jako artysta czujesz się dłużnikiem któregoś z wielkich dramaturgów?

Moim mistrzem jest bez wątpienia Harold Pinter. Uwielbiam sposób, w jaki powaga poruszanych tematów i ponury klimat jego sztuk bywa neutralizowany za sprawą zaskakujących erupcji dowcipu. Moje fascynacje nie ograniczają się jednak wyłącznie do teatru. Wielkie źródło inspiracji stanowią dla mnie także filmy Martina Scorsese, zwłaszcza te wczesne spod znaku „Ulic nędzy” i „Taksówkarza”. Niesamowita jest w nich zwłaszcza dwoistość bohaterów, którzy potrafią być jednocześnie bezwzględnymi macho i prawdziwymi wrażliwcami.

Jesteś z pochodzenia Brytyjczykiem, więc dorastałeś w zupełnie innym świecie niż ten, który pokazujesz na ekranie. Skąd wzięła się twoja fascynacja prowincjonalną Ameryką?

Przez ostatnich 15 lat miałem okazję zjeździć ten kraj wzdłuż i wszerz. Szczególnie podobały mi się podróże pociągiem, bo właśnie one pozwoliły mi w największym stopniu docenić bezkres i majestat amerykańskich krajobrazów. Wiele z nich wygląda jakby zostały uformowane specjalnie po to, by znaleźć się na wielkim ekranie. Gdy jesteś filmowcem, popełniłbyś grzech, gdybyś z tego nie skorzystał. Mimo wszystko nie chciałem jednak, by „Billboardy…” okazały się kolejnym filmem o USA zrealizowanym przez outsidera, przybysza z zewnątrz. Zależało mi na tym, by Amerykanie mogli potraktować tę historię jak swoją.

Czy kiedykolwiek mieszkałeś w Stanach przez dłuższy czas?

Nie, ale byłem tam na tyle często, że zdążyłem odkryć swoje ulubione miejsca. Najlepiej poznałem Nowy Jork, w którym pomieszkiwałem kilka razy przez okres 2- 3 miesięcy. Moim prawdziwym odkryciem jest jednak Austin – hipsterskie, liberalne miasto położone w samym środku świata, który składa się głównie z optujących za karą śmierci i powszechnym dostępem do broni prostaków.

Jaki był punkt wyjścia, od którego rozpocząłeś tworzenie fabuły „Billboardów…”?

Podczas jednej ze wspomnianych podróży po USA, dostrzegłem z oddali billboard, bardzo podobny do tego, który wykorzystałem później w filmie. Matka nastoletniej dziewczyny, ofiary przestępstwa, wykupiła przestrzeń reklamową, by oskarżyć o bezczynność lokalnego szeryfa. Zbliżając się do tego billboardu, byłem coraz bardziej oniemiały. Zadałem sobie pytanie: „Jak wiele gniewu, bólu, ale i zranionej dumy trzeba mieć w sobie, by zrobić coś podobnego?”. Przechowywałem ten obraz gdzieś w podświadomości przez kilkanaście lat, a potem – nie wiedzieć czemu – wrócił on do mnie, gdy zacząłem myśleć o przygotowaniu kolejnego filmu.

Jak udało ci się połączyć tak poważną tematykę z charakterystycznym dla ciebie absurdalnym poczuciem humoru?

Być może właśnie na tym polegało największe wyzwanie, które czaiło się w tym projekcie. Zawsze staram się odmierzać mniej więcej równe proporcje pomiędzy tragizmem i komizmem, tworzyć filmy, które na pewno nie są komediami, ale jednocześnie mają w sobie lekkość neutralizującą zawarty w nich ładunek smutku. W tym wypadku rzeczywiście łatwo było jednak zaburzyć te proporcje, więc wiedziałem, że muszę pokusić się o szczególną ostrożność. Pewnie dlatego pierwsze wersje montażowe miały w sobie znacznie więcej humoru, zawierały choćby sceny pijackich, barowych gadek, w których aktorzy naprawdę wznieśli się na wyżyny swego komediowego kunsztu. Wycięcie ich z ostatecznej wersji filmu było dla mnie bolesne, ale czuję, że gdyby nie to, opowieść wymknęłaby mi się spod kontroli i zawarty w niej dramatyzm nie byłby tak angażujący emocjonalnie.

Podobnie jak w twoich poprzednich filmach, w „Billboardach…” duży wpływ na klimat opowieści wywiera ścieżka dźwiękowa.

Muzyka w ogóle jest bardzo ważna dla mojego procesu twórczego. Gdy jestem na planie, zawsze mam przy sobie iPoda z playlistą utworzoną z około 30 piosenek, które w moim przekonaniu wpisują się w atmosferę filmu. Słucham jej w każdej wolnej chwili, nawet jeśli mam świadomość, że większość utworów nigdy nie trafi na właściwą ścieżkę dźwiękową z powodów finansowych bądź prawnych. Czasem zdarzają się jednak pod tym względem przyjemne niespodzianki.

Na przykład?

Już na etapie pisania scenariusza marzyłem o tym, by w „Billboardach…” użyć „Chiquity” zespołu Abba. Sądziłem jednak, że nie ma na to szans. Po pierwsze dlatego, że taki zespół musi chcieć za swoje piosenki dużo kasy, a po drugie i ważniejsze, piosenka ta miała pełnić w fabule rolę dość humorystyczną i trzeba mieć w sobie dużo dystansu, by zgodzić się na coś podobnego. Mimo wszystko, postanowiłem zaryzykować, wysłałem do członków Abby ładny list, w którym opisałem swoje wcześniejsze dokonania i wysłałem nie tylko samą, przyznajmy dość głupawą, sekwencję, w której zamierzałem użyć „Chiqiuty”, ale także sąsiadujące z nią sceny, które są już znacznie poważniejsze, a przez to całość tworzy efekt kontrastu. Ku mojemu zaskoczeniu, odpowiedź nadeszła bardzo szybko i okazała się entuzjastyczna na tyle, że „Chiquita” okazała się ostatecznie najtańszą piosenką na całym soundtracku.

Choć „Billboardy…” mają w sobie dużo elementów twojego autorskiego stylu, rozwiązanie fabularnej zagadki sprowadza się do odpowiedzi na klasyczne pytanie „Kto zabił?”. Nie obawiałeś się, że w ten sposób twój film za bardzo zbliży się do konwencjonalnego kryminału?

Jedyne niebezpieczeństwo związane z kryminałami polega na tym, że okazują się zwykle produktami jednorazowego użytku. Gdy wiesz już kto popełnił zbrodnię, zwyczajnie nie masz motywacji, by oglądać film raz jeszcze. Nie chcę zdradzać zbyt wielu elementów fabuły, ale mam nadzieję, że sytuacja, w której mordercą nie okazuje się modelowy czarny charakter, lecz postać pogłębiona, nieoczywista, wewnętrznie pęknięta, sprawia, że „Billboardy…” wymykają się schematom i zostaną odczytane jako coś więcej niż zwykły kryminał.

Czy masz poczucie, że „Billboardy…” kręciło ci się łatwiej niż twoje poprzednie filmy?

Na pewno i to z kilku powodów. Po pierwsze, z filmu na film jestem już coraz bardziej doświadczonym twórcą. Po drugie, miałem tym razem do dyspozycji odrobinę większy budżet niż zwykle. Wreszcie po trzecie, od początku kariery staram się pracować z tą samą ekipą – zarówno jeśli chodzi o aktorów, jak i członków pionu technicznego. Oczywiście, prędzej czy później taka sytuacja może spowodować, że staniemy się dla siebie nawzajem przewidywalni i mało inspirujący. Póki co jednak, zacieśnianie więzi sprawia tylko, że jeszcze bardziej sobie ufamy, jesteśmy gotowi do poświęceń i mam nadzieję, że taka sytuacja utrzyma się jak najdłużej.

Spodziewałeś się, że film wywoła tak entuzjastyczne reakcje widowni i krytyki?

Nie, bo tego nigdy nie da się przewidzieć. Tak jak w przypadku „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” miałem po prostu poczucie, że film się udał, a wszystko – reżyseria, scenariusz, gra aktorska – zagrało w nim tak jak potrzeba. Oczywiście, wokół „Billboardów…” wytworzył się znacznie większy szum, a film urasta teraz do rangi jednego z oscarowych faworytów. Nie ukrywam, że to bardzo miłe i mam nadzieję, że za swój wysiłek zostaną docenieni moi wspaniali aktorzy – Frances McDormand, Sam Rockwell i Woody Harrellson. Niemniej, osobiście umiem zachować do tego wszystkiego dystans. Wiem, że prawdziwy sprawdzian jakości filmu nastąpi za kilka lat, gdy emocje już opadną, a kontekst nagród i festiwali odejdzie w zapomnienie. Jeśli „Billboardy…” nadal będą żyły wtedy swoim życiem, a jakiś dzieciak trafi na nie w telewizji i nie zechce przełączać kanału, uznam, że odniosłem prawdziwy sukces.