O tym błękitnookim Irlandczyku obdarzonym intrygującą urodą i głębokim głosem zwykle mówi się nie bez przesady, że potrafi zagrać wszystko. W swojej przeszło dwudziestoletniej karierze często dokonywał niełatwych wyborów, które nie zawsze się opłacały, ale często pozwalały rozwinąć skrzydła i dać się poznać szerszej publiczności. Tak było z rolą transwestyty Kitten w słynnym „Śniadaniu na Plutonie”, w mrocznym „28 dni później” czy nagrodzonym Złotą Palmą w Cannes przejmującym „Wietrze buszującym w jęczmieniuKena Loacha. Wszystkie te fenomenalne role pozwoliły Cillianowi Murphy (czyt. „Killian”) zadomowić się na aktorskim szczycie i przebierać w najciekawszych scenariuszach. Choć Hollywood upomniało się o niego stosunkowo szybko, to nigdy nie była łatwa relacja. Zgodził się na przykład wystąpić w „Mrocznym rycerzu Nolana, by za chwilę móc zagrać w skromnych „Granicach namiętności”. Po „Incepcji” przyszedł z kolei czas na subtelne „Broken”. Taką różnorodność Irlandczyk z Cork zdaje się szczerze uwielbiać. Dziś chętnie przeplata superprodukcje z kinem niezależnym, występy w teatrze z rolą w telewizyjnym (dodajmy: fenomenalnym) serialu. Kiedy idzie po ulicy z dala od rodzinnych stron, mało kto go poznaje. Z kolei gdy pojawia się na ekranie, choćby w najmniejszej roli, bije od niego niezwykła, choć niepokojąca wręcz pewność siebie, charyzma, konsekwencja i upór. W każdym wcieleniu jest też zupełnie nie do poznania, jakby tylko chwilowo udostępniał całego siebie swoim bohaterom, a potem stał się znowu po prostu przezroczysty.

MAGDALENA MAKSIMIUK: Jeszcze niedawno pytano cię, jak to jest dobiegać czterdziestki, a wciąż wyglądać jak dwudziestolatek. Po roku od przekroczenia magicznej granicy najwyraźniej nic się nie zmieniło.

CILLIAN MURPHY: Nie czułem się staro w wieku 40 lat, upływ kolejnego roku nie robi na mnie większego wrażenia. Choć zdumiewają mnie czasem pewne oczywiste zmiany, które zachodzą wokół. Kiedy zaczyna się przygodę z aktorstwem w młodym wieku jak ja, dostrzega się potem widoczną transformację własnego najbliższego otoczenia. Reżyserzy, z którymi pracuję, robią się coraz młodsi, potem zupełnie nagle okazuje się, że partneruję ludziom urodzonym w latach 90. Nie ma się co dziwić, gram już ponad dwie dekady! To też dość przerażająca myśl.

Podobasz się sobie jako czterdziestolatek?

Nie narzekam - zresztą, nawet jakbym chciał, z twarzą już nic nie zrobię (śmiech). Teraz zdarza mi się grać ojców, to też niesamowite uczucie. Ale cóż zrobić, na dłuższą metę nie da się jednocześnie żyć w miarę zdrowo i wciąż zachowywać jak dwudziestolatek! Nie mam już siły na całonocne imprezy.

Wielu w Hollywood robi co może, by zachować młodość, zapewne znasz niejeden taki przypadek…

To prawda. Nawet kilka (śmiech). Mimo podeszłego z punktu widzenia Fabryki Snów wieku nadal gram role wymagające fizycznie i robię to bardzo chętnie. Miłość do fizycznego aspektu aktorstwa wyniosłem z teatru. Nie zawsze mogę to samo pokazać w kinie, które polega w ogromnej mierze na zbliżeniu, działaniu w ciszy i skupieniu, scena po scenie. W teatrze wygląda to zupełnie inaczej. Uwielbiam grać tak, żeby liczył się każdy mięsień, najmniejsze drgnienie, żeby było widać kompletnie wszystko, co przeżywam, co się ze mną dzieje.

Oglądając „The Party” Sally Potter ma się wrażenie niezwykłej dynamiki, chociaż akcja dzieje się w kilku zaledwie ciasnych pomieszczeniach, w której znajduje się siedmioro aktorów.

Jeśli udało nam się taki efekt osiągnąć, to wyłączna zasługa Sally. Rzeczywiście wszystko dzieje się niesamowicie szybko, napięcie w filmie rośnie z minuty na minutę, w miarę jak atmosfera się zagęszcza i poznajemy coraz więcej faktów z życia bohaterów. Zwróć uwagę, że każdy z nas miał swoją krótką historię do zaprezentowania i z zadania wywiązał się znakomicie. To ogromna przyjemność spotkać się z Sally i z pozostałą szóstką tak różnych osobowości. Ale nie było lekko. Mieliśmy niecałe trzy tygodnie zdjęć, bardzo dużo tekstu do zapamiętania, pod koniec byliśmy już prawdziwymi maszynkami do dialogów! Wydaje mi się jednak, że gdyby którekolwiek z nas nie czuło tej historii i nie rozumiało, co tak naprawdę robimy, to nie mogłoby się udać. Każdy zostawił kawał swojego serca na planie, a nad wszystkim czuwała bez wytchnienia Sally. Wiele rzeczy mogło pójść nie tak, na szczęście od początku do końca było jasne, kto jest kim i dlaczego.

Wszystko było szczegółowo zaplanowane? Nie mieliście nawet odrobiny miejsca na improwizację?

Cóż, mój bohater przez większość danego mu do dyspozycji czasu znajduje się pod wpływem białego proszku, który pomaga mu chyba uporać się z trudną życiową sytuacją, więc naturalnie w tej sytuacji odrobina improwizacji była jak najbardziej wskazana. Ale większość moich kwestii znajdowała się i tak już w scenariuszu. Wszystko jednak nabrało tempa i wigoru na planie. I to jakiego! Cudowny, zaplanowany chaos.

Film Sally Potter jest zabawny, ale dotyczy bardzo poważnych kwestii. Wierzysz w humor buntowniczy, który wymyka się schematom?

Do mnie najbardziej trafia czarny humor. Takie sytuacje, o których dobrze wiesz, że nie powinieneś się śmiać, a jednak to robisz. Wychodzi ze mnie Irlandczyk z krwi i kości (śmiech).

W filmie nie ujawniacie zbyt wiele o bohaterach „The Party”, ale o Tomie wiemy na przykład to, że podobnie jak ty jest Irlandczykiem. W przypadku żadnej innej postaci narodowość nie jest aż tak istotna. Jakie twoim zdaniem znaczenie ma ten fakt w kontekście fabuły?

Urodziłem się i wychowałem w Irlandii. Kilku moich znajomych ze szkoły to goście, którzy pokończyli różne college, poszli na uniwersytet, a teraz pracują w sektorze finansowym w Anglii, głównie w Londynie. Zawsze byli mądralami, którzy chcieli się szybko dorobić, to było od razu widać. A więc postać ustawionego życiowo Irlandczyka w towarzystwie Anglików, jak w „The Party”, ma oczywiście drugie dno, biorąc pod uwagę historię naszych krajów, ale też moje własne doświadczenia. Kiedy czytałem scenariusz, nie było w nim mowy o pochodzeniu Toma. Postanowiliśmy zrobić go Irlandczykiem z tej prostej przyczyny, że moim zdaniem takie tło społeczno-historyczne zmienia perspektywę, sugeruje inne sposoby myślenia.

Nie tak dawno na ekranach kin oglądaliśmy „Dunkierkę” Christophera Nolana, wasz piąty wspólny film, który zaczyna walczyć o najważniejsze nagrody sezonu. Pięć projektów z tym samym reżyserem sugeruje niezwykłą więź, twórcze przyzwyczajenie. To już nie przelewki!

Dla mnie piękno pracy aktora polega na tym, że można się bez przerwy zmieniać, ewoluować, płynnie przeskakiwać z jednej epoki w drugą. Jednego dnia można być na planie superprodukcji, by za chwilę dać się zamknąć w pomieszczeniu tylko z sześcioma innymi aktorami i reżyserem. Nigdy nie wiesz, gdzie będziesz i co się z tobą stanie. Ja mam poza tym jeszcze niezwykłe szczęście do dziwnych przebieranek i fryzur, ale to też jest wspaniałe (śmiech). Z Christopherem Nolanem udało nam się stworzyć kilka świetnych, fascynujących postaci i mam nadzieję, że jeszcze nie raz będziemy mieli okazję współpracować.

Myślisz, że jest jeszcze szansa wrócić do nolanowskiego Batmana?

Każde z nas ruszyło chyba w swoją stronę, wydaje mi się, że raczej nie ma do czego wracać. Pozostały mi jednak bardzo dobre wspomnienia. Okazało się, że da się zrobić bardzo dobre filmy, do tego filmy superbohaterskie, w systemie studyjnym, a więc przy dużym budżecie i z ogromną ekipą, co kiedyś wydawało mi się nie do pomyślenia.

Kiedyś miałeś chyba wątpliwości, czy iść drogą artystycznej niezależności, czy realizować się w dużych produkcjach. A dziś?

Dzisiaj uważam, że głównymi różnicami między filmami niezależnymi a blockbusterami są czas i pieniądze. No i oczywiście rozmiar przyczep aktorów (śmiech). Ostatecznie wszystko jednak sprowadza się do historii. Nie trzeba wybierać między jednym a drugim. Najgorsza sytuacja, jaka może spotkać aktora to konieczność obrony siebie, reżysera czy samego filmu. Nie chcę iść na konfrontację z widzami, z producentami czy krytykami. Niestety nauczyłem się tego na własnych błędach, bo kilka razy zdarzyło mi się wdawać w niepotrzebne dyskusje. Na pewno wolałbym tego nigdy nie powtarzać. Jako doświadczony aktor dużo bardziej wolę oddać się całkowicie w ręce kogoś, komu ufam i komu jestem w stanie oddać na jakiś czas całego siebie. Trochę dziwnie to brzmi, ale ja wywodzę się z kina niezależnego, gdzie każdy kolejny projekt mógł okazać się albo tonącą łajbą albo luksusowym liniowcem. Pierwsza ciągnęła cię ze sobą w dół i z takiej katastrofy trudno się wygrzebać. Druga – zapewniała role u największych, najbardziej ekscytujących twórców. Takie wybory były moim chlebem powszednim przez bardzo wiele lat. Dlatego dziś pamiętam doskonale, jak trudno jest zrealizować taki film jak „The Party” czy „Free Fire” Bena Wheatleya, w którym też niedawno wystąpiłem. To codzienna walka. Bez żadnej pewności, czy zakończy się sukcesem.

Czy dotyczy ona też telewizji?

Nie da się ukryć, że telewizję uwielbiam. Ale tu nawet nie o medium chodzi, to drugoplanowa kwestia. Jako aktor zawsze podążam za historią i scenariuszem. Widziałaś „Peaky Blinders” to wiesz o czym mówię. Żywa narracja, wciągająca fabuła, pełnokrwiści, ekscytujący bohaterowie, świat, którego już nie ma. Od jakichś dwudziestu lat jesteśmy wciąż świadkami exodusu świetnego pisania z kina do telewizji, a za tym ciągną też aktorzy. Na szczęście ten trend nie ominął stacji brytyjskich, które zwykle były trochę opóźnione względem reszty świata, szczególnie Ameryki.

Ile jest w tobie Toma z „The Party”, ile Tommy’ego Shelby z „Peaky Blinders”?

Mam wrażenie, że każdy aktor szuka jakichś własnych cech, które może przekazać granej przez siebie postaci. Ja na pewno po „Peaky Blinders” stałem się bardziej pewny siebie jeśli chodzi o obsługę broni palnej (śmiech). Jeśli z kolei o Tomie z „The Party” mowa, to z moralnego punktu widzenia kieruje się on w życiu takimi zasadami, które mnie osobiście w żaden sposób nie dotyczą. Ostatecznie okazuje się po prostu małym chłopcem, który nabroił i czeka, aż się wyda co zrobił. Nie, nie jesteśmy do siebie zbyt podobni, ja bym pewnie w ogóle nie poszedł na tę imprezę. Natomiast miałem taki moment, kiedy chciałem zapytać Sally, dlaczego Tom po prostu nie wyjdzie z przyjęcia, skoro nie czuł się tam od początku najlepiej. Doszedłem potem do wniosku, że to w sumie tak, jak w życiu. Jeśli bylibyśmy świadkami awantury u kogoś w domu to zostalibyśmy z ciekawości, chociaż byłoby na pewno niezręcznie. Tak jest też tutaj. Natomiast myślę, że niezależnie od tego, czy wcielam się w Toma czy Tommy’ego, w Jonathana Crane’a z „Mrocznego Rycerza” czy Damiena z „Wiatru buszującego w jęczmieniu” chodzi o to, żeby starać się z postacią maksymalnie zidentyfikować. Albo przynajmniej pokazać innym, że potrafisz to zrobić. Nie jest ważne, co tobie samemu jest bliższe, ale co zrobić, by stało się bliższe. Lubię grać bohaterów bardzo różnych ode mnie samego, to dużo bardziej ekscytujące i motywujące.

Wielu aktorów i ludzi kultury i sztuki w ogóle angażuje się z różnych względów w inicjatywy polityczne i społeczne. Ty nie jesteś wyjątkiem, choć od polityki starasz się stronić.

Dla wielu aktorów to, co robią, to po prostu zawód. Ja aktorstwa nie traktuję jako misji, jestem od tego daleki, ale uważam, że tak zwaną sławę należy wykorzystywać w dobry sposób. Angażuję się w działalność UNESCO i FOCUS Ireland walczącą z bezdomnością, choć staram się to robić z drugiego rzędu. Tu chodzi o konkretne sprawy i ludzi, którym trzeba pomóc, a nie o znaną twarz, która coś zareklamuje. Czasami jest mi trochę niezręcznie gdzieś się pojawiać i coś mówić, ale mocno się staram by wszystko odpowiednio ułożyć i zrównoważyć. Nie jest to łatwe, bo zdarza się, że ktoś i tak nazwie mnie hipokrytą.

Choć ty sam nie chcesz mówić o polityce, „The Party” to film mocno polityczny.

W swoim życiu i pracy każdy musi podejmować jakieś określone wybory co do własnej politycznej tożsamości. Ja uważam się jednak za przekaźnik historii i ludzkich losów, i to mnie interesuje w pracy aktora najbardziej. Nie czuję się dobrze jako mówca czy cheerleaderka jakiejkolwiek opcji. Jeśli ktoś mnie zapyta, powiem co myślę, ale generalnie wolę, żeby za mnie przemawiały moje role. Do tej pory to się sprawdzało dość dobrze. I wolałbym tego nie zmieniać.