Pamiętacie, co się działo w 2010 roku, kiedy okazało się, że Polsat nie pokaże na święta filmuKevin sam w domu”? W błyskawicznym tempie na Facebooku zgromadziło się ponad 90 tysięcy rozgoryczonych miłośników filmu. „Na Boże Narodzenie może zabraknąć karpia, ale nie Kevina” – pisali. Pod presją społeczności (która stację telewizyjną bombardowała także mailami i telefonami) Polsat się ugiął. Od tamtego czasu komedia jest pokazywana corocznie. I – ku zdumieniu obserwatorów rynku – z każdymi kolejnymi świętami oglądalność rośnie. W ubiegłym roku przed telewizorami nastawionymi na Polsat zasiadło 4,44 miliona Polaków. Ile będzie w tym roku? Z pobiciem rekordu może być problem. „Kevin sam w domu” wylądował w pierwszy dzień świat w Polsacie Film, zaś główny Polsat w Wigilię pokaże… „Kevina samego w Nowym Jorku”.

Reżyserem filmu został Chris Columbus (na polski można przetłumaczyć jako Krzysztof Kolumb), który ma doskonałą rękę zarówno do komedii, jak i do filmów adresowanych do młodego widza. To on świetnie poprowadził później Robina Williamsa w niezapomnianej „Pani Doubtfire”, to on reżyserował dwie części filmu o Harrym Potterze: „Komnatę tajemnic” oraz „Kamień filozoficzny”. Drogę do tych sukcesów utorowała mu właśnie opowieść o chłopcu pozostawionym w wielkim domu.

Nie byłoby sukcesu filmu bez niezapomnianej roli Macaulaya Culkina, który pokonał w castingu ponad setkę innych dzieci. Wiele osób twierdzi, że był tak wiarygodny w swej roli, bo naprawdę pochodzi z wielodzietnej rodziny. Nie był najmłodszy – na świat przyszedł jako trzecie z siedmiorga dzieci. Jeden z jego braci też wystąpił w filmie – Kieran Culkin zagrał Fullera McCallistera, czyli tego, który ciągle moczył się w łóżku. Dla Macaulaya nie była to pierwsza rola - grał wcześniej w spektaklach, filmach i reklamach, ale przepustką do wielkiej sławy była dopiero rola Kevina. Po latach okazało się, że aktorstwo przytłoczyło Macaulaya – skarżąc się na wypalenie zawodowe, zrezygnował ze świetnie zapowiadającej się kariery. Za rolę w omawianym tu filmie dostał nawet nominację do Złotego Globu.

Poświęcenie Culkina było legendarne. Ze względu na ograniczenia prawne i prośbę rodziców ekipa mogła pracować do 22:00, mimo że sam zainteresowany chciał grać znacznie więcej. Ograniczenie czasowe było ogromnym problemem dla ekipy – większość zdjęć to sceny nocne. Zdarzało się więc, że światło ustawiano w nocy, po opuszczeniu planu przez młodego Culkina i pozostawiono do następnego dnia zdjęciowego. Często też kręcono bez Culkina do nawet piątej nad ranem. W kultowej scenie na schodach Joe Pesci patrzył w oczy… Columbusa, schowanego wtedy za kamerą. Reżyser i ekipa wspominają, że – pominąwszy sceny kaskaderów (zamiast Culkina występował niski trzydziestolatek Larry Nicholas) – nie było potrzeby robienia wielu dubli, bo Culkin był doskonale przygotowany i oddany roli. Do tego stopnia, że specjalnie nie awanturował się, kiedy grający jednego z rzezimieszków Joe Pesci naprawdę ugryzł go w palec i to tak mocno, że bliznę po tym Culkin ma ponoć do dziś.

Rabusie to postaci otoczone kultem – w filmie pojawiają się jako Harry i Marv. Jednak miłośnicy dotarli do ich nazwisk! Otóż zanim do kin trafił film, w niewielkim nakładzie ukazała się książka traktująca o przygodach Kevina. Z niej dowiadujemy się, że nazywają się Harry Lime oraz Marv Merchants. Ten ostatni, grany przez Daniela Sterna, też musiał się poświęcić. W scenie z tarantulą na jego twarzy pojawiła się… prawdziwa tarantula, co osoby cierpiące na aranchofobię przeraża dodatkowo.

Pamiętna scena, która wielu mogła się skojarzyć z obrazem „Krzyk”, powstała przez przypadek – Culkin miał w scenariuszu wpisane wydanie z siebie krzyku, ale pomysł na ułożenie rąk na twarzy młody aktor dorzucił sam.

Film jest jednym z największych sukcesów biznesowych. Jego budżet – 17 milionów dolarów (początkowo firma Warner Bros. chciała wydać 14 mln, ale po przejęciu projektu przez 20th Century Fox wydatki zwiększyły się o trzy miliony USD), zwrócił się już po pierwszym weekendzie wyświetlania. Łącznie obraz tylko z biletów kinowych zarobił niemal 477 milionów dolarów – każdy zainwestowany dolar zwrócił się więc w stosunku 28 do 1. Co więcej, przez długi czas film dzierżył prymat wśród najlepszych otwarć wśród amerykańskich komedii. Zdetronizowany został dopiero przez drugą część megaprodukcji „Kac Vegas”. Komedia była tak popularna, że w niektórych miastach zeszła z afisza dopiero w… maju, po świętach Wielkanocnych.

Na filmie zarobili – i to sporo – także właściciele domu, w którym był on kręcony. W maju 2012 roku został sprzedany za ponad 1,5 miliona dolarów, czyli za około cztery razy więcej rynkowe ceny tego typu nieruchomości. Dom położony na przedmieściach Chicago (671 Lincoln Avenue, Winnetka) można zwiedzać – historia budynku jest też wielokrotnie opisywanym w pracach naukowych i opracowaniach biznesowych case study tego, jak można zarobić na efektownej nieruchomości.

Dom zagrał nie tylko z zewnątrz, ale i wewnątrz, gdzie kręcona była duża część scen. Jednak sam parter przeniesiono do studia – aktorzy i ekipa nie mogli się tam pomieścić. Nie było też oszustwa związanego z białym puchem – okolice należą do jednych z najbardziej śnieżnych rejonów stanu Illinois. Ściemę mieliśmy ze zdjęciami w Paryżu – w trakcie realizacji zdjęć nikt z ekipy tam nie dotarł. Francuskie lotnisko było symulowane przez to w Chicago.

Jeśli oglądaliście „Kevina samego w domu” setki razy, zapewne pamiętacie, że starsza siostra głównego bohatera nazywała się Megan. Grała ją Hilary Wolf, która dobrze znana jest w świecie judo. Dwukrotnie startowała na igrzyskach olimpijskich, była też młodzieżową mistrzynią świata. O ile ta informacja jest prawdziwa i potwierdzona, to innej towarzyszącej filmowi legendy nie da się do końca zweryfikować… Otóż Elvis Presley wcale nie umarł i wciąż pojawia się w nagraniach i filmach. W „Kevinie…” ma być on osobą stojącą w kolejce na lotnisku w Chicago, tuż za rodzicami. Czy to prawda, zweryfikujecie podczas kolejnego seansu filmu. Bo przecież będziecie oglądać, prawda?