Wiwaty na konferencji prasowej nie są codziennością weneckiego obyczaju. Tak ciepłego przyjęcia doświadczyła wczoraj ekipa filmu "Three Bilboards, Outside Ebbing, Missouri" w reżyserii Martina McDonagha, który to film trafi wkrótce na polskie ekrany.

Wenecja już kilka lat temu przy okazji premiery serialu HBO "Olive Kitteridge" pokochała Frances McDormand, grającą główną rolę w "Three Bilboards…". Za jej wyrazistość, siłę, pewność siebie, bezkompromisowość, charyzmę, poczucie humoru, dystans do siebie, autentyzm. I taka jest Mildred Hayes, bohaterka filmu McDonagha.

To kobieta, która, nie mogąc doczekać się sprawiedliwości i aresztowania zabójców i gwałcicieli jej córki, sama bierze sprawę w swoje ręce. Gdy przez trzy miesiące po tragedii lokalna policja nie zrobiła nic, by wyjaśnić tę zbrodnie, Mildred wynajmuje trzy wielkie przydrożne bilbordy i umieszcza na nich bolesne i oskarżycielskie pytania pod adresem stróżów prawa. Wypowiada tym samym wojnę całemu miasteczku. Kiedy potrzeba, potrafi po męsku zakląć, przyłożyć, zakpić, wyśmiać. Jest odważna, uparta i ma wyjątkowo cięty język. A jednak gdzieś pod tą szorstką skorupą ukrywa się wrażliwa, delikatna kobieta.

Rola jak dla mnie zasługuje na Coppa Volpi - wenecką nagrodę dla najlepszej aktorki. Zagrozić jej może jak dotąd jedynie Hellen Mirren w przejmującej ale niepozbawionej humoru i nadziei, ale zarazem dalekiej od ckliwości opowieści Paolo Virzi "Seeking Leisure" o parze seniorów (także znakomity Donald Sutherland) udających się na ostatnie w życiu wspólne wakacje starym kamperem. Oba filmy świetnie się ogląda, ale "Three Bilboards…" podczas projekcji towarzyszą salwy śmiechu, choć temat zabawny nie jest. Trzeba przyznać, że irlandzki reżyser, ale przede wszystkim ceniony dramatopisarz Martin McDonagh ma znakomite wyczucie dialogu, świetny zmysł obserwacji i, podobnie jak w swoich czarnych komediach, zręcznie buduje absurdalny humor i komizm postaci. Zresztą ma w filmie do dyspozycji tak soczystych aktorów jak Woody Harrelson i Sam Rockwell. O swoich dziełach teatralnych McDonagh powiedział, że pisze sztuki, które chciałby zobaczyć, gdyby chodził do teatru. Zdecydowanie to samo można powiedzieć o jego - na razie tylko czterech - filmach.

Thriller w Wenecji, i to w 3D

Dostać się na światową premierę 14-minutowego wideo w 3D do hitu "Thriller" Michaela Jacksona, było nie lada wyzwaniem! Na Lido, jak widać, czeka się także na tak nietypowe shorty. Ten odświeżony cyfrowo, pochodzący z grudnia 1983 roku teledysk zmienił rynek muzyczny, a przy okazji wprowadził nową jakość kinową. To właśnie Michael Jackson zapoczątkował prawdziwą erę teledysków, które wkrótce stały się oddzielną formą sztuki i świetnym narzędziem promocji.

Wenecka publiczność obejrzała "Thrillera" 3D za sprawa Johna Landisa, który przed 34 laty wyreżyserował oryginał. 14-minutowy film kosztował pół miliona dolarów i zawierał wszystko, co dziś kojarzy nam się z Jacksonem: elektryzujący wokal, niesamowitą choreografię, fabułę, napięcie, niesamowity rytm, elementy grozy (choć dziś bardziej wzruszają i bawią, niż przerażają) i świetne pomysły realizacyjne. John Landis to jeden z najlepszych twórców kina popularnego wszech czasów. Już wtedy miał on na koncie kilka kultowych hitów – filmy: "Menażeria", "Blues Brothers", "Amerykański wilkołak w Londynie". Landis idealnie zgrał się z Jacksonem.

W filmie Jerry'ego Kramera "Making of Michael Jackson Thriller", który towarzyszył wersji "Thrillera" w 3D, na pytanie, dlaczego Jackson zdecydował się na współpracę z Landisem, król popu zażartował: bo…. spodobał mu się głos reżysera, kiedy po raz pierwszy rozmawiali telefonicznie. Dokument Kramera pokazuje realizację teledysku od kuchni. Jak nietrudno się domyślić, koncentruje się on przede wszystkim na tytanicznej pracy charakteryzatorów, makijażystów, kostiumografów oraz choreografów. Przygotowanie każdej "stylizacji" to wielogodzinne, żmudne procesy. Michael Jackson okazał się nadzwyczaj cierpliwym obiektem skomplikowanych zabiegów przekształcających go w bestię. Widzimy go m.in. w scenach, w których wykonywany jest odlew jego twarzy, oraz dobiera się i aplikuje przerażające soczewki kontaktowe. Widzowie oglądają także skomplikowany system miniaturowych pompek, które za pomocą ciśnienia odpowiadają za grubienie skóry dłoni Michaela i wysuwanie się szponów.

W nowej wersji "Thrillera" najnowszą dostępną technikę wykorzystano, aby przeformatować na 3D oryginalny filmik zarejestrowany na taśmie 35 mm. Klip nie był w żaden sposób poddany reedycji lub ponownemu montażowi, ale obraz i dźwięk przeszły specjalną obróbkę, dzięki czemu można je podziwiać w najwyższej możliwej jakości.

Warto pamiętać, że król popu realizował swoje teledyski z nie byle jakimi reżyserami. Pomijając samego Johna Landisa, klipy dla Jacksona kręcił m.in. Martin Scorsese. "Bad" powstał, gdy Scorsese miał już za sobą takie filmy "Taksówkarz", "Wściekły byk", "Kolor pieniędzy". A na liście reżyserów teledysków Jacksona znaleźli się także: John Singleton ("Remember the Time"), David Fincher ("Who Is It") czy Mark Romanek ("Scream").

Spokojnie mógłby do tej listy doszlusować Darren Aronofsky. Gdyby zrealizował taki klip, jest więcej niż prawdopodobne, że wykorzystałby w nim swój słynny hiphopowy montaż. To dopiero byłaby petarda! I "Thriller" godny Jacksona...

W oczekiwaniu na dreszcze

Dziś niecierpliwie wyczekiwany pokaz konkursowy najnowszego filmu Darrena Aronofskyego "Mother!". To mroczna opowieść o parze (Jennifer Lawrence i Javier Bardem), której relacja zostanie wystawiona na próbę. Stanie się tak za sprawą niespodziewanych gości, którzy zakłócą spokojną egzystencję bohaterów. Streszczenie fabuły nasuwa skojarzenia zarówno z dreszczowcem spod znaku home invasion, jak i z komediodramatem w stylu "Rzezi" Polańskiego. Wszystko jednak wskazuje na to, że Darren powraca w "Mother!" do kina transowego, mrocznego, silnie oddziałującego na zmysły i emocje widza, którego byliśmy świadkami zwłaszcza w jego debiutanckim "Pi", a potem w "Requiem dla snu".

Javiera Bardema w filmowym, choć również w rodzinnym duecie z Penelope Cruz, będzie można oglądać na weneckim czerwonym dywanie i na ekranie także dziś wieczorem. A to za sprawą nowego i długo wyczekiwanego filmu Fernando Leona Aranoa "Loving Pablo". Choć losy jednego z najpopularniejszych baronów narkotykowych w historii są doskonale znane chociażby z serialu "Narcos", reżyser Fernando León de Aranoa zamierza pokazać historię Kolumbijczyka z zupełnie innej perspektywy. Produkcja opiera się na książce wieloletniej kochanki legendarnego przestępcy i zarazem dziennikarki Virginii Vallejo. Oczywiście można mieć wątpliwości, czy w praktyce kobieta, która ślepo pokochała zbrodniarza i króla kokainy, mogła obiektywnie przedstawić portret człowieka poszukiwanego przez większość służb Stanów Zjednoczonych. Wypada wierzyć, że czerpiąc inspiracje z książki, Aranoa wie, co robi. Widzowie na Lido przekonają się o tym dziś wieczorem. Polscy poczekają dłużej. Film trafi do kin w przyszłym roku.