„Downsizing” pozwala wyobrazić sobie, co by było, gdyby na Ziemi było zdecydowanie za dużo ludzi. Bardzo długo zastanawialiśmy się nad tym pomysłem wraz ze scenarzystą Jimem Taylorem. Na początku widzieliśmy ten temat politycznie, ale koniec końców nie chcemy robić filmów o polityce, tylko o ludziach – zadeklarował Payne w Wenecji .

Zdaniem amerykańskiego krytyka Emanuela Levy „Downsizing” odsłania nowe oblicze tego reżysera, który z satyryka przedzierzgnął się w humanistę, zatroskanego o losy i przyszłość zagrożonej upadkiem cywilizacji, zaś sam film przypomina w klimacie komedie Franka Capry o zwykłych ludziach, niedopasowanych do rzeczywistości i wątpiących w sens życia ale też dobrze wpisuje się w niepokoje epoki Donalda Trumpa, dla którego ekologia priorytetem nie jest. Film odpowiada także na pytania o szukaniu leku na aktualne zagrożenia i kryzysy.

W norweskim laboratorium udaje się zminiaturyzować człowieka. To ma być antidotum na wszelkie problemy ludzkości: efekt cieplarniany, zanieczyszczenie powietrza, dewastację przyrody, przeludnienie, migracje, ubóstwo, niedostatek żywności i wody. Chętnych nie brakuje, bo ci którzy poddają się miniaturyzacji otrzymują nowe American Dream w postaci pięknego domu z ogródkiem, luksusowego samochodu, wykwintnego jedzenia i życia w specjalnych koloniach. To wszystko możliwe bo wraz z malejącym wzrostem zmniejszają się koszty ich utrzymania i eksploatacji lilipucich dóbr materialnych. Niestety miniaturyzacja na skale przemysłową, nie dość że nie likwiduje problemów to rodzi nowe. Ucieczka z naszego niedoskonałego świata jest utopią i kolejną pułapką – konkluduje Payne, choć zanim dojdzie do tego wniosku przewrotnie igra z widzem, co rusz zmieniając tropy i atakując kolejnymi zwrotami akcji.

Jak dla mnie powstała oryginalna wizualnie ale jednak zbyt pojemna tematycznie hybryda, która rozbija spójność całości. Być może dysponując wreszcie dużym budżetem, pozwalając sobie na wiele trickow Payne zbytnio zapatrzył się na serial „Czarne lustro”, który opowiada o negatywnym wpływie technologii na życie ludzi i w którym każdy odcinek odpowiada inną rozgrywającą się w przyszłości historię. U Payne’a poszczególne części też są dość luźno powiązane ze sobą, co niekoniecznie służy wybrzmieniu idei i pomysłów. Jednak film Payne’a broni się swoim poczuciem humoru i lekkością w dotykaniu najtrudniejszych egzystencjalnych tematów. Do tego rewelacyjnie obsadzony Matt Damon i kradnący mu show Christopher Waltz w roli serbskiego przemytnika i hedonisty. A w tle Udo Kier. Palce lizać!

Swoje mistrzostwo po raz kolejny potwierdził w Wenecji Giullermo del Toro. To bez wątpienia jedna z najciekawszych postaci Hollywood. Ten meksykański reżyser szturmem przebił się do Fabryki Snów za sprawą cenionych filmów akcji jak "Blade: Wieczny łowca 2" oraz "Hellboy". Krytycy cenią go jednak głównie za obrazy, w których dominuje atmosfera magii rodem z tradycyjnych baśni. Przykładem jest chociażby słynny "Labirynt Fauna" nagrodzony przez Amerykańską Akademię Filmową trzema Oscarami.

Del Toro powraca do ulubionej konwencji fantasy w swoim najnowszym obrazie "The Shape of Water”. To baśniowa opowieść dziejąca się w USA w czasach zimnej wojny. W ukrytym laboratorium badawczym pracuje samotna, uwięziona w życiowej izolacji Elisa (fenomenalna Sally Hawkins) Elisa jest głuchoniema i zajmuje się sprzątaniem. Jej życie wywraca się do góry nogami kiedy przypadkiem odkrywa w kapsule z wodą dziwne stworzenie. Zabójcze dla strażników zostaje obłaskawione przez dziewczynę. Ta odkrywa jego inteligencję i całkiem ludzkie uczucia. Oboje zbliżają do siebie ich ułomności i osamotnienie. W tej wodnej wersji Pięknej i Bestii nie ma podziału na ślicznych i brzydkich ale jest siła uczucia, która sprawia, że oboje uwalniają się mentalnie ze swoich niedoskonałych ciał. I jest coś jeszcze. Potęga wyobraźni. To nie przypadek, że Elisa mieszka nad kinem i jest nałogową kinomanką. Być może bajkowe wodne sceny to jej fantazje, tak jak musicalowa sekwencja, w której dziewczyna pięknieje i odzyskuje głos.

Jeśli kino jest magią to w przypadku tego filmu jest nią w 100 procentach. I dlatego brawurowy mariaż baśni, musicalu, kryminału doskonale ze sobą współgra. Nie ma w tym dysonansu. To jeden z piękniejszych filmów, jakie widziałam. Niby banalna historia o sile uczucia, która pokona wszystkie bariery fizyczne, psychiczne, cywilizacyjne ale jak opowiedziana. W tym „jak” kryje się wszystko. Ten film trafi do polskich kin a wiec będzie okazja, by to zweryfikować.

Tegoroczna Wenecja pozazdrościła Cannes i zaprosiła wyjątkowo dużo wielkich i głośnych nazwisk, choć w samym konkursie nie brakuje także tych, którzy na Lido debiutują, jak Warwick Thronton, Vivian Qu czy Xavier Legrand. Tłumy oblegające czerwony dywan czekają na m.in. George’a Clooneya, Julianne Moore, ponownie na Matta Damona, Hellen Mirren, Donalda Sutherlanda, Michelle Pfeiffer, Javiera Bardema i Penelope Cruz, Charolotte Rampling, Sama Neila, Sienne Miller. Natomiast dzisiaj wielu fanów z własnymi drabinkami już od rana liczy na autografy od Jane Fondy i Roberta Redforda. A paparazzi i dziennikarze być może na coś więcej, zważywszy na fakt, ze Jane Fonda słynie z ostrych i niepoprawnych politycznie wypowiedzi oraz chętnie opowiada o swoich traumatycznych przeżyciach z dzieciństwa i młodości. Wczoraj przypomniano jeden z dawnych wspólnych filmów tej pary „Elektrycznego jeźdźca” z 1979 roku. Po raz pierwszy spotkali się razem na planie w 1967 roku w filmie „Boso w parku”.

W Wenecji ten niezwykły duet pokaże najnowszy wspólny film dystrybuowany przez Netflixa "Our Souls at Night" w reżyserii Ritesha Batry. Czy duet Fonda-Redford stworzy kreacje na miarę Streep-Eastwood w „Co się zdarzyło w Madison County”? Tego nie wiem. Oficjalny pokaz z udziałem gwiazdorów dopiero późnym wieczorem ale jak zapowiadają organizatorzy ma to być historia kobiety i mężczyzny, którzy mieszkają w tej samej okolicy i od lat się przyjaźnią. Kiedy jednak obojgu umierają współmałżonkowie a dzieci się wyprowadzają bohaterowie decydują się, by spędzić razem ostatnie lata życia, czerpiąc z tego jak najwięcej przyjemności. Dziś wieczorem Jane Fonda i Robert Redford odbiorą Złotego Lwa za całokształt.

Dyrektor weneckiego festiwalu Alberto Barbera powiedział, że nagroda dla Jane Fondy jest wyrazem uznania dla jej nadzwyczajnego talentu i kreacji aktorskich, w których wcieliła się w postaci "niezapomniane, kontrowersyjne i różnorodne". Mówiąc zaś o Robercie Redfordzie, Barbera przypomniał, że jest on także reżyserem, producentem, obrońcą środowiska i inspiratorem oraz założycielem znakomitego eksperymentu kinematograficznego, jakim jest festiwal filmowy Sundance.

- Czy to stojąc przed kamerą, czy broniąc sprawy niezależnego kina lub naszej planety, Robert Redford towarzyszy od 50 lat amerykańskiej historii łącząc dyscyplinę, inteligencję i urok, który jest niezrównany – podkreślił w Wenecji Alberto Barbera.

Warto przypomnieć, że rok temu te samą nagrodę Złotego Lwa za całokształt odebrał w Wenecji Jerzy Skolimowski.