Gonitwa myśli… Co wybrać, a z czego zrezygnować? Każdy dziennikarz w Cannes (a jest nas ponad 4000) staje przed takim dylematem codziennie. Tempo jest mordercze, a brak czasu na wszystko potęgują wyjątkowo w tym roku zaostrzone środki bezpieczeństwa. Armia dronów i helikopterów nad głowami, bramki do prześwietlania, jak na lotniskach, drobiazgowe kontrole toreb, plecaków, plastikowych akredytacji, wykrywacze metalu, kordony policji, oddziały SWAT, zamykanie ruchu na Croisette - wszystko to wydłuża niemiłosiernie czas stania w tasiemcowych kolejkach. Z wielu pokazów trzeba wiec rezygnować, a Cannes przypomina oblężone miasto. Francuzi naprawdę robią wszystko, by zabezpieczyć te imprezę wysokiego ryzyka. Wszyscy tutaj wciąż maja w pamięci tragiczny zamach terrorystyczny sprzed roku w Nicei a ze względu na wybory prezydenckie i parlamentarne stan wyjątkowy we Francji przedłużony został do połowy lipca.

To jednak nie odstrasza prawdziwych fanów kina. Na „NiemiłośćAndrieja Zwiagincewa warto było długo czekać i znosić wszelkie niewygody. Jak na razie, to moim zdaniem, wciąż główny faworyt do Złotej Palmy. Jak powiedział mi reżyser w rozmowie po projekcji, tytuł „niemiłość” to nie tylko brak miłości, ale w szerszym znaczeniu nieobecność empatii, wczuwania się w emocje drugiego człowieka, egoizm, koncentracja wyłącznie na sobie, własnych ambicjach i potrzebach a w konsekwencji potworna samotność. Zwiagincew pozostaje w „Niemiłości” wierny tematowi, który rozwijał we wcześniejszych filmach „Elena”. „Wygnanie” czy „Powrót”, a jest nim rozpad współczesnej rosyjskiej rodziny. I tam i tu historia jest pozornie skromna. Punkt wyjścia niemal jak w "Scenach z życia małżeńskiego" Bergmana. Przyglądamy się parze: Żeni i Borysowi w trakcie rozwodu. Każde z nich znalazło już nowego partnera i gotowe jest zaczynać życie od nowa, nawet jeśli oznacza to porzucenie ich 12-letniego syna Aloszy. Po jednej z kłótni chłopiec znika z domu. Poszukiwania zmuszają oboje rodziców do chwilowego zawieszenia broni, stając się zarazem katalizatorem wydarzeń, które obnażają nie tylko pustkę i niedojrzałość obojga rodziców. Są alegoria zdegenerowanej duszy rosyjskiej middle class. To satyra na ludzi goniących za dobrobytem i kariera ale nie dostrzegających poza ekranem smartfona prawdziwych wartości.

U Zwiagincewa nie ma przegadania, jest niedpowiedzenie (nie wiemy, czy chłopiec się odnajdzie), tajemnica ale przede wszystkim wspaniale kadry, zapadające w pamięć obrazy, bardzo przemyślane, sugestywne, jak np. otwierająca i zamykająca film scena krajobrazu nad rzeka, w której odbija się, jak w lustrze świat do góry nogami . Bo też i w takim momencie poznajemy Aloszę, którego rzeczywistość się wali. Niestety pod koniec filmu ona nie wraca na swoje miejsce, bo dorośli bohaterowie nie wyciągają wniosków ze swoich błędów i przeszłości. Male, wielkie kino, nie przypadkiem porównywane na Croisette z rumuńska nową fala.

Zaintrygował w ostatniej chwili dołączony do konkursu nowy obraz Rubena OstlundaThe Square”. Już w „Turyście” ale i wcześniej w „Grze” ten szwedzki reżyser udowodnił, że posiadł rzadka umiejętność destylowania grozy i absurdu z najbanalniejszych, codziennych sytuacji. To taki trochę szwedzki Haneke, na którego film „The End” czeka się na Croisette z niecierpliwością. Tym razem Ostlund zrealizował obraz, który jest swego rodzaju eksperymentem. Reżyser bada w nim granice między sztuką, jej oddziaływaniem na człowieka a jego mroczną, zwierzęca, nie dającą się ucywilizować naturą, miedzy instynktem stadnym a indywidualną wola i odpowiedzialnością. Umieszczając swoich bohaterów w niecodziennych sytuacjach, na wystawach w muzeum sztuki współczesnej (główny bohater filmu jest kuratorem) reżyser konfrontuje społeczne zachowania widzów i odbiorców sztuki, narzucone przez kulturę normy i mechanizmy z tym, co pierwotne, dzikie, mroczne, nieokiełznane. To szukanie wyjścia z banału i konwencji, przekraczania granic prowadzi często do bolesnych doświadczeń, bywa niebezpieczne i ale jest konieczne, by uświadomić sobie, kim się jest a kiedy się gra i wchodzi w role. Ten film drażni, prowokuje, czemu sprzyja muzyka symfoniczna w najbardziej banalnych sytuacjach, wywołując zgrzyty estetyczne ale też o to chodzi. O wybicie widza z wygodnej pozycji biernego obserwatora i konsumenta. Myślę, że tym filmem Ostlund drażni szczególnie dotkliwie syte, zadowolone z siebie, pozbawione refleksji społeczeństwo skandynawskie.

Pierwszy w historii Cannes pokaz NetflixaOkji” w reż. Koreańczyka Bong Joon Ho znanego jako twórcę apokaliptycznego thrillera „Snowpicer: Arka przyszłości” - rozpalił emocje, które wzbudzał jeszcze przed rozpoczęciem festiwalu. Nie byłoby pewnie takiego szumu, gdyby ten film pokazany został poza konkursem. I szczerze mówiąc dziwi mnie to, bo to świetnie zrealizowane kino familijne i zarazem akcyjne doskonale sprawdziłoby się jako atrakcja pokazów specjalnych, nie aspirująca do Złotej Palmy. A już na pewno bardziej powinno się ono znaleźć poza wyścigiem o statuetkę, niż drugi film Netflixa „The Meyerowitz Stories” w rez. Noaha Baumbacha, który zapowiada się jako kino zdecydowanie bardziej artystyczne Nie wiem więc, czym kierowali się organizatorzy festiwalu ale jeśli już zdecydowali się na taki krok to nie powinno ich dziwić oburzenie obrońców tradycyjnej dystrybucji kinowej i samego Pedro Almodovara, przewodniczącego tegorocznego Jury. Rzecz w tym, że filmy Netflixa zamiast do kin trafiają na platformę cyfrowa i mogą być od razu i jednocześnie rozpowszechniane na całym świece, podczas gdy laureaci Złotej Palmy do tej pory musieli mieć premiery kinowe, a dopiero potem mogli oni trafiać na inne nośniki rozpowszechniania.

Być może te emocje są przesadzone bo nie wydaje mi się, by Pedro Almodovar przyznał Zlotą Palme filmowi o przyjaźni koreańskiej dziewczynki z wielka świnia, nawet jeśli przeslanie tego obrazu jest niegłupie i obnaża chciwość i hipokryzje wielkich eko korporacji ale chodzi o zasadę. Na wczorajszym pokazie czołówka filmu została wybuczana i wygwizdana a gdy do tego doszły kłopoty techniczne i film przerwano ktoś z sali zarzucił platformie brak profesjonalizmu. Ktoś inny usiłował przekonać, że to specjalna akcja. Mimo tej wpadki sami twórcy filmu i branża bronią Netflixa. Jak donosi „Variety” i „The Hollywood Reporter” sam Bong Joon-Ho cieszy się, że Almodovar obejrzał jego film nawet jeśli nie zostanie mu przyznana żadna nagroda. Zdaniem reżysera praca z Netflixem była dla niego wielkim finansowym wsparciem a zarazem nie czul żadnej presji. Pozostawiono mu wolność. Wtórowała mu Tilda Swinton, która wcieliła się w role szefowej korporacji. Zapewniła, ze ekipa „Okji” nie przyjechała do Cannes po Złota Palmę ale dlatego, że chciała film pokazać i dostarczyć widzom wspaniałych wrażeń. I to akurat jej się znakomicie udało.

Tym, którzy na „Okje” się nie dostali na pocieszenie został czerwony dywan. A na nim Tilda w realu ale nadal nieziemskim. Gwiazda wystąpiła w białej długiej sukni z ogonem według projektu Haider Ackermann i w stylowym koku autorstwa Dessange. Biel jest modna w tym roku. Pojawiły się w niej także Juliette Binoche w sukni od Chloe oraz w w kolczykach z białego złota oraz Rihanna w jedwabnej białej kreacji z kolekcji Diora oraz w biżuterii Choparda. Kino w tym wydaniu niezmiennie olśniewa, czego nie zawsze niestety doświadczamy na pokazach. 

W niedziele pierwszy polski akcent. W sekcji Cannes Classics hołd dla Andrzeja Wajdy i projekcja odrestaurowanego cyfrowo „Człowieka z żelaza”, który jako jedyny jak na razie, polski film obok „Pianisty” w rez. Romana Polańskiego zdobył Złota Palme w 1981 roku. W pokazie filmu udział wezmą min.: Krystyna Janda i Allan Starski a wśród gości spodziewani są także Jerzy Skolimowski, Paweł Pawlikowski, Ryszard Bugajski, Małgorzata Szumowska. Wieczorem w La Plague du Rado na bulwarze Croisette Polish Cinema Opening Night. O tej i innych polskich obecnościach w następnej relacji z Cannes.