JAKUB DEMIAŃCZUK: Prace nad "Azylem" trwały wiele lat. Czy to był film wyjątkowo trudny do zrealizowania?

NIKI CARO: Widzowie często nie doceniają, że powstanie filmu to rodzaj cudu. Szczególnie takiego jak "Azyl", niezależnego, kręconego poza wielkimi hollywoodzkimi studiami. Praca nad takim filmem jest jak siła natury, wiele rzeczy musi wydarzyć się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, żeby to zadziałało. Przygotowania do "Azylu" trwały bardzo długo. Od momentu, w którym nasza producentka przeczytała książkę Diane Ackerman i zdobyła prawa do ekranizacji, do dziś minęło dziesięć lat. Ale podobnie było w przypadku "Jeźdźca wielorybów", ale wtedy dołączyłam do projektu na finiszu, a teraz byłam z filmem związana od początku

Czy znała pani książkę Diane Ackerman przed rozpoczęciem zdjęć?

Nie. I gdy zaczęliśmy pracować nad produkcją i opowiadaliśmy, o czym będzie film, wiele osób nie mogło uwierzyć, że to prawdziwa historia. A książkę przeczytałam dopiero po tym, jak dostałam scenariusz. I od razu zaczęłam się zastanawiać, ile podobnych historii czeka jeszcze na to, żeby szeroka publiczność je odkryła. Ile z nich trzeba jeszcze opowiedzieć? Moim zdaniem historia Antoniny Żabińskiej przez wiele lat pozostawała nieznana, bo to kobieca opowieść. Doświadczenie wojny jest zazwyczaj opisywane z męskiej perspektywy. A przecież wojna widziana oczami kobiet jest równie intensywna. Mój film jest też kameralny, większość akcji rozgrywa się w zamkniętej przestrzeni ogrodu zoologicznego, nie ma monumentalnych, batalistycznych scen.

Pokazuje pani wojnę dość nietypowo: "Azyl" to film jasny, rozświetlony, pełen barw.

To była bardzo świadoma decyzja. Chciałam nakręcić kobiecy film. Długo myślałam, jak to zrobić, bo kino wojenne to specyficzny gatunek. Jak sprawić, żeby było inne niż zazwyczaj, ale żeby oddawało historyczną prawdę, a jednocześnie charakter głównej bohaterki? Moją inspiracją była sama Antonina: delikatna, czuła, a zarazem bardzo silna kobieta. Sposób, w jaki dbała o ludzi, którzy ukrywali się w zoo, był niezwykły. Dawała im poczucie bezpieczeństwa, rozmawiała z nimi, dawała im namiastkę kontaktu ze światem poprzez muzykę i sztukę. Chciałam, żeby wszystko w filmie było tego echem: zdjęcia, światło, kostiumy, muzyka. Mimo strasznego tematu, chciałam, by ten film był piękny. Powtarzałam współpracownikom: w czasie wojny też były kolory. Kwitły kwiaty. Słońce wstawało każdego dnia. No i chciałam, żeby w tej fabule była jakaś nadzieja. "Azyl" opowiada o czasach II wojny światowej, ale dziś ta opowieść jest wyjątkowo aktualna.

W jakim sensie?

Żyjemy w trudnych czasach, nie tak dramatycznych, lecz potrzebujemy ludzi takich jak Antonia Żabińska: ofiarnych, zdolnych do poświęcenia, lecz także do niesienia innym nadziei na przyszłość. To przecież również historia uchodźców, ucieczki przed koszmarem wojny. Także sama Antonina urodziła się w Petersburgu, po wybuchu rewolucji uciekła z miasta z rodzicami, więc wiedziała, jakie to doświadczenie i jak bardzo potrzebna jest pomoc ludziom, którzy stracili wszystko.

To również niezwykłe, by wojnę pokazywać poprzez cierpienie zarówno ludzi, jak i zwierząt.

To była jedna z tych rzeczy, które sprawiły, że zainteresował mnie ten projekt. Zwierzęta rozszerzają nasze człowieczeństwo. Czasami współczujemy im bardziej, niż innym ludziom. Gdy patrzysz na piękny ogród zoologiczny zniszczony przez bomby, gdy wyobrażasz sobie cierpienie zwierząt, zmusza cię to, żebyś spojrzał na wojnę w zupełnie inny sposób.

Akcja filmu obejmuje cały okres wojny, Nie da się tych sześciu lat zmieścić w dwugodzinnej opowieści. Z wielu elementów wojennej biografii Żabińskich musiała pani zrezygnować. Czy są sceny, których szczególnie pani żałuje?

Pierwsza wersja filmu trwała ponad trzy i pół godziny, było oczywiste, że musimy skrócić ją o połowę, tracąc jednocześnie wiele mocnych scen. Wycięliśmy dużo materiału, który pokazywał relacje Żabińskich i to, jak ich działalność w czasie wojny odbiła się na ich małżeństwie. Ale praca nad filmem to proces niemal organiczny. Tworzysz film pisząc scenariusz, potem tworzysz go na nowo w trakcie zdjęć i jeszcze raz podczas montażu. Nauczyłam się przy tym nie opłakiwać wyciętego materiału. Wiem, że to niezbędne, żeby ostateczna wersja była jak najlepsza.

Czy tęskni pani za robieniem skromnych, niskobudżetowych filmów takich jak "Jeździec wielorybów"? Teraz jest pani częścią wielkiej, hollywoodzkiej maszyny...

Nie (śmiech). Ale budżet "Azylu" wcale nie był taki duży. Zanim zaczęliśmy zdjęcia miałam całkiem rozbudowaną wizję tego, co chcemy osiągnąć. I nawet byłam zaskoczona, jak wiele z tego pierwotnego pomysłu udało się nam osiągnąć mając relatywnie niewielkie fundusze.

Przy następnym filmie nie będzie miała już pani tego problemu. "Hollywood Reporter" potwierdził, że będzie pani reżyserować aktorską wersję "Mulan". Czy to oznacza, że nie będzie pani pracować przy ekranizacji komiksu "Captain Marvel"?

Niestety nie. Bardzo chciałam pracować przy tym filmie, ale na pewno nie będę w stanie kręcić obu naraz. Ale "Mulan" to wyzwanie na parę lat, na które bardzo czekam.

Ale "Captain Marvel" także trafi w ręce kobiety, prawda? Hollywood wreszcie dostrzegło, że są oprócz Kathryn Bigelow inne reżyserki zdolne nakręcić wysokobudżetowe kino akcji.

To prawda. Patty Jenkins zrobiła "Wonder Woman", Ava DuVernay skończyła zdjęcia do "A Wrinkle in Time" i ja będę kolejną kobietą, która wyreżyseruje film o budżecie przekraczającym 100 milionów dolarów. I warto zauważyć, że filmy Avy i mój zostaną wyprodukowane przez Disneya. To studio, które dziś robi naprawdę dużo w kwestii równouprawnienia w Hollywood.

Może więc wreszcie przyjdzie pora, że i Oscara za reżyserię dostanie kobieta. Najwyższa pora.

Bądźmy szczerzy: najwyższa pora to była jakieś czterdzieści lat temu. Ale Hollywood się powoli zmienia. Wielka w tym zasługa wspaniałych aktorek, które walczą o równe prawa. Jessica Chastain, Emma Watson czy Geena Davis są gwiazdami i dzięki temu i głos jest jeszcze lepiej słyszany. To dzięki nim nadchodzi zmiana.