MARCIN CICHOŃSKI: Ty chyba jesteś masochistą, bo kto inny oglądałby tyle złych filmów…

KAMIL ŚMIAŁKOWSKI: Oglądanie filmów i ocenianie ich jest przecież powinnością krytyka filmowego. Nie raz trafiałem w swoim życiu na złe filmy i w którymś momencie zacząłem czerpać przyjemność z obserwacji potknięć na różnych poziomach. Musimy pamiętać, że film to dzieło zbiorowe, a to powoduje, że jest mnóstwo okazji i sposobności, by ktoś to spartolił.

Wielu z nas, widzów, ma też doświadczenie oglądania złego filmu w szerszym gronie – śmiejąc się przy tym i dogadując. Czynimy z tego doroczne święto.

I przy okazji sami narażacie się na krytykę. Pierwsze kontrowersje pojawiły się przy okazji Krzysztofa Zanussiego?

Wcześniej, bo już przy pierwszej edycji. Polska kultura nie jest przyzwyczajona do krytyki – u nas albo należy mówić dobrze, albo przemilczeć, zwłaszcza kiedy mówimy o twórcach znanych, ważnych i wybitnych. Choć było w historii polskiej krytyki kulturalnej kilka takich osób, które pisały bardzo ostro, jak np. Zygmunt Kałużyński. Ogólnie standard jest taki, że jeśli ktoś znany się przy czymś potknie, to udajemy, że nie ma tematu. A temat jest i od początku należy go zauważać i piętnować, żywiąc może naiwną nadzieję, że następnym razem będzie lepiej.

Przy pierwszej edycji był problem, ponieważ rzucił się na nas pan Idziak, z którym odbyłem długą debatę w Filmwebie. W efekcie pozostaliśmy przy swoich stanowiskach, a zdanie Sławomira Idziaka było takie, że bardzo szkodzimy polskiemu kinu. Jak widać minęło pięć lat i polskie kino ma się tylko lepiej, a z drugiej strony ciekawie się spolaryzowało, bo mamy sporo bardzo dobrych filmów i sporo filmów bardzo złych.

Przy tegorocznej edycji też pojawiły się zarzuty. Część prasy prawicowej antycypując – jak sądzę – triumf "Smoleńska" zarzuciła wam upolitycznienie nagrody. Jak to odbierasz?

My sami mówimy o Wężach, że to nagrody dla najgorszych filmów. Ale jeśli tak na poważnie się nad tym zastanowić, to jest to wypadkowa tego, jak ten film jest zły i tego, jak bardzo nam go wciskano promocyjnie. Im większa promocja tego filmu – w najróżniejszych tego słowa znaczeniach – tym więcej o tym filmie słyszymy. A im bardziej go oczekujemy, tym bardziej jesteśmy zawiedzeni, jeśli ten film jest zły. Zawsze w kinach pojawiają się potworki, o których mało kto słyszał. Czasami one u nas wygrywają, jak trzy lata temu film "Ostra randka", z którego twórcą aktualnie się procesuję. Ale to, że wygrał "Kac Wawa", to że wygrał Zanussi, to że być może wygra "Smoleńsk" wynika z tego, że to są filmy głośne, które mocno promowano. Od takich filmów oczekujemy więcej.

Moim faworytem w tym roku nie jest "Smoleńsk", a "Gejsza", ale jestem przekonany, że wiele osób jej po prostu nie widziało – i spośród akademików, i zwyczajnych widzów – i dlatego być może wygra "Smoleńsk". Ale "sukcesu" bardziej życzę "Gejszy".

Wspomniałeś o procesie. Powiedz, czego dotyczy sprawa i czy według ciebie jest to forma zemsty za Węże?

Oczywiście! Moim zdaniem jest to forma rewanżu, choć formalnie oskarżono mnie o to, że bezprawnie bez zgody twórców wykorzystałem fragmenty filmu na gali. Samego procesu nie chcę komentować z szacunku dla sądu. Więcej powiem, kiedy się to skończy. Ale to też jedyny taki przypadek w historii. Twórcy albo udają, że nie istniejemy - to najczęstsza reakcja - albo podchodzą do tego trochę z humorem, a trochę z dystansem.

Jednym z największych osiągnięć ostatnich lat naszej pracy jest – powiem to górnolotnie – zaistnienie świadomości Węży w dyskursie publicznym. W Polsce zaczęło się mówić o złym kinie i dla wielu dziennikarzy, którzy do tej pory nie odważali się mówić i pytać o złe kino, staliśmy się pretekstem. Teraz mają jak zahaczyć temat, zapytać: "dostał pan w tym roku węża, co pan o tym sądzi?" i nawiązać do tego, co się komuś nie udało. Kawał dobrej roboty dzięki temu zrobiliśmy.

Jak finansowane są Węże? Wiesz – gdzieś trzeba się spotkać, wręczyć nagrody – to wszystko generuje koszty…

Co roku jest inaczej. Wciąż nie jesteśmy sformalizowaną grupą ludzi zajmującą się kulturą. Kontaktujemy się przez Facebook, przez maile, czasem telefonicznie, i działa to dwufazowo. Z jednej strony akademia przyznaje najpierw nominacje, a potem nagrody. Z drugiej, przez te lata udało mi się znaleźć grupę ludzi dobrej woli, którzy pomagają w ogłoszeniu wyniku - ktoś organizował własnym kosztem streaming internetowy, przyjaciele - a mamy takich w branży filmowej - organizowali kamery, a kamerzyści przychodzili za darmo, by nas kręcić. Czasem jest to gala, ale nie zawsze. Raz udało nam się znaleźć sponsora i pokryć część kosztów. Bo w Polsce nie łatwo jest znaleźć chętnego do wyłożenia pieniędzy na kulturę, a co dopiero na takie dziwne wydarzenie.

Dziś, po pięciu edycjach, ta grupa trochę się zmęczyła formułą dorocznego zrywu. Będzie skromnie. Może za parę lat znów znajdziemy sponsorów, może jakaś młodsza grupa ludzi zajmie się organizacją.

Fajne jest też to, że wspierają nas ludzie kultury. Jest z nami na przykład od kilku lat Tomasz Karolak - może w ramach jakiejś pokuty, a może poczucia humoru.

Emfaza

Kiedy przyjdzie taki czas, że polscy twórcy będą mieli tyle dystansu, że odbiorą Węże i jeszcze zrobią z tego wydarzenie, jak Halle Berry, która na Malinach sparodiowała swój płacz oscarowy?

Mówi się, że Hollywood ma do siebie dystans, przywołując przykłady Halle Berry czy Sandry Bullock, ale pamiętajmy, że Maliny przyznawane są od kilku dekad. A twórców, którzy je przez ten czas odebrali, jest kilku. Nam natomiast udało się już przy drugiej edycji Węży - przyszedł Jacek Samojłowicz i odebrał sporo statuetek za "Kac Wawę". Ba, na naszych galach pojawiają się czasem nawet nominowani. Raz był Arek Jakubik, ale akurat niczego nie dostał. Dlatego u nas jest nawet lepiej niż w Hollywood, gdzie znacznie więcej agentów nie ma dystansu i poczucia humoru, a jedyne, co radzą to: tylko nie zbliżaj się do tej imprezy. A wbrew pozorom, to wcale tak nie szkodzi, czasem wręcz pomaga. My idziemy w dobrym kierunku - Barbara Kurdej-Szatan nie mogła przybyć, a nagrała film, że "z góry bardzo dziękuje". No i faktycznie wygrała.

A kiedy przyjdzie taki czas, że zabawa konwencją wejdzie nam w krew i będziemy się wręcz bawić, oglądając polskie produkcje typu "Sharknado", które dziennikarz Piotr Dobry nazywał w swym cyklu "tak złe, że aż dobre"?

Mam nadzieję, że to kolejny krok, jaki polska kinematografia poczyni. Już jest dobrze. Zeszłoroczny sukces takich filmów jak "Ostatnia rodzina", "Wołyń" czy "Jestem mordercą" albo – z drugiej strony, w kinie czysto popularnym – "Planeta singli" pokazują, że coraz lepiej radzimy sobie z tworzeniem historii, które ludzie chcą oglądać. Kiedy mamy tylu dobrych rzemieślników (i ludzi, którzy dochodzą do poziomu artystów, ale o rzemieślnikach chcę mówić), to niewiele trzeba, by oni rozlali się szerokim strumieniem po różnych stylistykach. Jest tu i temat komedii, które umiejętnie bawią się konwencjami, co przed laty umiał chociażby Machulski. Ale wrócimy do tego - myślę, że to jest kwestia kilku lat i pojawią się dobre polskie komedie, które będą bawiły się schematami filmowymi. Jeśli przytaczasz jako przykład "Sharknado" - to jest umiejętność kręcenia tanio, śmiesznie i z dystansem. Tu droga jest najdłuższa, bo potrzeba pasjonatów kina. Zrobią to dzisiejsi dwudziestokilkulatkowie wychowani są na oglądaniu setek filmów. Tacy nasi młodzi Tarantino, którzy są w stanie przetrawić tysiące filmów, stworzyć z tego nową jakość, a jednocześnie na tyle młodzi, by była w nich ta świeżość. U nas niestety twórca filmowy zaczyna dość późno. Wcześnie za to zaczynają artyści. Jeszcze trochę drogi przed nami, ale jestem dobrej myśli - i tu sobie poradzimy.