Asghar Farhadi do Oscara nominowany jest za film „Klient” (2016). Obraz w polskich kinach będzie wyświetlany w kwietniu, zobaczyć wcześniej mogli go widzowie we Wrocławiu na festiwalu Nowe Horyzonty. Obraz dzieli krytyków – część mówi nawet o opus magnum reżysera, inni zarzucają Farhadiemu powtarzalność, zastosowanie patentów, które jego miłośnicy doskonale znają od lat.

Asghar Farhadi w „Kliencie” trochę swoich miłośników oszukuje. Do tej pory reżyser budował napięcie bez zbędnego pośpiechu. Wprowadzał postacie, pozwalał im na prowadzenie dialogów, które tylko pozornie nie miały wagi. W „Przeszłości” (2013) para, która spotyka się po latach, podczas jazdy samochodem pokazuje, jak dobrze, podskórnie wręcz rozumie swe gesty. Po przylocie z Iranu do Paryża, tylko na chwile przerywając istotną rozmowę Ahmad (Ali Mosaffa), czyli główny bohater dramatu, rzuca jakby mimochodem: „czwórka”. Jego wciąż aktualna małżonka (w tej roli Bérénice Bejo), której nie widział od kilku lat i która we Francji żyje z innym mężczyzną niemal instynktownie pomaga mu zmieniać bieg, w geście, który wyćwiczony mają od lat, i który nawet na moment nie przeszkadza w komunikacji.

W niemal każdym obrazie z takich pozornie nieistotnych szczegółów, gestów, strzępków rozmów Farhadi budował system powiązań, emocjonalnych zależności, które nie wiedzieć kiedy doprowadzały nas do punktu kulminacyjnego, za przekroczeniem którego oderwanie się od filmu jest już niemożliwe. Do tej pory tylko dwukrotnie zarysował przełom – w „Co wiesz o Elly?” (2009) było to tuż po pamiętnej scenie puszczania latawca nad brzegiem Morza Kaspijskiego, drugi raz uczynił tak właśnie w „Kliencie”. Oszukuje nas przy tym okrutnie – otwierająca obraz scena ewakuacji domu, któremu w każdej chwili grozi zawalenie ma odwrócić naszą uwagę, od języka, którym posługuje się od lat, przygotować zarazem na jeszcze większy wstrząs, wokół którego zbudowana jest fabuła filmu.

Nigdy też Farhadi jak w „Kliencie” tak mocno nie zdradził swoich fascynacji teatrem. Przewijająca się przez cały film inscenizacja „Śmierci komiwojażeraArthura Millera jest oddaniem hołdu fascynacjom Farhadiego. Jego filmy wręcz obfitują w sceny, które są poprowadzone tak, by mogły zostać przeniesione na deski teatru. Często też (wyjątkami sceny m.in. ewakuacji domu w „Kliencie”, sceny nad Morzem Kaspijskim w „Co wiesz o Elly?” czy celebracja na ulicach w „Perskim Nowym Roku” z 2006 roku) prowadzi kadry małych zamkniętych pomieszczeniach (bez względu na to czy to dom, biuro czy samochód) z niewielką liczbą aktorów.

W „Kliencie” Farhadi przemyca kilka pocztówek, które mają zwrócić nam uwagę na obecny krajobraz społeczny i kulturalny w Iranie. Z jednej strony to kraj ludzi otwartych i wyedukowanych, ludzi poszerzających swe horyzonty, czego przykładem nie tylko wspomniana „Śmierć komiwojażera”, ale też pojawiające się w domach bohaterów półki uginające się od zachodnich filmów. Nie jest to tak oczywiste, wyrażone wprost jak w obrazie innego irańskiego twórcy, Jafara Panahiego, czyli „Taxi Teheran” (niezapomniana scena z dealerem pirackich filmów i seriali, zgrywanych najprawdopodobniej na DVD), ale w głowie pozostaje. Podobnie jak dwie sceny będące wyrzutem wobec irańskiej rzeczywistości: koparki przyczyniającej się do katastrofy budowlanej oraz odrzucenie lektur, które dla uczniów szkoły w Iranie mają być nieodpowiednie.

Takich niemych lub subtelnych protestów u Farhadiego nie ma wiele. Oceniany przez wielu jako nawet krytyka islamu obraz „Piękne miasto” (2004) jest w rzeczywistości przenikliwym krzykiem rozpaczy przeciwko karze śmierci, a ukazanie bezduszności biurokracji w nagrodzonym Oscarem wybitnym dziele „Rozstanie” to tło do ukazania wojny, w której nie ma wygranych, ani przegranych, z której wszyscy wychodzą z ranami. Tło zarysowane tak, że szybko zaadaptowane może zostać do dowolnej – polskiej, amerykańskiej, japońskiej rzeczywistości.

Tym bowiem, co czyni Asghara Farhadiego jednym z najwybitniejszych twórców naszych czasów jest pokazywanie dramatów ludzkich z oderwaniu od geograficznego, a może nawet i czasowego kontekstu. W zasadzie tylko „Piękne miasto”, ze względu do koranicznych odniesień ciężko oderwać od perspektywy Iranu. Wszystkie inne obrazy można przenieść w dowolną czasoprzestrzeń.

Tym, co pozwala na dotarcie do toczących się na irańskich ulicach historii jest też brak chęci odpowiadania na pytania, podawania na tacy rozwiązań. Dzieje się tak i w ocenie bohaterów, którzy podejmują pozornie bardzo naganne z moralnego punktu widzenia decyzje, jak i w rozwiązaniach fabularnych. Po zakończeniu „Przeszłości” nie wiemy kogo za czynione zło powinniśmy ukarać, a kogo usprawiedliwić - jedynym pewnikiem jest znane skądinąd hasło „wszyscy kłamią”. Po „Rozstaniu” jedynym poczuciem, z którym zostajemy to – nawiązujący do starożytnych dramatów – brak możliwości jakiegokolwiek pozytywnego zakończenia historii, uczucie przerażającego smutku, klęski, poczucia straty, bez której jednak dalsze życie możliwe by nie było.

Dzieje się tez tak wielokrotnie na poziomie fabuły – czy z ręką na sercu jesteśmy w stanie odpowiedzieć czyje ciało widział jeden z bohaterów w szpitalu w „Co wiesz o Elly?” - czy pokiwał głową by zakończyć gehennę i dramat by uwolnić się od bólu. Czy jesteśmy też w stanie odpowiedzieć na pytanie jaki los czekał zabranego przez karetkę bohatera „Klienta”?

Moralizowanie, jeśli o takie może być Farhadi podejrzewany, ma inny wydźwięk. Twórca bliższy jest momentami nawet relatywizmowi niż jasno zarysowanym sposobom oceniania. Nieoczywistych czynów poszczególnych bohaterów w pozornie oczywistych sytuacjach nigdy nie jesteśmy w stanie zrozumieć bez wejścia w skomplikowany system powiązań psychicznych, obciążeń wynikających z doświadczeń, wychowania czy religii. I nigdy do końca nie uzyskamy od Farhadiego prostej, ułatwiającej zrozumienie.

Farhadi jest od dawna wysoko oceniany. Kiedy w Berlinie pokazał „Rozstanie” był jedynym twórcą, którego film, ale i pojawienie się na konferencji prasowej przyjęto owacjami. Trzykrotnie był nominowany do Oscara, raz zwyciężył. Jego drugi triumf może ułatwić mu blask świateł, w jakim znalazł się po zaskakujących decyzjach administracji Trumpa.

Prasa amerykańska nie ukrywa, że ewentualny triumf „Klienta” będzie postrzegany w kategoriach politycznych. - Ale co obecnie nie jest decyzja polityczną – pyta z sarkazmem korespondent The Hollywood Reporter pisząc o prawdopodobnym poparciu częściowo lewicującego, a już na pewno przeciwnego Trumpowi środowiska zebranego wokół Akademii Filmowej. Na szczęście nikt nie zarzuci Farhadiemu ewentualnego zwycięstwa, a już na pewno zainteresowania widzów tylko z powodu kaprysu władcy.

I nikt nie przestanie interesować się jego twórczością, jeśli w tym roku Oscara nie dostanie.