"Jako człowiek była fenomenem. Przekraczała granice swojego wieku, czas dla niej nie istniał. Była niewzruszona wobec tego, jak potraktował ją los. Była wobec tego ironiczna. Uwielbialiśmy jej cięty humor i opowieści z drugiej wojny światowej. Zawsze opowiadała o najstraszniejszych rzeczach z dystansu. To nas wciągało w prawdziwy, nieustraszony wir życia. Zawsze miała dobry humor, a jak ktoś odpadał, to przypominała mu, że ból i cierpienie jest tylko w naszym mózgu i możemy nad tym zapanować" - powiedział reżyser.

Jarzyna  podkreślił także, że Szaflarska wniosła do zespołu TR Warszawa (dawniej Teatr Rozmaitości), prócz wielkiego serca i wrażliwości, także "artystyczną energię oraz świadomość tradycji i pewnego etosu". "Przypomniała nam o wadze i wartości tego, co robi się w teatrze. Podnosiła stawkę teatru. Potwierdzała istotność zawodu aktora i przypominała aktorom o pełnionej przez nich misji" - mówił reżyser.

"Dzisiaj myślimy, że mamy w stosunku do widza pewną odpowiedzialność. Szaflarska przypominała nam, że tak samo było przed wojną. Umiejscawiała nas w pewnym ciągu. Odwoływała się do tradycji, łączyła nas z nią" - dodał.

Pytany o to, jak się z nią pracowało, Jarzyna odpowiedział, że aktorka zawsze jako pierwsza umiała tekst. "Była nienagannie przygotowana do roli, nawet jak miała sto lat. Była niezwykle skupiona na pracy, zwrócona w stronę najważniejszych pytań. To nie była aktorka, która zawracała głowę sobą i swoimi problemami" - wspominał.

"Podnosiła poziom prób. To miało szczególnie duże znaczenie dla młodych aktorów. Była całkowicie oddaną i skupioną na sprawie aktorką. Była totalna" - podkreślił.

Szaflarska - mówił Jarzyna - nigdy nie narzekała, nawet gdy już nie mogła chodzić. "Gdy pracowaliśmy nad Między nami dobrze jest wszyscy ją przekonywaliśmy, żeby usiadła na wózku inwalidzkim. W końcu nam uległa, ale podczas owacji wstała i przeszła się w stronę widzów. Miała ogromną siłę witalną, wielką wiarę w życie" - dodał.

"Można powiedzieć, że sztuka Między nami dobrze jest gdzieś podświadomie była napisana specjalnie dla niej. To była jej historia" - mówił Jarzyna, odnosząc się do słynnego, wspólnie zrobionego - potem zekranizowanego - spektaklu. "Szaflarska miała mniej niż 30 lat, gdy brała udział w powstaniu. Rozumiała wszystkie głodne kawałki, które w swoim dramacie zawarła Dorota Masłowska. Tłumaczyła nam niektóre obrazy. W tekście Masłowskiej pojawiło się np. określenie płonący rower. Szaflarska opowiadała, jak bomba rozwaliła dom na pół. Zobaczyła wtedy w przekroju wszystkie kondygnacje, kolejne pokoje. Dom się powoli palił, podłoga się zapadała. Powoli przesuwał się dziecięcy rowerek, który potem wyskoczył z drugiego piętra" - opowiadał.

Aktorka opowiadając o wojnie, jak podkreślił reżyser, zachowywała ironię i dystans, "bo miała w głowie obrazy umierających dookoła ludzi i jednocześnie jakąś inną wartość, która pozwalała jej wierzyć w to, że życie jest gdzie indziej niż tam, na bruku". "Wojna dla niej i dla jej pokolenia była zawsze w tle. Często śpiewała piosenki albo opowiadała, jak się dziwili, całowali, kochali" - dodał.

Aktorka zmarła w niedzielę w wieku 102 lat.