MARCIN CICHOŃSKI: W trailerze pada zdanie o amnestii z 2014 roku – o tym, że wielu więźniów zostało wypuszczonych na wolność. To był ten moment, w którym zdecydował się pan na napisanie scenariusza, a potem realizację filmu?

MACIEJ ŻAK: To stało się chwilę przed „wysypem” groźnych osobników, którzy opuścili więzienia na mocy wspomnianej amnestii. Zaczęło się od przemyśleń natury moralno-etycznej, które nurtują mnie od dawna. Szukałem konstrukcji, w której udałoby mi się zmieścić bohaterów na małej przestrzeni i zmierzyć ze sobą ich bardzo, ale to bardzo różne postawy. Chciałem pokazać ich w sytuacji, która wymagałaby od nich podejmowania ważnych decyzji związanych z dylematem zbrodni i kary. Zawsze pociągały mnie filmy, np. wojenne, w których wydarzenia wymuszały na bohaterach podejmowanie ostatecznych rozwiązań, takich dotyczących życia i śmierci. Przed laty fascynowała mnie film „Piekło na Pacyfiku”, gdzie dwóch lotników amerykański i japoński zostali zestrzeleni nad bezludną wyspą i nagle musieli ze sobą współpracować, mimo że byli totalnymi wrogami. W Konwoju szukałem takiego modelu, w którym kluczowe postacie mogłyby stanąć naprzeciwko siebie, każda z trawiącymi ją dylematami. I pojawiła się w mej głowie historia z transportem więźniów – bohaterowie będą mieli broń, będą mieli możliwość dokonania strasznej zbrodni „wyrównującej rachunki”. Potem życie zaczęło dawać kolejne impulsy – jednym z nich była amnestia z 2014 roku i problem z „bestiami”, które miały wyjść na wolność. To, co mamy z nimi zrobić. Dodatkowo – kilka lat temu przeczytałem historię dyrektora więzienia, który zabił swojego więźnia. Życie zaczęło mi pomagać, bo temat zaczął się robić gorący ze społecznego punktu widzenia. Chciałem, by ten film trafił do kin wcześniej, w tamten gorący czas, ale nie zawsze się tak udaje…

Ale z drugiej strony trafia pan na okres ogromnej radykalizacji życia: zarówno politycznego, jak i tego naszego codziennego, by spojrzeć choćby tylko na to, co się niedawno działo w Ełku. Trafił pan w moment, w którym ten film może być odbierany nawet może trochę inaczej, niż pan zakładał.

Metaforyczne interpretacje fabuły filmu już do mnie dotarły. Nie mam z nimi żadnego problemu, zdarza się, że sztuka wyprzedza rzeczywistość, a czasem zostaje krok z tyłu. Jeżeli dzięki temu film będzie mocniej oddziaływał, zmusi do zastanowienia nad aspektami moralnymi, to dobrze.

Oglądając film, miałem wrażenie, że pisał pan scenariusz pod konkretnych aktorów.

Pod Przemka Bluszcza i Roberta Więckiewicza – tak. Pod Janusza Gajosa nie pisałem, bo na poziomie powstawania scenariusza tę rolę miał zagrać Marian Dziędziel. W przypadku „Młodego” wiedziałem, że trzeba będzie kogoś szukać i bardzo się cieszę, że finalnie zagrał Tomek Ziętek. O Irku Czopie jako „Nauczycielu” też myślałem od początku – on był w moich wyobrażeniach, był nieoczywistym „zbójem”.

Jeśli pamięta się, jakie filmy są w pana dorobku, oglądanie „Konwoju” można przynieść zaskoczenie. Ale z drugiej strony, pan gatunki filmowe wykorzystuje tylko do odbicia się, do szukania czegoś więcej. I tak jak komedia romantyczna nie była w pana przypadku zwykłą komedią romantyczną, tak i „Konwój” to thriller tylko z nazwy. Wykorzystuje pan konwencję.

Zawsze staram się wykorzystać formę i gatunek filmu. Nie jest dla mnie celem samym w sobie to, by konstruować komedię albo dramat. Szukam konwencji, która będzie dobra, by przedstawić konkretną historię. Robię to świadomie. W pierwszej warstwie wizualno-estetycznej i narracyjnej ważne jest, by zachęcić widza do oglądania, by wytworzyć napięcie. I do tej historii thriller wydał mi się dobry – by przytrzymać widza czysto emocjonalnie. Ale kolejna warstwa ma zadanie ważniejsze: pokazać, co się dzieje z bohaterami trochę głębiej, że ich motywacje są dużo bardziej skomplikowane niż to w tym konkretnym gatunku bywa. I wreszcie, mamy warstwę trzecią, z mojego punktu widzenia najistotniejszą, czyli pewnego rodzaju moralitet, dylemat filozoficzno-moralny, określoną kwestię ponadczasową.

A celowo na wszystkie pytania, które pan w „Konwoju” stawia, nie chciał pan odpowiedzieć?

Tak, bo sam nie jestem w stanie na nie odpowiedzieć! Chciałem dać pewne spektrum, poprzez wachlarz postaci, poprzez ich postawy, żeby każdy trochę inaczej do nich podchodził. Chciałem bardziej zainicjować rozmowę, niż udzielać wszystkich odpowiedzi, zamykać dyskusję.

Często słyszę od artystów, że po pokazaniu dzieła światu i ludziom traci się nad nim kontrolę. Nie boi się pan, że w czasach radykalizacji opinii i poglądów postawa dyrektora Nowackiego będzie w Polsce wręcz gloryfikowana?

Przeczytałem jedną recenzję pochodzącą z – nazwijmy to – radykalnych środowisk i była bardzo negatywna (śmiech). Więc mówiąc żartem, chyba tam nie trafiłem. A odbierając opinie o filmie i bohaterach, jestem zaskoczony zarówno pozytywnie, jak i negatywnie. Kiedy patrzymy na rozważania związane ze zbrodnią i karą, jest zrozumiałe, że osoby związane bliżej z ofiarą są bardziej radykalne. Z drugiej strony sędziowie, którzy podejmują decyzję, nie mogą do tego podchodzić emocjonalnie, tylko jak najbardziej obiektywnie. I tu się pojawia miejsce na humanitaryzm, na podejście do więźnia jak do człowieka. I to jest naturalne, ja do tego tak podchodzę, to jest moje zdanie na ten temat.

Wspomniał pan o dokumentowaniu filmu, o prawdziwej historii dyrektora więzienia, który kogoś zabił. Opowieść o kobiecie, która ma przyjąć pod dach „bestię” i żali się, pyta z wyrzutem, czy nie mogliście go zabić, kiedy jeszcze obowiązywała kara śmierci, jest prawdziwa?

Tę historię wymyśliłem całkowicie na potrzeby fabuły. Niemniej jednak, realizując „Konwój”, miałem pewność, że nie uciekam daleko od prawdziwych zdarzeń. Prapremierę filmu mieliśmy w areszcie śledczym na Rakowieckiej, a ludzie, którzy tam byli – strażnicy, jak i aresztowani – reagowali na ten film jak na historię prawdziwą. Wyglądało to bardzo ciekawie – z jednej strony sali siedziało dwudziestu oskarżonych, a z drugiej dwudziestu pracowników Służby Więziennej. I po filmie rozmawialiśmy grubo ponad półtorej godziny. Powiem szczerze, że bliżej moich wyobrażeń o odbiorze filmu były reakcje osadzonych niż strażników. Nakłada się na to oczywiście pryzmat ich pracy – strażnicy nawet zaatakowali film, mówiąc, że psuje ich długoletnią pracę resocjalizacyjną, że osadzeni będą się bali odbywać karę. Na moje tłumaczenie, że „przepraszam, ale jeden z głównych bohaterów poświęca własne życie w celu uratowania osadzonego – to postawa godna bohatera, nie przestępcy”, to właśnie osadzeni mieli zdanie podobne. Wszyscy wiedzieli, że mają do czynienia z fikcją, ale żadna ze stron nie zarzuciła mi fałszu. Godna pochwały jest postawa dyrektora aresztu śledczego na Rakowieckiej: on znał scenariusz, a mimo to zgodził się na kręcenie zdjęć. Potrafił zaakceptować przedstawienie, w sposób nie do końca pochlebny, pracowników Służby. I finalnie odważył się na taki pokaz – na spotkanie i rozmowę dwóch stron. To dużo mówi o ludziach, którzy tam pracują. Kiedy wychodziłem z aresztu, paru strażników podeszło do mnie, uścisnęło mi dłoń i powiedziało: „Mocne, dobre kino, naprawdę nam się podobało”.