Fritz Bauer – prawnik, który domagał się osądzenia nazistowskich zbrodniarzy i przyczynił się do ujęcia Adolfa Eichmanna – był jednym z idoli pokolenia Maja 1968. Kiedy sam po raz pierwszy zetknąłeś się z tą postacią?

W bardzo podobnym czasie. Poszedłem na studia w roku 1969, gdy moje otoczenie wciąż żyło rewolucyjnymi ideami i uważało Bauera za swojego patrona – wściekłego buntownika, który pamiętał dawne czasy i nawoływał Niemców do rozliczenia się ze związków z nazizmem. W tamtym okresie nie wiedziałem jednak o nim niczego więcej.

Czy sam także zaangażowałeś się w studenckie protesty?

Tak, choć urodziłem się zbyt późno, by znaleźć się w centrum wydarzeń. Pół żartem, pół serio mawiam zresztą, że ze wszystkim w życiu spóźniam się o parę lat. Niemniej, gdy przybyłem na uniwersytet, wciąż panowała tam buntownicza atmosfera. Choć protesty, które wybuchły po zamachu na lewicowego działacza Rudiego Dutschke, miały miejsce rok wcześniej, można było odnieść wrażenie, że tak naprawdę wydarzyły się wczoraj. Było to dla mnie przeżycie tym większe, że wywodziłem się z dość bogatej, konserwatywnej rodziny. Nie umiałem nawet wyobrazić sobie min rodziców, którzy dowiedzieliby się, że ich syn wybiera się na lewacką demonstrację. Początkowo moja aktywność nie miała zresztą nic wspólnego z polityką. Wychodziłem na ulice po prostu dlatego, że robili tak wszyscy moi przyjaciele.

Z czasem twoje zaangażowanie stało się bardziej ideowe?

Z pewnością. Na całe szczęście – zapewne dzięki swojemu wychowaniu i wcześniejszej edukacji – nie przekroczyłem granic radykalizmu. W ten sposób uniknąłem losu wielu znajomych, którzy później związali się z Frakcją Czerwonej Armii i innymi organizacjami tego typu, a potem zgnili w więzieniu albo wręcz stracili życie.

Atmosfera na waszych uczelnianych zajęciach musiała być gorąca.

Pamiętam, że gdy wszyscy rozpływali się nad wizją komunistycznej utopii, którą należy wprowadzić wszelkimi możliwymi środkami, ja jako jedyny zadawałem pytanie: "No dobrze, a co ze śmiercią, którą możemy ponieść przy tej okazji?". Słyszałem wtedy: "Och, daj spokój. Śmierć to po prostu fakt biologiczny. Jakie to ma znaczenie wobec wizji wielkiej rewolucji?". Zrozumiałem wtedy, że nigdy się nie dogadamy, bo mam do czynienia z ćwierćinteligentami.

Tego rodzaju ekstremizm był jednak zjawiskiem marginesowym?

Nawet jeśli, to właściwie wszyscy mieliśmy w sobie arogancję, której dziś trochę się wstydzę. Pamiętam, że – w trakcie zajęć w szkole teatralnej – zmuszaliśmy wręcz profesorów reprezentujących inne opcje światopoglądowe do zapisywania na tablicy lewicowych sloganów. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to groteskowo, niczym scenka z komunistycznych Chin, ale z drugiej strony nie mogliśmy chyba być bardziej pobłażliwi. Czuliśmy przecież potrzebę, by wyrazić sprzeciw wobec gigantycznej hipokryzji, z jaką wielu ludzi po latach zatajało swoje sympatie wobec nazistowskiego reżimu. Nic dziwnego, że byliśmy zdeterminowani i bardzo, bardzo wkurzeni.

Jak ważne jest, twoim zdaniem, dziedzictwo Maja ‘68 dla współczesnych Niemiec?

Niezależnie od istnienia absurdów, o których wspomniałem przed chwilą, pokolenie Maja ‘68 na pewno było najlepszą generacją w powojennej historii naszego kraju. To przecież właśnie dzięki ówczesnemu buntowi studentów doszło ostatecznie do rozliczenia się Niemiec z niechlubną przeszłością. Mam wrażenie, że dziś w mojej ojczyźnie ludzie traktują ten stan jako oczywisty i nie wiedzą, komu go zawdzięczają. Dlatego pozytywnie zaskakuje mnie życzliwa pamięć o Maju, z którą spotykam się w wielu miejscach za granicą, także w Polsce.

Nieco zapomniana wydaje się dziś także osoba samego Bauera.

A przecież to jedna z najważniejszych postaci w powojennej historii Niemiec. Właśnie to poczucie pozwoliło mi zresztą ostatecznie pokonać wszystkie wątpliwości i zgodzić się na przyjęcie tej roli.

Z czego wynikały wspomniane obawy?

Przypomnij sobie materiały archiwalne, które otwierają nasz film. Jak ten Bauer się zachowuje! Sprawia wrażenie, jakby przez cały czas znajdował się pod wpływem jakiegoś elektrycznego wstrząsu. W pierwszej chwili pomyślałem, że kogoś takiego nie da się zagrać bez popadania w karykaturalną manierę. A przecież jednocześnie nie mogłem sportretować go jako zwyczajnego urzędnika, bo byłoby to przekłamane, a przede wszystkim nudne.

Jak w końcu wybrnąłeś z tej sytuacji?

Powiedziałem sobie, że zamiast zadręczać się próbami oddania na ekranie wszystkich niuansów zachowania Bauera, muszę po prostu zbudować własną interpretację tej postaci. Nie przeraziło mnie więc to, że właściwie jedynym materiałem z autentycznym Fritzem, jakim dysponowaliśmy – poza filmikiem, o którym wspomniałem przed chwilą – był zapis jego telewizyjnej debaty z niemiecką młodzieżą. Dyskusja ta zrobiła zresztą na nas tak duże wrażenie, że postanowiliśmy zrekonstruować ją na ekranie.

Jako aktor wierzysz raczej w siłę intuicji niż drobiazgowych przygotowań do roli?

Przygotowania są, oczywiście, ważne, lecz nie zawsze ma się do nich materiały. Teraz gram na przykład w kolejnym sezonie serialu "The Crown" Stephena Daldry’ego i wcielam się w autentyczną postać, która przetrwała wprawdzie w zdjęciach i zapiskach, ale nie ma jej na żadnych filmach, które mógłbym obejrzeć w ramach researchu. Niespecjalnie mi to jednak przeszkadza, bo zawsze uważałem, że aktor bardziej przypomina psychologa niż naukowca.

Jako domorosły psycholog miałeś w interpretacji postaci Bauera spore pole do popisu. O twoim bohaterze można powiedzieć wszystko poza tym, że przypominał stereotypowego, nudnego prawnika.

Fritz był skomplikowaną postacią. Z jednej strony kreował się na samotnika, nie wiadomo, czy po powrocie z Danii, gdzie zbiegł w latach 30. przed nazistami i utrzymywał kontakty z męskimi prostytutkami, prowadził jakiekolwiek życie seksualne. Jednocześnie jednak chętnie brał udział w uczonych dysputach, chadzał do opery i teatru. Z całą pewnością był raczej typem zainteresowanego problemami swoich czasów intelektualisty niż bezbarwnego biurokraty.

Twój bohater wydaje się także przywiązany do wielu organizujących codzienność rytuałów.

Ich rekonstruowanie sprawiało mi mnóstwo frajdy. Musiałem pamiętać, że Bauer nigdy nie rozstawał się z papierosami, a w kieszeni płaszcza niemal zawsze trzymał gazetę. Nie przywiązywał też specjalnej wagi do stroju i bardzo często nosił przykrótkie spodnie albo marynarki.

Pomimo tych drobnych słabości Bauer wzbudza szacunek jako osoba skłonna do ryzykowania i podejmowania niepopularnych decyzji. Czy można powiedzieć, że pod tym względem jest dla ciebie wzorem do naśladowania?

Bauer był bohaterem, a ja nigdy nie aspirowałem do takiego miana i nie miałem właściwej jemu odwagi. Podobnie jak Fritz, staram się jednak pamiętać, że od czasu do czasu trzeba powiedzieć "nie". Jeśli zbyt często mówisz "tak", nie będzie rady i prędko umrzesz, tak jak mój kuzyn, który troszczył się o wszystkich innych poza samym sobą i zmarł młodo na raka płuc. Pod względem swojej bezkompromisowości Bauer przypomina zresztą innego z moich bohaterów – biznesmena Hardenberga z "Edukatorów", czyli faceta, który potrafił wydostać się z ciężkich tarapatów i nie tylko nie przeląkł się swoich porywaczy, ale zdołał wpłynąć na zmianę ich sposobu myślenia.

Co jeszcze zafascynowało cię w postaci Bauera?

Jego świetne poczucie humoru. Uwielbiam scenę, w której na pytanie: "Czy lubi pan polować?", odpowiada: "Tak, ale nie na zwierzęta". W takich momentach nasz film – nawet jeśli opowiada o poważnych sprawach – może sprawiać odbiorcom prawdziwą frajdę.

Jako wytrwale tropiący nazistów homoseksualista żydowskiego pochodzenia, Bauer z powodzeniem mógłby znaleźć się w szeregach Tarantinowskich "Bękartów wojny".

Coś w tym jest. Wieść o determinacji Bauera w doprowadzeniu do schwytania Eichmanna spędzała sens z powiek naprawdę wielu osobom w Niemczech. Eichmann wiedział przecież bardzo dużo o byłych nazistach pełniących ważne funkcje w administracji RFN, takich jak Hans Globke, który z wysoko postawionego urzędnika III Rzeszy przeistoczył się w ważnego współpracownika kanclerza Adenauera. Doszło do tego, że gdy doprowadzono do procesu Eichmanna w Jerozolimie, członkowie rządu RFN rozważali wręcz opłacenie mu adwokata! Ktoś jednak zwrócił uwagę na głupotę tego pomysłu i ostatecznie z niego zrezygnowano.

Z dzisiejszej perspektywy wydaje się niepojęte, że takie rzeczy działy się w otoczeniu Adenauera, który przeszedł do historii jako wielki demokrata i prekursor integracji europejskiej.

Adenauer pochodził z katolickiej rodziny i nie miał nic wspólnego z nazistami, ale wyszedł z założenia, że musi zgodzić się na pewne kompromisy. Po wojnie należało odbudować kraj, a jeśli przed 1939 r. do NSDAP należała niemal połowa ludności Niemiec, w tym wielu intelektualistów i fachowców, nie było szans, by zupełnie się od nich odciąć. Takie były wówczas realia i musiało minąć dwadzieścia parę lat, żeby mogło pojawić się nowe pokolenie, które zażądało zmiany sytuacji.

Fritz Bauer kontra państwo | Niemcy 2015 | reżyseria: Lars Kraume | dystrybucja: Aurora Films | czas: 105 min | w kinach od 20 stycznia