Miał pan za PRL-u kontakty z milicją obywatelską? Jak pan wspomina „autorytet” tamtej władzy?

Specjalnych kontaktów nie miałem, może poza jednym przypadkiem wyjścia na wagary, kiedy pod pomnikiem Dzierżyńskiego, na placu jego imienia – jeszcze nie Bankowym – niektórych z nas trochę poniosło. Milicja ganiała nas z pałką, ale ja wtedy nie oberwałem. Ale pamiętam swój pierwszy wyjazd do Londynu. Szliśmy gdzieś z moim kolegą Anglikiem i zwyczajnie się zgubiliśmy. I pamiętam, że kiedy on powiedział: „chodź, zapytamy policjanta”, zacząłem go ciągnąć za rękę w drugą stronę, mówiąc: „No co ty… Jak to? Może lepiej nie”. Ten strach przed zapytaniem policjanta o drogę udowodnił mi, że dla mnie i mojego pokolenia milicjant nie był po to, by pomagać społeczeństwu.

Ponoć o mały włos nie został pan bohaterem narodowym – miał się pan w proteście przeciw komunie wysadzić, przy użyciu granatu, pod budynkiem sejmu…

To było efektem rozmowy, jaką odbyłem podczas spaceru dzieciaków wracających ze szkoły z workami z napisem IIIC. Pamiętam, że wynikło z niej nasze absolutne przekonanie, że ten cały system i Związek Radziecki nigdy nie upadną. Nawet sobie w związku z tym wymarzyłem, że ucieknę za granicę – oglądałem „300 mil do nieba” i planowałem wyjazd, nawet zakup kajaka, by przebić się do Szwecji... Nie byliśmy zadowoleni z systemu, który zastaliśmy. A że podczas tego spaceru pochwaliłem się kolegom, że znalazłem w lesie granat, doszliśmy do wniosku, że trzeba go użyć w obronie narodu, wysadzając się przed Sejmem. Ciągnęliśmy zapałki, ja wylosowałem tę ze złamanym łepkiem. Potem sprawdziłem u mojego wujka, który był wojskowym, czy ten granat może wybuchnąć. Okazało się, że nie ma prochu. W ten sposób nasz oddział został rozbrojony, a moja samobójcza śmierć nie doszła do skutku.

Pytam o dawne czasy, bo w sposób niezwykły wcielił się pan w rolę milicjanta w filmie „Jestem mordercą”. Przygotowywał się pan jakoś szczególnie?

Nie trzeba było, bo w nas wciąż siedzi PRL. Cały czas go pamiętamy, więc to nie było trudne z punktu widzenia obserwacji aktorskiej. W wejściu w rolę bardzo pomogło nam skupienie na epoce. Wszystko w filmie jest wiarygodne. Na wysokości zadania stanęli scenografowie oglądając „Jestem mordercą”, ma się wrażenie, że przenosimy się do tamtych czasów. Ja starałem się pokazać lawiranta, który świadomie pozbywa się wyrzutów sumienia - dla niego cel uświęca środki, a środkiem jest nawet fałszowanie śledztwa. Robi to w imię sukcesu, kolejnego orderu i umizgu wobec przełożonego. Taki typ człowieka był wtedy bardzo powszechny - inteligentny, który ze świadomością dokonywanego wyboru staje się konformistą.

A według pana daleko odeszliśmy od tamtych czasów?

Ciężko mi odpowiedzieć z punktu widzenia aktora. Ten film miał długi rozbieg – od pomysłu, poprzez scenariusz do realizacji minęło kilka lat. A tu ważny jest moment, chwila dziejowa, w której jest premiera filmu, to zmienia kontekst. Okazuje się, że film bardzo mocno, poprzez odbiór, dotyka właśnie takich małych kompromisów, takich umizgów wobec władzy, czy też strachu przed siłą tej władzy. I tego, jak takie małe kłamstewka, małe szwindelki wobec własnego sumienia sprawiają, że niepostrzeżenie kręgosłup moralny powoli pęka, by w końcu się złamać. Tak jest z głównym bohaterem filmu „Jestem mordercą”, przez co ten tytuł jest tak cudownie dwuznaczny.

Podobnie może być z odbiorem innego tytułu, nad którym niedawno pracowaliśmy, czyli „Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej”, którego premiera zaplanowana jest na przyszły rok. Kiedy ten film powstawał, chcieliśmy po prostu przypomnieć historię z życia Michaliny Wisłockiej, poruszyć tematy związane z trudnościami, jakie miała podczas wydawania książki. Ale teraz widzowie, którzy przyjdą do kina, będą patrzeć przez pryzmat czarnego protestu. To, co ona 40 lat temu mówiła o wolności kobiet, o świadomości, o rozporządzeniu samym sobą, własnym ciałem, nagle znów robi się potwornie aktualne.

Czas zawirował…

Nagle się okazuje, że robiąc kino w pewnym sensie historyczne, dotykamy współczesności, przestrzegamy przed tym, co może się zdarzyć. Jest jednak takie powiedzenie, że narody, które grzebią w swojej historii, zazwyczaj najmniej się z niej uczą…

Ale dla artystów im trudniejsze czasy, tym jest ciekawiej i tym ważniejszy jest ich głos. I tym lepsze kino. To pokazuje festiwal w Gdyni. Przedziwnym zbiegiem okoliczności w ubiegłym roku mieliśmy wysyp naprawdę dobrych polskich filmów.

Przyjmując milicyjnej gnidy, oglądał się pan na to, jak był postrzegany jako aktor w przeszłości? Tego, jaki jest lub był pana wizerunek?

W moim kontekście często mówi się o odcinaniu się od wizerunku. Tymczasem ten zawód polega na tym, by zapaść w pamięć widza dobrą rolą. My tego chcemy, ale zaraz potem marzymy, by zapamiętano kolejną, oby zupełnie inną naszą rolę. Im większy jest ten wachlarz ról, tym lepiej dla aktora.

Cieszę się, że milicjant Stępski to właśnie trochę inny typ mocnego faceta, czarny czy może raczej bardziej śliski charakter. Z drugiej strony jednak niepozbawiony poczucia humoru, trochę nawet dający się lubić. Myślę, że gdybyśmy takiego człowieka w swym życiu spotkali, to z jednej strony bylibyśmy ostrożni, ale też można byłoby się z nim napić wódki i po rosyjsku pośpiewać…

Ale to nie jest tak, że ja za każdym razem myślę, jaką rolę przyjąć, by się odciąć od poprzedniej. Poza tym to bardzo indywidualna sprawa - jestem przekonany, że każdy z widzów ma w głowie zupełnie inny wizerunek danego aktora, bo przecież do każdego docieramy z innym pakietem swoich ról. Mam świadomość, że ktoś, kto zobaczył tylko papieża, być może będzie zaskoczony, że teraz zagrałem wąsatego naczelnika Milicji Obywatelskiej, ale ktoś, kto zobaczył Rainera (Obersturmbannführer Lars Rainer to bohater serialu „Czas Honoru” – przypisek redakcji), nie będzie już tak daleko od majora Stępskiego. Ale też był przecież kompletnie inny „Żabcia” z „Przepisu na życie”.

Niedawno rozmawiałem z Aleksandrą Konieczną, która była zdziwiona, że choć zagrała u wielu wybitnych reżyserów teatralnych, wszyscy zwrócili na nią uwagę wtedy, kiedy została Zofią Beksińską. Takie zapominanie o świecie teatralnym pana boli?

Nie ma się co nad tym użalać. To naturalna rynkowa reguła, że są role mainstreamowe, komercyjne, albo takie, które docierają do większej liczby ludzi, bo mają dobry PR. Zdaję sobie sprawę, że dla wielu ludzi jestem aktorem jednej roli, mimo że mam ich na koncie ponad sto. Oczywiście czasem mnie ktoś zaskoczy, mówiąc o roli teatralnej. Ale spokojnie przyjmuję to, że na przykład dla wielu dzieci, a nawet może bardziej ich rodziców, będę tylko Zygzakiem McQueenem z „Aut” (śmiech).

A propos ścigania. Triathlon, o którym sporo pan mówił, to cały czas aktualna historia?

Obecnie sobie potrenowuję. Wiem już, że muszę ostrożnie brać udział w startach, poskramiać swoją ambicję. I w związku z tym nie startuję, dopóki nie będę w formie na tyle, by móc zaszaleć. 

Prawdą jest, że wśród aktorów to Bartek Topa zawsze wygrywał?

Było nas trzech aktorów – Bartek Topa, Tomek Karolak i ja. Razem z Łukaszem Grassem zaczynaliśmy promować ten sport pięć lat temu, kiedy był on domeną zapaleńców. Od tamtego czasu triathlon stał się bardzo popularnym sportem. Masowym, ale jednocześnie dla ludzi z żelaza. Bartek Topa zawsze wygrywał wśród aktorów, ja byłem drugi, natomiast Karolak zawsze znajdywał jakieś dowcipne wyjście z sytuacji: albo biegł w kapeluszu, albo zatrzymywał się i po prostu pił wódkę z kibicami…

Po co się to robi w pana przypadku – tzn. zostaje ambasadorem triatlonu?

Przyjąłem propozycje, kiedy o triathlonie sam jeszcze niewiele widziałem. Skusiła mnie wizja zrobienia czegoś niemożliwego. Bo wtedy przepłynięcie dwóch kilometrów, przejechanie 90 kilometrów na rowerze i przebiegnięcie półmaratonu było dla mnie nieosiągalną mrzonką. Ale sztab fachowców mówił mi, że to jest możliwe. Oddałem się w ich ręce i udało się. Teraz to nabrało rozpędu… Dostałem nawet wysoką zniżkę w sklepie triathlonowym, bo sprzedawca powiedział: „Panie Piotrze, dzięki waszej akcji to ja teraz sprzedaję dziesięciokrotnie więcej” (śmiech).

Chociaż, powiem szczerze troszkę ostatnio odpuściłem, bo staram się dzielić swój czas na wiele różnych aktywności. Ale chyba zmotywował mnie pan tym pytaniem, by znów założyć buty.

Wracając do filmów. Jakim obrazem będzie "Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej"?

Życie prywatne Michaliny Wisłockiej okazało się genialnym materiałem na film. Ale ja będę się krygował, żeby nie spolerować (śmiech). Ten film wyreżyserowała kobieta, Marysia Sadowska – myślę, że to dobry pomysł producenta Piotrka Staraka, by stworzyć kobiece kino. Grałem obok Magdy Boczarskiej i to jest jej wielka rola. Ona postać Michaliny Wisłockiej prowadzi w filmie przez kilkadziesiąt lat. Wiem z doświadczenia, jak ciężko jest zagrać o wiele od siebie starszą osobę, i to jeszcze tak kolorową kobietę, która ma tak wyjątkowy charakter.

Praca przy tym filmie to dla mnie przekroczeniem granic, których do tej pory nie przekraczałem. Była np. trudna scena, podczas której byłem nago w wodzie i musiałem mówić po niemiecku. Sam nie wiem, co było dla mnie gorsze...

No to już będzie kompletne oderwanie od papieża… Przy okazji – niedawno znów chcąc nie chcąc został pan bohaterem prasy kolorowej i portali plotkarskich…

Mogę to nawet uściślić: nie chcąc.

Na Zachodzie bywa tak, że nagłe wydarzenie obyczajowe czy skandal potrafi wywrócić karierę. Po tym, co się ostatnio wydarzyło w pana życiu, poniósł pan jakieś konsekwencje zawodowe? I jak to jest – czy ktoś z branży z panem rozmawia o tym, co się dzieje prywatnie, o czym rozpisuje się prasa?

Być może ostatnie wydarzenia miały jakiś wpływ na moją pracę. Tylko że ja nie jestem świadom tego, jak wyglądają zakulisowe rozmowy obsadowe. Było kilka ról, które miałem zagrać i nagle ich nie gram. I to dzieje się nawet bez telefonu od reżysera, z którym się na to umawiałem. Zaglądam w papiery i widzę inną obsadę. Zdaję sobie sprawę, że koledzy ze środowiska - mimo że udają, że pewnych rzeczy nie czytają – wszystko wiedzą. Niektórzy dzwonią i mówią: „Jezu, czytałeś to? Nie? To nie czytaj.” A ja już wiem, że muszę przeczytać. Takie są mechanizmy rynkowe, marketingowe, PR-owe, o których niestety nie mam pojęcia. Trzymam się takiej prostej prawdy, że jako aktor muszę przede wszystkim starać się jak najlepiej grać. Z drugiej strony każdy z nas, z tego środowiska, jest poddany wglądowi w prywatne życie. Wielu facetów miało w życiu aferę, ale w naszym przypadku afery są ogólnopolskie.

Niejednokrotnie wykazywał się pan bardzo dużą autoironią. Sam pan opowiadał dowcip o sobie – ten o tym, że wchodzi Adamczyk do kwiaciarni i prosi o worki ziemi. Tej ziemi. Może z takim poczuciem humoru trzeba zacząć wymyślać historie zastępcze, by ludzie odczepili się od prawdziwego życia.

Staram się być konsekwentny. Pamiętam moment, w którym złamałem zasadę, że nie wpuszczam prasy do swego życia prywatnego…

Mówił pan w „Gali”, że żałował, że wpuścił prasę do domu w trakcie swojego małżeństwa.

Tak, ale już teraz nie chciałbym na ten temat mówić. Sugerował pan, że powinienem coś udawać..

Tak na przykład robił David Bowie. Tak też robią rządzący wszystkich ekip – gdy dzieje się coś złego, natychmiast wypuszczają temat zastępczy.

Mechanizmy tego typu mnie przerażają. Poza tym takie kłamstwa często stają się faktem medialnym. W tym można się potem zagmatwać. Dla mnie najlepszą receptą na czarne wiadomości jest milczenie i brak komentarza. Zamiast tego poświęcam się swojej pracy.

Miewa pan jeszcze tremę?

Powiem panu szczerze, że za każdym razem, kiedy dostaję nową rolę, mam wrażenie, że nic nie umiem. I wtedy czuję się niczym debiutant, mam tremę.

Niech pan wybaczy - nie kryguje się pan teraz na potrzeby rozmowy?

Nie. Przez wiele lat nie mogłem się temu, co się ze mną dzieje, nadziwić. Ale rozmawiając lub podglądając naprawdę wielkich aktorów, ludzi takiej rangi jak Bronisław Pawlik czy Janusz Gajos, odkryłem, że to nie przechodzi z wiekiem i doświadczeniem. To nie jest krygowanie, to nasza natura, pełna wątpliwości, które się budzą, kiedy kogoś mam zagrać. Przygotowując się do jakiejś roli, często się waham.

Przy filmie „Jestem mordercą” też się pan wahał?

Tu w ogóle nie wahałem się, czy rolę przyjąć. Wyciągałem Maćka Pieprzycę (reżysera – przypisek redakcji) na rozmowy. Namawiałem go, byśmy tę rolę troszkę zmienili. Maciek mówił niegdyś, że scenariusz pisze się trzy razy: w momencie, kiedy się go pisze, potem kiedy się go realizuje na planie filmowym, i za trzecim razem w montażowni.
I dzięki rozmowom mój bohater troszkę się rozwinął, przestał być tylko służbistą milicjantem.

Maciej kilka lat temu zrobił film dokumentalny o tym samym tytule. Podczas tej pracy miał sposobność spotkania się z ludźmi, którzy pamiętali wydarzenia, którzy byli zaangażowani w śledztwo. Podczas tego procesu skazano Marchwickiego, ale także jego brata i siostrę. To był proces zemsta, pokazówka, a w naszym filmie jest to uproszczone do jednej postaci. Prawem reżysera było swobodne malowanie tamtego czasu, podporządkowane snuciu opowieści. Zdarza się, że ludzie pamiętający „tamte” czasy mówią, że coś nie do końca w filmie wygląda tak, jak w rzeczywistości. Ale po to film jest fabularny, a nie dokumentalny.

Podobna dyskusja była ostatnio przy filmie „Ostatnia rodzina”.

Mam tego typu doświadczenie za każdym razem, kiedy spotykam się z konsultantami historycznymi – przychodzą z konkretnymi wymaganiami wobec filmu i są niezwykle rozczarowani, że ktoś opowiedział historię troszkę inaczej. Ale patrzę też z innej perspektywy - często spotykam kogoś, kto mówi: „to historia mojego dziadka albo ojca, albo moja własna”.
Maciej Pieprzyca powiedział, że to film o manipulacji władzy, o kręgosłupie moralnym i łatwości przejścia na stronę zła.

Widzi pan też, jak ta historia zaczyna być odbierana w innym, nieco bardziej współczesnym kontekście?

Bardziej to widać w teatrze - w przeciwieństwie do zachodnich aktorów gramy daną sztukę bardzo długo. Takie kontrakty, że gra się tylko trzy miesiące, są rzadkie. „Martwe dusze” Gogola graliśmy trzysta razy chyba przez 6-7 lat. I widzieliśmy, w jaki sposób reakcje widowni zmieniały się z biegiem czasu. Ostatnio grając „Dzienniki” Gombrowicza, dostałem oklaski, mówiąc zdanie: „…im bardziej Polak będzie sobą, tym bardziej będzie Polakiem. Jeśli Polska nie pozwala mu na swobodne myślenie i czucie, to znaczy, że Polska nie pozwala mu być w pełni sobą, czyli – w pełni Polakiem”.