Trudno na pierwszy rzut oka wyobrazić sobie dwóch bardziej odmiennych bohaterów niż ekstatyczny Iggy Pop sportretowany w "Gimme Danger" i skromny poeta z "Patersona". W pojemnym uniwersum Jima Jarmuscha obaj mężczyźni mogą jednak być traktowani na równych prawach. Wszystko dlatego, że przy wejściu okazali ten sam bilet wstępu – niekwestionowane poczucie niezależności. Swoboda w wyrażaniu siebie wydaje się zresztą cechą łączącą niemal wszystkich bohaterów wykreowanych przez twórcę "Nieustających wakacji".

Zuchwałe początki

Sam Jarmusch pielęgnuje tę wartość już od wczesnego dzieciństwa, spędzonego w miasteczku Akron w stanie Ohio. Z opowieści reżysera wynika, że jego głównym młodzieńczym zajęciem było poszukiwanie sposobów na przełamanie prowincjonalnej nudy. Pomocne okazywało się w tym zakresie korzystanie z uzyskanych za pomocą kolegów fałszywych dokumentów. Dzięki nim nieletni Jim nie tylko raczył się piwem w lokalnym barze, lecz także uczęszczał do kina na seanse przeznaczone wyłącznie dla dorosłych. Choć Jarmusch obejrzał wówczas kilka inspirujących dzieł amerykańskiego undergroundu, nie sposób powiedzieć, że z filmem połączyła go miłość od pierwszego wejrzenia. Ambitny nastolatek marzył wówczas raczej o karierze pisarskiej i z tą myślą przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie podjął studia na wydziale literatury angielskiej. Wszystko zmieniło się jednak, gdy przyszły reżyser w ramach międzyuczelnianej wymiany trafił na kilka miesięcy do Paryża. Zamiast podziwiać tamtejsze zabytki, młody Amerykanin właściwie nie opuszczał gmachu filmoteki. Pochłaniane masowo filmy zaciekawiły Jarmuscha jako widza, ale przede wszystkim rozbudziły jego zainteresowanie rzemiosłem reżyserskim. W ten sposób przyszły twórca "Inaczej niż w raju" niemal krok po kroku powtórzył kinofilską ścieżkę, którą dwie dekady przed nim przebyli Godard, Truffaut i inni autorzy Nowej Fali.

Po powrocie do Nowego Jorku Jarmusch, z pasją neofity, zabrał się za naukę nowego zawodu. Bardzo ważne dla jego przyszłej kariery okazało się spotkanie z Nicholasem Rayem. Wedle słynnej anegdoty twórca "Buntownika bez powodu" skrytykował pierwszy scenariusz swojego ucznia za zbyt mało wartką akcję. W odpowiedzi młody twórca z premedytacją opracował taką wersję tekstu, w której tempo wydarzeń było jeszcze bardziej ślamazarne. Zamiast wściec się do reszty, Ray docenił ten akt bezkompromisowości, dostrzegł w swoim uczniu potencjał na intrygującego artystę i zaproponował mu współpracę. Tym sposobem Jarmusch uzyskał funkcję asystenta swojego mistrza przy realizacji jego artystycznego testamentu – "Filmu Nicka".

Po uzyskaniu takich doświadczeń młody twórca poczuł się gotowy do zrealizowania samodzielnego debiutu. "Nieustające wakacje" ogląda się dziś jak rozbudowaną wersję psikusa, który reżyser spłatał wcześniej profesorowi. Historia kilku dni z życia młodego Nowojorczyka bezceremonialnie odrzuca zasady klasycznej dramaturgii i bazuje przede wszystkim na impresyjnym, poetyckim nastroju. Choć "Nieustające..." drażnią dziś swą narcystyczną ostentacją, nie sposób zaprzeczyć, że stanowią również zwiastun narodzin oryginalnego stylu. Pierwsze prawdziwe spełnienie w karierze Jarmuscha stanowi jednak zrealizowane dzięki finansowej pomocy Wima Wendersa "Inaczej niż w raju". W nowym filmie, tak jak w "Nieustających...", reżyser skonfrontował amerykańskie ideały z niezbyt wzniosłą prozą życia. Przy okazji wzbogacił także swoje kino o całkiem nowe elementy. Należało do nich ekscentryczne poczucie humoru, przyjęcie perspektywy zagubionego w USA obcokrajowca – outsidera czy sięgnięcie po epizodyczną, literacką z ducha konstrukcję fabuły. Sukces "Inaczej niż w raju" – nagrodzonego Złotą Kamerą w Cannes – utwierdził Jarmuscha w słuszności artystycznych poszukiwań i nakreślił ramy jego twórczości na kilka najbliższych lat.

Wierność podstawowym założeniom stylu nie oznacza bynajmniej, że młody twórca przestał się rozwijać. W "Poza prawem" udowodnił, że świetnie czuje się w świecie komedii, a jednocześnie odkrył dla amerykańskiej publiczności aktorski talent Roberto Benigniego. Za sprawą "Mystery Train" po raz kolejny dał upust swej ujmującej nonszalancji – choć napisał scenariusz rozprawiający się ze stereotypami na temat Memphis, przyznał, że nigdy nawet nie odwiedził tego miasta. "Noc na Ziemi" okazała się z kolei interesującym sprawdzianem Jarmuschowskiej odporności na pokusy świata komercji. Pomimo że reżyser realizował film aż w pięciu różnych miastach i dysponował na planie plejadą gwiazd, w żaden sposób nie zmienił swojego myślenia o kinie. Zamiast próbować umizgów do masowej publiczności, autor "Inaczej niż w raju" nakręcił absurdalną komedię z kultową sceną, w której Roberto Benigni doprowadza spowiadającego go księdza do zawału serca.

Eksperymenty z metafizyką

Na prawdziwy przełom w karierze Amerykanina trzeba było poczekać do 1995 r. i premiery "Truposza". Dzięki temu filmowi do przyziemnego, opartego na ironii świata reżysera niespodziewanie wkradł się pierwiastek metafizyczny. Erudycyjna, przepełniona odniesieniami do poematów Williama Blake’a opowieść równie często spotkała się z oskarżeniami o pretensjonalność, co prowokowała zachwyt nad swą głębią. Niemal jednogłośnie chwalono za to wysmakowaną formę filmu i minimalistyczną ścieżkę dźwiękową autorstwa Neila Younga. W filmie Jarmuscha powszechnie doceniano także odświeżające podejście reżysera do estetyki westernu i uczciwe, odkłamujące stereotypy spojrzenie na rdzennych mieszkańców Ameryki. Kontynuację duchowych poszukiwań reżysera stanowił "Ghost Dog – Droga samuraja". Opowieść o czarnoskórym zabójcy na zlecenie, który żyje zgodnie z kodeksem samurajskim, stanowiła pod wieloma względami najbardziej ryzykowny projekt w dotychczasowej karierze Jarmuscha. Charakterystyczna dla twórcy "Poza prawem" zdolność do łączenia przeciwieństw sprawiła jednak, że większość widzów zaakceptowała pozorne niedorzeczności fabuły bez mrugnięcia okiem.

Mimo osiągnięcia bezapelacyjnego sukcesu twórca "Mystery Train" długo nie mógł rozpocząć pracy nad swym następnym filmem. Jeden z ważnych powodów blokady twórczej stanowiła dla niego, dumnego Nowojorczyka, trauma związana z zamachami z 11 września 2001 r. Aby wyjść z impasu, reżyser postanowił wrócić do zrealizowanych przed laty trzech krótkich filmów z cyklu "Kawa i papierosy" i dokręcić kolejne części, które złożyłyby się razem na pełny metraż. Choć pomysł sprawiał wrażenie desperackiego, okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę. Minimalistyczne, czarno-białe scenki przedstawiające bohaterów zachwalających zalety tytułowych używek imponowały kreatywnością i poczuciem humoru. Dały także twórcy "Nocy na Ziemi" sposobność do spotkania zarówno ze starymi znajomymi, jak i z nowymi współpracownikami. Do spotkania przedstawicieli obu tych grup doszło choćby w noweli "Delirium" przedstawiającej zaprzyjaźnionych z reżyserem raperów z Wu-Tang Clan, wpadających w kawiarni na grającego samego siebie Billa Murraya. Autoironiczny występ gwiazdora stanowił ozdobę filmu i rozpoczął etap jego wieloletniej współpracy z Jarmuschem. Już wkrótce obaj panowie spotkali się na planie "Broken Flowers", w którym Murray wcielił się w podstarzałego playboya zgłaszającego wreszcie gotowość, by poszukać życiowej stabilności. Film – tak jak "Kawa i papierosy" – utrzymany w estetyce komediowej był jednocześnie znacznie bardziej przyjazny szerokiej publiczności. Emanująca z "Broken Flowers" lekkość nie przysłoniła przy tym walorów artystycznych produkcji i zapewniła Jarmuschowi prestiżowe Grand Prix na festiwalu w Cannes.

Amerykański twórca nie byłby sobą, gdyby w momencie triumfu nie pokusił się o spektakularną woltę. Właśnie w takich kategoriach można odczytywać decyzję, by tuż po frywolnym "Broken Flowers" zrealizować film tak hermetyczny i pełen patosu jak "The Limits of Control". Po raz pierwszy w karierze, niemal bezbłędny do tej pory instynkt, wyraźnie zawiódł jednak reżysera. Ze świata Jarmuscha niepostrzeżenie ulotnił się cały wdzięk i poczucie humoru, a błyskotliwe zwykle dialogi zostały zastąpione przez nudnawe, pseudofilozoficzne wynurzenia. Na domiar złego, w wielu scenach ta historia dziwacznej odysei czarnoskórego zabójcy przypomina po prostu nieświadomą parodię "Ghost Doga". Amerykański twórca, wychłostany przez sprzyjających mu zwykle krytyków, musiał zdawać sobie sprawę z rozmiarów poniesionej klęski. Próba rehabilitacji podjęta przy okazji "Tylko kochankowie przeżyją" udała się jednak połowicznie. Wampiryczna love story potrafiła urzec swoją zmysłowością, ale jednocześnie – zupełnie jak "The Limits of Control" – emanowała egzaltowaną goryczą i poczuciem zniechęcenia wobec świata.

Dojrzałe triumfy

Nawet jeśli wielu zagorzałych wielbicieli reżysera gotowych było obwieścić kryzys twórczości swojego idola, Jarmusch udowodnił na szczęście, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Kilka miesięcy temu Amerykanin zaskoczył wszystkich, gdy ogłosił, że na tegorocznym festiwalu w Cannes zaprezentuje aż dwa filmy. Przed rozpoczęciem imprezy więcej wiadomo było o realizowanym od wielu lat dokumencie na temat grupy The Stooges. "Gimme Danger" okazało się pozbawionym formalnych fajerwerków hołdem dla jednego z najniezwyklejszych zespołów w historii rocka. Jednocześnie sprawiło także wrażenie głęboko osobistego manifestu samego reżysera. Gdy ogląda się scenę, w której Iggy Pop stwierdza: "Przez całą karierę nie chciałem być punkiem, buntownikiem ani outsiderem. Chciałem być po prostu sobą", łatwo wyobrazić sobie, że analogiczne słowa wypowiada także Jarmusch.

"Gimme Danger", mimo swej niewątpliwej klasy, okazało się tylko przystawką przed daniem głównym w postaci "Patersona". Najnowsza fabuła amerykańskiego mistrza sprawdza się jako przewrotna ilustracja jego bon motu sprzed lat: "Prędzej nakręciłbym film o zwykłym facecie wyprowadzającym psa na spacer niż o chińskim cesarzu". Tytułowy Paterson to właśnie taki "zwykły facet", do którego codziennych rytuałów należy opieka nad wyjątkowo nieznośnym czworonogiem. Życie mężczyzny – choć na pozór nieefektowne i konwencjonalne – ani przez moment nie ugina się pod ciężarem monotonii. Przed nudą ratuje bohatera miłość do żony oraz nietypowe hobby – poezja nakazująca mu z uwagą przyglądać się otaczającej rzeczywistości. Ta nieskomplikowana wizja wystarczy, by wzbudzić autentyczny zachwyt odbiorcy. W dyskretnym "Patersonie" udało się bowiem zawrzeć esencję Jarmuschowskiego kina, które w swych największych momentach bywa jednocześnie swojskie i jedyne w swoim rodzaju.