PIOTR CZERKAWSKI: Podobno wcale nie planowałeś zadebiutować filmem o agresji wśród dzieci, a "Plac zabaw" zrealizowałeś pod wpływem impulsu. Na czym polegała jego natura?

BARTOSZ M. KOWALSKI: Przez długi czas myślałem, że jestem oswojony z istnieniem zła na świecie i nic nie będzie w stanie mnie pod tym względem zaskoczyć. Gdy jednak trafiłem przypadkiem na wzmiankę o okrutnym akcie przemocy, którego w latach 90. dopuścili się dwaj chłopcy gdzieś w Anglii, coś we mnie pękło. Zacząłem zagłębiać się w tę sprawę coraz bardziej, aż uświadomiłem sobie, że nie istnieje absolutnie żadne emocjonalne wytłumaczenie dla ich czynu. Wtedy mój początkowy szok ustąpił miejsca przerażeniu. Zacząłem zadawać sobie pytanie, czy to możliwe, że istnieje pierwotne, niewytłumaczalne zło, które jest składnikiem ludzkiej natury? Kwestia ta wydała mi się warta uwagi na tyle, że postanowiłem poświęcić jej film.

Podczas seansu czuć, że twój stosunek do ekranowych wydarzeń jest bardzo osobisty.

Choć film oparty jest na historii odległej od nas w czasie i w przestrzeni, wiele szczegółów rzeczywiście zaczerpnąłem z własnego otoczenia. Weźmy na przykład scenę, w której jeden z bohaterów bije swojego niepełnosprawnego ojca. Coś podobnego przydarzyło się w dzieciństwie mojemu kumplowi – fajnemu, spokojnemu chłopakowi, który opiekował się tatą, a pewnego dnia po prostu pochwalił mi się, że kilka godzin wcześniej przypieprzył mu w twarz. Jak możesz się spodziewać, nie był w stanie uzasadnić, dlaczego to zrobił.

Czym jeszcze – poza własnymi wspomnieniami i wyobraźnią – posiłkowałeś się podczas przygotowań do pracy nad filmem?

Odbyłem wiele spotkań z psychologami i biegłymi sądowymi. Zrozumiałem wtedy, że – choć o niektórych aktach przemocy dowiadujemy się z mediów – większość z nich nie jest w ogóle nagłaśniana. Kto wie, może do bestialskiej agresji dochodzi nawet u twoich sąsiadów, po których nigdy w życiu byś się tego nie spodziewał? Jedna z moich rozmówczyń opowiadała mi, że kilka dni przed naszym spotkaniem zajmowała się sprawą dziewczynki, która próbowała zamordować swoją malutką siostrę, wciskając jej do gardła szczoteczkę do zębów. Mógłbyś pomyśleć, że działo się to w domu patologicznym, ale nic z tych rzeczy, chodziło o normalną, nieźle sytuowaną rodzinę. Kiedy wysłuchałem paru takich historii, miałem w sobie tak wiele emocji, że nie pozostało mi nic innego, niż wyrzucić je z siebie i przelać na papier.

W "Placu zabaw" udaje ci się uchwycić dość przerażającą ambiwalencję dzieciństwa. Twoi bohaterowie są w stanie zrobić coś okrutnego, a chwilę później zachowywać się zupełnie niewinnie, niemal słodko.

Każdy z nas od czasu do czasu robił w dzieciństwie coś głupiego. Jako małemu chłopcu zdarzyło mi się na przykład, wraz z kolegami, obserwować przez szkło powiększające, a potem zabić kilka mrówek. Absolutnie nie czuliśmy wtedy, że robimy coś niewłaściwego, po wszystkim poszliśmy do cukierni na pączki. Dlaczego my zatrzymaliśmy się na mrówkach, a inni postępują tak samo wobec rówieśników albo młodszego rodzeństwa? Często się nad tym zastanawiam, ale wciąż nie mam bladego pojęcia.

Zwykle niewiedza wprawia nas w dyskomfort i ratujemy się upraszczaniem rzeczywistości, byleby tylko jakoś ją zracjonalizować.

Do czegoś bardzo podobnego doszło przy okazji sprawy, która była inspiracją filmu. Gdy armia psychologów nie potrafiła wyjaśnić jej przyczyn, ktoś odkrył w końcu, że jeden z chłopców, na kilka dni przed całym wydarzeniem, obejrzał "Laleczkę Chucky III". Oczywiście, eksperci desperacko uchwycili się tego tropu, a w Anglii rozgorzała wielka debata na temat szkodliwości brutalnych filmów i gier. Wszystko fajnie, ale to cholerne pójście na łatwiznę. Sam jestem fanem horrorów, jako 12-latek dostałem nawet w prezencie od ojca model laleczki Chucky, a przecież nikogo ani niczego – poza paroma mrówkami – nie skrzywdziłem.

Może po prostu łatwiej zrzucić winę na laleczkę Chucky niż na rodzinę lub szkołę?

Coś w tym jest. W "Placu zabaw" chciałem pokazać tę drugą instytucję, tak jak sam ją zapamiętałem. Bardzo częsta jest przecież sytuacja, w której dyrektor i nauczyciele, ludzie obarczeni odpowiedzialnością, pasowani na autorytety, nie mają pojęcia, o czym i w jaki sposób rozmawiać z uczniami. Przypomnij sobie wszystkie te patetyczne apele na koniec roku, podczas których myślałeś tylko o tym, jak urwać się i zajarać papierosa z kolegami. Mam wrażenie, że dziś nic się pod tym względem nie zmieniło.

W "Placu zabaw" wymowna jest również świadomość, że właściwie żaden z bohaterów nie nawiązał silnej więzi z najbliższymi.

Z przygotowań do filmu zapamiętałem zdanie jednej z biegłych sądowych, według której prawdziwy problem polega na tym, że większość rodziców nie ma pojęcia, co się dzieje z ich dziećmi w szkole i po szkole. Tego również – w bardzo ograniczonym zakresie – doświadczyłem na własnej skórze. W pewnym momencie, oczywiście przy kompletnej nieświadomości mamy i taty, pobiłem klasowy rekord wagarów. Nie wydarzyło się wtedy nic złego, ale przecież w czasie, w którym powinienem być w szkole, mogłem robić tak naprawdę wszystko. Dziś, żeby przekonać się o głębokich nieporozumieniach na linii rodzice – dzieci, wystarczy wejść do internetu. Kiedyś, zainspirowany artykułem w jednym z tygodników, trafiłem na forum, na którym nastolatkowie wymieniają się opiniami na temat swoich "starych". Przyznam, że ta lektura była dość przerażająca. Czułem się, jakbym jeszcze raz oglądał "Salę samobójców".

Myślisz, że internet rzeczywiście ma istotny wpływ na współczesne relacje pomiędzy nastolatkami?

Z całą pewnością. Sam dostałem pierwszą komórkę w trzeciej klasie liceum, więc kwestie takie jak stalking czy internetowy hejt były mi przez długi czas zupełnie obce. Podczas pracy nad filmem zorientowałem się, że teraz to upiorna część nastoletniej codzienności. W moich czasach, kiedy ktoś był nielubiany, gnębiony, to zawsze mógł schronić się przed tym przynajmniej w domu. Teraz, ze względu na Facebooka, esemesy i aplikacje, ten azyl zniknął – jeśli ktoś ma przerąbane, to na całej linii. W podstawówce, w której uczy się moja bratanica, ostatnie samobójstwo miało miejsce w zeszłym roku, popełnił je uczeń szóstej klasy.

Być może takie tragedie biorą się również z tego, że przemoc coraz częściej spotyka się dziś z milczącą akceptacją?

Na pewno mamy problem z moralną znieczulicą, która ogarnia nas z wielu powodów. Po części odpowiadają za to media, które informują o aktach agresji w jednym szeregu z plotkami z życia celebrytów. Cierpimy też z powodu nieodpowiedzialności polityków posługujących się agresywną retoryką i przez to – mniej lub bardziej świadomie – nawołujących do nienawiści. Kończy się to tak, że w Wielkiej Brytanii możesz zostać skatowany za to, że jesteś Polakiem, a u nas dostajesz w mordę, bo mówisz w tramwaju po niemiecku. Skoro wszędzie można natknąć się na takie wzorce, dlaczego nie miałby nimi przesiąkać także świat dzieci?