ARTUR ZABORSKI: Mel Gibson to dziś kontrowersyjne nazwisko. Z jednej strony wybitny aktor, z drugiej – naraził się fanom antysemickimi i homofobicznymi wypowiedziami. Miał pan dylemat: grać u Gibsona czy nie grać?

HUGO WEAVING: Miałem, ale nie z tego powodu. Po prostu w czasie, kiedy dostałem telefon od agenta, który jest też agentem Gibsona, nie szukałem nowych projektów. Pracowałem intensywnie w teatrze. Wystawiłem kilka sztuk, z czego jedną w Londynie. Byłem potwornie zmęczony. Poproszono mnie o lekturę scenariusza bez zobowiązań. Przeczytałem dla świętego spokoju. Po lekturze pomyślałem: wow, co za genialna rola! Zgodziłem się natychmiast i nie pożałowałem, bo Mel na planie odznacza się pozytywną energią. Jest ciepły, otwarty i wnikliwy. W trakcie zdjęć panowała fantastyczna atmosfera.

Ma pan oczekiwania wobec reżysera?

Oczekuję tylko jednego: by różnił się nieco od tego, z którym pracowałem ostatnio (śmiech). Mówiąc poważnie, nie oczekuję zbyt wiele, naprawdę. Podoba mi się, gdy mam swobodę zaprezentowania tego, co przygotowałem, a proces budowania roli nie jest ograniczany. Doceniam możliwość poszukiwania rozwiązań na własną rękę, choć oczywiście mam świadomość, że to dwutorowy proces. Według mnie aktor powinien poznać graną przez siebie postać lepiej niż ktokolwiek inny. Początkowo na planie mogą pojawić się różnice pomiędzy tym, jak mojego bohatera wyobraża sobie reszta obsady i ekipy, a tym, w jaki sposób ja go przedstawiam. Ktoś może sobie pomyśleć: "Hm, nie tego się spodziewałem". Dlatego ważna jest dla mnie otwartość zarówno z własnej strony, jak i ze strony reżysera. A także wzajemny szacunek, który umożliwia obu stronom znalezienie właściwej drogi. To jest praca zespołowa.

W jaki sposób Mel Gibson wyobrażał sobie pańską postać?

Jako człowieka okrutnie skrzywdzonego przez los, który przeżył niesamowitą traumę w trakcie I wojny światowej. Gdy go spotykamy po raz pierwszy, mówi do duchów swoich zmarłych kompanów. Tak więc od samego początku widać, jak bardzo został zniszczony. Potem jest tylko gorzej: bije swoje dzieci, oczywiście, kiedy jest pijany. Ale mimo to bardzo się z nim solidaryzuję. Myślę, że każdy, kto przeżył taki horror, jest wrakiem człowieka. Pamiętam, że przygotowując się do tej roli, najbardziej przejmowałem się kwestią techniczną: akcentem. Mój bohater pochodzi z Lynchburga w Wirginii, gdzie mówi się specyficznym angielskim. Opanowanie umiejętności posługiwania się nim naturalnie było dla mnie dużym wyzwaniem.

O Gibsonie mówi się, że na planie jest jak wojskowy.

Ja jestem jak wojskowy! I to przed planem, kiedy przygotowuję się do roli, wchodzę intensywnie w postać. Bo postać nie jest mną. Muszę więc być gotowy na zawołanie w nią wejść, odegrać. Przypomina to nieco walkę w okopach: musisz być gotów iść walczyć o każdej porze dnia i nocy. Aktorstwo w pewnym stopniu na tym polega: wymaga przygotowania i pełnej gotowości.

Film odtwarza autentyczną historię. Dysponował pan materiałem, na którym mógł pan bazować, przygotowując się do roli?

Niestety, nie. Próbowałem raczej wyobraźnią wypełnić luki w wiedzy na jego temat. To bardzo interesujący proces. Na początku cały czas ma się świadomość kreowania bohatera. Ale te myśli coraz bardziej odchodzą, aż w końcu uświadamiasz sobie, że potrafisz być tą postacią, zespoliłeś się z nią. W moim przypadku to trwa do ostatniego dnia zdjęciowego. Potem ślad po tej postaci zanika. Dlatego jeśli spotka mnie pan za siedem miesięcy i powie o mojej grze w filmie Gibsona: "Hugo, co to, u licha, było?", będę się musiał porządnie zastanowić nad tym, kogo ja właściwie grałem, jak go wykreowałem, stworzyłem. W końcu ile takich postaci kreuję w ciągu roku? Pięć? Sześć? Każda z nich jest bardzo skomplikowana. Z każdą musisz się zaznajomić, przechodząc przez taki sam proces zespalania się z nią. Żeby nie popaść w szaleństwo, aktor musi po prostu pozwolić odejść postaci, którą poprzednio grał.

Z widzami jest odwrotnie, z nami pańska postać zostaje na długo. Tak samo jak antywojenny wydźwięk filmu.

To dla mnie bardzo ważne także z osobistych pobudek. Moi rodzice są Anglikami. Ojciec mojej mamy walczył na wojnie. Z kolei ojciec mojego taty był zbyt młody, żeby zaciągnąć się do wojska, ale jego brat zginął na froncie I wojny światowej. Podobnie kilku innych członków mojej rodziny. W zasadzie wielu z nich. Przyszło mi dorastać, słuchając opowieści dziadka, który dwukrotnie przeżył atak gazowy nad Sommą na Froncie Zachodnim, zanim zaczął dowodzić swoim regimentem. Miał wtedy zaledwie 21 lat. Był kapitanem, a skończył jako major, ale pełnił obowiązki podpułkownika. Był wtedy młodym chłopakiem, który miał podejmować decyzje za cały regiment! Dziadek zmarł po sześćdziesiątce najprawdopodobniej z wyniku powikłań, które zostawiło w nim zatrucie gazem na wojnie. Dlatego kiedy myślę o moim bohaterze z "Przełęczy ocalonych", od razu przychodzą mi do głowy członkowie mojej rodziny. Przypominam sobie ich opowieści o tym, co sami przeszli. Z tego powodu I wojna światowa zawsze mnie fascynowała, więc analizując zaangażowanie mojego bohatera w I wojnę światową oraz negatywny wpływ, jaki na niego wywarła, zajmowałem się czymś, co i tak mnie od zawsze pochłaniało.

Pański bohater, w odróżnieniu od głównej postaci, nie ma jednak motywacji religijnej.

Dla mnie ten film jest o tym, że istnieje w nas głębokie przekonanie, że pewne rzeczy są dla nas właściwe, a pewne nie, oraz o trzymaniu się tych przekonań w obliczu ogromnej presji, przeciwności, a nawet być może za cenę własnego życia. Jestem w stanie w pełni to pojąć. Natomiast nie jestem w ogóle zainteresowany jakąkolwiek religią. Szczerze mówiąc, cieszę się, że w życiu mojego bohatera nie odegrała ona większej roli.

Dlaczego pańskim zdaniem filmy wojenne są dziś tak popularne?

Bo poruszają kwestie, które dziś są wysoce problematyczne, jak choćby wspomniane przeze mnie trzymanie się własnych zasad. Desmond T. Doss, główny bohater "Przełęczy..." grany przez Andrew Garfielda, to w zasadzie antybohater. To żołnierz, który, o dziwo, nie nosi żadnej broni. Dlatego jest tak fascynujący. Z powodów moralnych uchyla się od sięgnięcia po broń. Nie zamierza nikogo zabijać. Jest absolutnie przeciwny wojnie, ale jednak decyduje się przystąpić do armii, by pomóc – jako lekarz. Jedzie na front nie po to, by odbierać życie, tylko je ratować. Film zwraca też uwagę na coś, co Mel zgłębia w całej swojej twórczości. To tak zwana męska energia kinetyczna. Dlatego wszystkie jego filmy charakteryzuje niespokojny ruch kamery: ludzie poruszają się przed nią, a i ona jest cały czas w ruchu. Mel zwraca w ten sposób uwagę na stosunek mężczyzn do przemocy, do wojny, do siebie nawzajem. Jego zdaniem za każdym razem, kiedy pojawiają się wątpliwości czy obawy, mężczyźni chwytają za broń w naiwnej wierze, że zwalczając siebie nawzajem, pokonają też nieprzychylną rzeczywistość. To efekt domina: jeden ruch w stronę przemocy pociąga za sobą kolejny. I tak w nieskończoność.

Porównał pan plan filmowy do frontu. Czy w takim razie na nim Gibson też analizuje zachowanie mężczyzn?

Mel sam jest aktorem, więc doskonale wie, jaki jest przepływ energii na planie. Zdaje sobie sprawę, że wszyscy aktorzy są różni, dlatego stara się dociec, jakiego rodzaju człowiekiem jesteś. Bardzo mocno indywidualizuje ludzie. Dla niego nie jesteśmy ekipą, tylko ekipą ludzi, indywidualności. On wie, czego chce, ale zarazem pozwala innym znaleźć własną drogę. Ma w sobie takie instynktowne, a zarazem udzielające się pragnienie, by pomóc aktorowi tę drogę znaleźć. Często odbywa się to bez słów i jest wyrażone w pewnym rodzaju właśnie energii, która bije od niego. On jest cały czas w biegu, ciągle drapie się po głowie. Kiedy krzyczy: "Dubel!", stara się wyjaśnić dlaczego. Próbuje znaleźć słowa, ale nie może, więc mówi tylko: "Zróbmy to jeszcze raz". W ten sposób ciągle zachęca do poszukiwania nowych rozwiązań. Jest podekscytowany, żyje planem. Wspaniale jest pracować z nim. Często po prostu słowa nie wychodzą z jego ust. Nie mówi: "Masz zrobić to i to. Skarbie, chciałbym, byś pomyślała o tym, o tym i o tym". Nic z tych rzeczy. Na szczęście.

Powiedział pan, że macie z Melem tego samego agenta. Znaliście się wcześniej?

Tak, wiele lat temu byliśmy zatrudnieni w tym samym teatrze. A jeszcze wcześniej chodziliśmy do tej samej szkoły teatralnej. Mel skończył ją trzy lata przede mną. Zanim ja byłem jej absolwentem, on był już wielką gwiazdą. Poznaliśmy się w czasie wspólnej pracy w teatrze w Sydney, z której Mel w końcu zrezygnował, bo nie miał już na nią czasu. Zakumplowaliśmy się dopiero podczas pracy nad filmem.

Był pan zaskoczony, że Mel poprosił pana o przeczytanie scenariusza z myślą o tej roli?

To miłe uczucie, gdy ktoś się tobą interesuje i myśli, że jest w tobie to coś, co pomoże w odtworzeniu jakiejś konkretnej postaci. Od razu czujesz się wtedy lepiej, bardziej pewny siebie niż na ogół, gdy nie masz do końca świadomości, czy reżyser lubi to, co robisz. To jest szczególnie ważne dla mnie, bo ja z natury nie ufam samemu sobie i zawsze myślę, że to, co robię, jest po prostu tragiczne (śmiech).