KUBA ARMATA: "Through the Wall" różni się od twojego debiutu "Wypełnić pustkę". Przede wszystkim jest znacznie lżejszy, wzruszeniu towarzyszy śmiech. Który z tych dwóch filmów jest ci bliższy?

RAMA BURSHTEIN: Rzeczywiście "Through the Wall" jest dużo jaśniejszy i myślę, że właśnie dlatego znacznie lepiej oddaje moją osobowość. Ale jego lekkość wcale nie przeszkadza w tym, żeby angażował też inne emocje. Gdy kręciliśmy "Wypełnić pustkę", zwłaszcza na etapie montażu, miałam poczucie, że momentami jest on zbyt przygnębiający, że być może trochę przesadziłam, pisząc scenariusz. Niezależnie od lżejszych tonów "Through the Wall" uważam za film głęboki. Dobrze oddaje pewną ambiwalencję – to, co czuję.

Niektórzy postrzegają go wręcz jako komedię romantyczną. Nie sądzisz, że takie gatunkowe zaszufladkowanie to jednak pewne uproszczenie?

Komediowy kostium, w jaki ten film jest ubrany, nie czyni z niego komedii romantycznej. Ale recepcja widzów jest bardzo ciekawa, bo na przykład niektórzy mówią mi, że dla nich ten film oparty jest na suspensie. I podoba im się to, że nie widzą, co zaraz się wydarzy. W jakimś sensie zatem na pewno to film gatunkowy, ale nie jest to podane na tacy.

Twój film podejmuje poważny temat, ale nie stronisz przy tym od poczucia humoru. Trudno było znaleźć ten balans?

To wszystko związane jest ze sposobem, w jaki żyję na co dzień. Nawet na niektóre nieprzyjemne sytuacje potrafię reagować śmiechem. Czasem tak trzeba, żeby nie zwariować. Nawet jeżeli śmiejesz się w sytuacji, w której nie powinieneś, nie świadczy to o tym, że danej sytuacji nie przeżywasz. Oznacza to, że z dwóch emocji – płaczu i śmiechu – wybierasz akurat tę drugą. Ale to się niczym nie różni, działa na tej samej zasadzie. Zresztą kiedy patrzę na to, jak ludzie reagują na mój film, widzę, że śmieją się w momentach, w których mnie w ogóle nie jest do śmiechu. Przecież nie można powiedzieć komuś, kiedy wypada to robić, a kiedy nie.

Wspomniałaś, że miałaś uwagi do scenariusza, kiedy pracowałaś nad "Wypełnić pustkę". Czy w tym przypadku było inaczej?

Pracuję nad scenariuszem w dość specyficzny sposób. Przez długi czas myślę o zagadnieniu, które akurat mnie interesuje. Może trudno sobie to wyobrazić, ale nawet przez kilka miesięcy po 24 godziny na dobę. A kiedy wszystko mniej więcej jest już jasne, bardzo szybko przelewam myśli na papier. Wtedy scenariusze są już bardzo precyzyjne. Wcześniej jest czas na zadawanie wszelkich, nawet tych najtrudniejszych i najbardziej niewygodnych, pytań. To odbywa się w mojej głowie.

Wspólnym motywem obu filmów jest temat wesela. Dlaczego postanowiłaś ponownie o tym opowiedzieć?

Myślę, że tak naprawdę nie ma niczego innego ponad miłość kobiety i mężczyzny. W tym i pewnej tajemnicy związanej z taką relacją zawiera się wszystko. Małżeństwo w tym filmie to tylko opakowanie. Chodzi w nim przede wszystkim o wiarę i poczucie, że pewne rzeczy mogą się wydarzyć. Samo wesele traktuję bardziej jako symbol.

Intuicja jest dla ciebie kluczowa w pracy reżyserki?

Tak, ale nie tyle jako dla reżyserki, ile dla człowieka. Może wynika z tego, że nie jestem wystarczająco mądra i jedyne, co mam, to intuicja (śmiech). W moim przypadku wypływa ona prosto z serca. To moja niedoskonałość, a zarazem cnota. Nie wiem nawet do końca, jak to działa, ale jest to coś, co mnie przeszywa na wskroś. Podoba mi się, co powiedział kiedyś David Lynch na temat intuicji: że czuje się jak rybak, który wypływa na połów i zarzuca sieci. W pewnym momencie musi zdecydować, którą rybę zostawić, a którą wyrzucić za burtę. Bo wszystko polega na tym, żeby wybrać odpowiednie ryby. Jedni nazywają to talentem, inni właśnie intuicją.

Twoja bohaterka planuje zamążpójście, ale kilka tygodni przed ślubem wycofuje się pan młody. Mimo to kobieta nie zmienia decyzji.

Michal funkcjonuje na co dzień w świecie, w którym miłość bez małżeństwa nie jest możliwa. Szuka partnera, kogoś, z kim będzie mogła dzielić radości i smutki. Tak jak każdy z nas, bez względu na kraj czy wyznanie. W momencie kiedy jej niedoszły mąż odwołuje wszystko miesiąc przed ślubem, musi podjąć kluczową dla siebie decyzję – czy kontynuować poszukiwania i nie odwoływać uroczystości. Z mojej perspektywy jej wyborem jest przede wszystkim uwierzenie w to, że wszystko może się wydarzyć. Chodzi o wiarę i nadzieję. Niektórzy ludzie budzą się rano i czują, że nie mają po co wstawać z łóżka. A to przecież tylko kwestia znalezienia odpowiedniego klucza do życia, co oczywiście wcale nie musi być łatwe. Lepiej wstać, wziąć się za bary ze swoimi sprawami. To taka permanentna wojna. I o tym jest ten film.

Michal staje się religijna już jako dorosła osoba. Sama masz podobne doświadczenie.

To na pewno miało jakieś przełożenie, choć raczej emocjonalne, a nie autobiograficzne. Dokładnie wiedziałam, co Michal może czuć. Wywodzę się ze świata, w którym granica między tym, co świeckie, a tym, co religijne, jest bardzo cienka. Wszystko się ze sobą łączy, trudno zorientować się, kto jest wierzący, a kto nie. W tym filmie z pewnością dużo trudniej to rozróżnić niż w "Wypełnić pustkę", gdzie opowiadałam o chasydach. W "Through the Wall" bardziej przypomina to duchowość newage’ową. Kolorowo ubrani ludzie, którzy mogą robić wszystko, co chcą, niezależnie od tego, czy są praktykujący.

Ponoć praca przy tym filmie sprawiła ci tyle radości, że gdyby była to ostatnia rzecz, którą miałabyś zrobić, byłabyś wciąż zadowolona. To prawda?

Prawda, choć tak mówiłam też przy okazji pracy przy poprzednim filmie "Wypełnić pustkę" (śmiech). Czułam się wtedy bardzo podobnie. To wynika z ogromnego szacunku do tego, co dane jest mi robić. Po raz kolejny mogę porównać to do prezentu, bo tak właśnie traktuję możliwość realizowania filmów. I nawet jeśli już nigdy miałabym go nie dostać, i tak będę wdzięczna. Jeżeli na czymś ci zależy, doceniaj każdą sekundę, kiedy to robisz.