ANNA SERDIUKOW: Podobno jesteś najbardziej wziętym amerykańskim aktorem średniego pokolenia. Nadchodzący sezon ma należeć do ciebie...

CHRIS PINE: Mam nadzieję, że sprostam wyzwaniu. Albo inaczej – liczę na to, że scenarzyści sprostają pokładanym we mnie nadziejom.

Chyba nie możesz narzekać na brak propozycji?

Propozycji dostaję dużo. Ale ważniejsze są ciekawe role, bo nie za każdą złożoną mi propozycją kryje się interesujący bohater do zagrania. A ja lubię przebierać w ofertach.

Jesteś wymagający?

Chyba tak. Potrafię dla mniejszej roli w niszowym projekcie zrezygnować z dużego angażu w komercyjnym hicie. Ale w dzisiejszych czasach to żadna nowość, większość aktorów stosuje takie kryteria. Kiedyś niezależny film przepadłby w zalewie wysokobudżetowych produkcji, dzisiaj – kiedy dostęp do filmów jest łatwiejszy, a festiwale filmowe stały się modne – łatwiej zabiegać o uznanie publiczności. Sukcesy na tym polu bywają większe niż te liczone w nagrodach.

Jak w takim razie traktowałeś udział w filmie "Aż do piekła" Davida Mackenziego?

Widziałem wcześniejsze filmy Davida (m.in. "Młody Adam", "Hallam Foe" – red.). Byłem fanem jego kina, więc jeszcze zanim przeczytałem scenariusz, bardzo zapaliłem się na myśl o wspólnej pracy.

Scenariusz napisał Taylor Sheridan, autor m.in. "Sicario".

To najlepsza rekomendacja. Taylor tworzy mocne, mroczne historie z wyrazistym tłem społecznym, w którym odbijają się grzechy naszych czasów: korupcja instytucji rządowych, dwulicowość polityków, inercja przedstawicieli władzy, konsumpcjonizm, rozwarstwienie społeczne. Rzuciłem się na scenariusz "Aż do piekła". Byłem zachwycony, że otrzymałem rolę Toby’ego. Po pierwsze, miałem szansę pokazać się w nieco innym repertuarze, a po drugie, film miał wyreżyserować David. Nie wiem, czy wszyscy to wiedzą: David jest Szkotem, a w tym przypadku narodowość ma dla mnie znaczenie. "Aż do piekła" jest współczesnym westernem. Byłem podekscytowany pomysłem, że tak mocno zakorzeniony w amerykańskiej kulturze gatunek filmowy ma realizować twórca spoza naszego kręgu. I nie zawiodłem się, David dodał temu projektowi europejskiego charakteru. Ten film nie stara się przypodobać widzom, politykom, władzy, nikomu. Mówi, jak jest.

A jak jest?

"Aż do piekła" to historia dwóch braci. Toby i Tanner – dwaj popaprańcy, wykolejeńcy, ledwo wiążący koniec z końcem, chcą ocalić rodzinny dom i nie mając innej możliwości, decydują się obrabować kilka banków. W ten sposób mogą się też odegrać na systemie, w którym przyszło im żyć. Systemie, który faworyzuje bogatych, a wykorzystuje i poniża biednych.

Nie mają szans na zmianę?

To rzeczywistość, w której żyje się na wiecznym kredycie, z odsiadką w kartotece, bez perspektyw, więzi i ambicji. Egzystencja bez właściwości. Tu nie chodzi wyłącznie o pieniądze, które chłopcy kradną, ważniejsze jest poczucie zwycięstwa nad systemem, który sankcjonuje nierówności społeczne, wyzysk, ekonomiczne bezprawie.

Toby i Tanner potrzebują pieniędzy, ale potrafią zostawić wysoki napiwek w restauracji.

Kiedy ma się pieniądze, takie zachowania przestają mieć znaczenie. Ten film właśnie o tym mówi: żyjemy w kraju, w którym średnio zarabiającego mężczyzny nie byłoby stać na przyzwoitość, czyli na zostawienie normalnego napiwku w knajpie. On musi obrabować bank i rzucić forsę kelnerce na stół. Żeby i jej dać nadzieję, że monotonia jej egzystencji zostanie wynagrodzona.

Twojego brata zagrał Ben Foster.

Starszego brata. To ważne, bo Ben zachowywał się właśnie tak – jak starszy brat. Nie było ważne, czy jest ujęcie, czy nie, Ben cały czas był tym starszym przemądrzalcem. Na szczęście każdy z nas na swój sposób gra pierwsze skrzypce w filmie, każdy zwraca czym innym uwagę.

No właśnie, powiedziałeś, że dzięki tej roli miałeś szansę pokazać się w nieco innym repertuarze. Czujesz się zaszufladkowany?

Po takich filmach jak "Pamiętnik księżniczki 2" czułem się zakłopotany artykułami, które pojawiły się na temat mojej urody. Nic o talencie lub jego braku. Było to dość dziwne... Żałowałem, że nie zostałem modelem, może wtedy doceniłbym bardziej te głosy. Na szczęście udało mi się już chyba udowodnić, że bardziej od bycia przed kamerą interesuje mnie granie. Jestem ambitny, lubię wyzwania i ryzyko wpisane w ten zawód. Czuję, że dopiero się rozkręcam, bo dopiero niedawno zacząłem odczuwać radość, która ma płynąć z tej roboty.

Grasz kapitana Kirka w "Star Treku". To chyba dobra zabawa...

Tak, duża frajda dla kogoś wychowanego w USA. "Star Trek" to w Stanach kultowa pozycja. Po premierze kinowej podszedł do mnie chłopiec i poprosił o autograf. Miał łzy w oczach, był stremowany, wręcz onieśmielony. Bardzo mocno go uściskałem, kto wie, może on kiedyś przechytrzy swoją naturę i też zostanie aktorem?

Chcesz powiedzieć, że byłeś nieśmiały i dlatego zostałeś aktorem?

Bywałem nieśmiały, ale nigdy aktorstwa nie traktowałem jak terapii. Ktoś mi powiedział, że mam warunki, i postanowiłem spróbować swoich sił. Nie przeczę, kwestia prezencji jest ważna w tym zawodzie. Musisz mieć świadomość swojego ciała, ale nie jest to najważniejszy aspekt. Nie można budować swojej pozycji na aparycji. Chętnie zagrałbym kogoś, kto swoim wyglądem odstręcza. Dlatego tak mnie ucieszyła propozycja z "Aż do piekła". Miałem możliwość zagrania antypatycznego typa. Pomyślałem sobie, że zrobię wszystko, by widzowie polubili tego dupka. Mam nadzieję, że mi się udało.

Muzykę do filmu napisał Nick Cave.

Nick nadał temu filmowi dobry puls. Jego ścieżka dźwiękowa ma niepokojące brzmienie, świdruje ci serce, wwierca się w mózg, szarpie nerwy. Muzyka w filmie współtworzy obraz współczesnej Ameryki. To realistyczny portret, w którym ludzie giną tak, jak żyli – bez powodu, bez sensu, bez celu. Nikt tego nie zauważa, tak jak nikt nie interesował się ich egzystencją. Muzyka Nicka wyraża wszystko to, za czym można tęsknić w Ameryce. Przemierzając bezdroża, wkraczamy w wielką pustkę. Jest oczywiście siła w surowym krajobrazie, bo Texas ma coś takiego w sobie, że daje bohaterom ogromne poczucie niezależności, wolności i mocy. Pytanie, co z tym bezkresem zrobić? Czy można pojechać jeszcze dalej? Ile banków obrabować, na kogo zwalić winę za życiowe niepowodzenia, kogo zastrzelić, komu dać napiwek, by poczuć się lepiej? Czy ktokolwiek dzisiaj może sobie pozwolić na to, by zostać kowbojem? Nawet chłopaków w filmie głównie motywują względy ekonomiczne, nie ideologia. To smutne, jak niewiele możemy zrobić dzisiaj w imię zasad. I właśnie ten smutek słyszę w muzyce Cave’a. Smutek i gniew.